Dusząco, pachnąco i bakteryjnie…

Zaczynam podejrzewać u się… alergię. No bo przecież nie wirusa w koronie. Wprawdzie dziś wieczorem dopadła mnie temperatura, ale zatrzymała się na 37,9. Odkąd wróciłam, natężenie kaszlu i kichania wzmogło się do męczącego i upierdliwego stanu, ale ten kaszel był wykrztuśny. Był. Bo od dwóch dni jest duuuuuszący. Otoczona zewsząd roślinnością, przy otwartych oknach również w nocy podczas snu, być może mój stan się nasilił. Piguły też wywołują alergię, bo kaszlę cały rok, ale z dużo mniejszą intensywnością. Być może to nie pyłki, ale piguły, bo zbyt długo je biorę? Nie wiem… Ale czuję się fatalnie… choć nie przeszkodziło mi kupić przy okazji podwózki Pańcia do drugiej babci, dwóch krzaczków… kwitnących. Nie wiem co zacz, bo ja się nie znam, ale nasza wiejska „kwiaciarnia” miała wystawione na zewnątrz donice z różnymi roślinami do ogrodu, więc się zatrzymałam, w ramach wspierania swoich 😉 Jest mi też zupełnie obojętne, jak i kiedy kwitną, ale gdy usłyszałam, że z całej okolicy zlecą się motyle, to od razu się zdecydowałam, bo na razie to zlatują się szpaki i inne skrzydlate. Do czereśni. I truskawek. Wykorzystując odpowiednią aurę, czyli że wcześniej pokropiło i jest pochmurnie, postanowiłam nie czekać ze wkopaniem krzaczków na męską siłę roboczą i, nie znajdując szpadla, zaczęłam kopać dołek ogrodową łopatką. Taaa… Obraz nędzy i rozpaczy, na który napatoczyła się Ciocia…z motyką. Pomyślałam, że ten sprzęt to na słońce, którego akurat nie było, ale… dołek o dziwo był coraz większy. Szpadel jednak się znalazł- z Cioci dobry detektyw bądź poszukiwacz skarbów- i drugi poszedł już sprawniej. Zrobiła jeszcze kilka kursów, przynosząc na tym szpadlu lepszej ziemi, bo krzaczki wkopywałyśmy (taaa… to była praca zbiorowa ;p) w miejscu, gdzie wcześniej rosły drzewa.

Nie widzę z okien piwonii, które są moimi najcudowniejszymi wiosennymi kwiatami, bo kwitną zawsze na progu lata i pachną obłędnie. Nasze posadzone są przy domu rodziców OM (białe) i przy murze odgradzającym ich posesję od sąsiadki (różowe), bo tam mają więcej słońca. Widok zasłaniają mi ogrodowe drzewa, dlatego codziennie chodzę wokół nich i napawam się ich pięknością 😉

Bukiet z ogrodowych kwiatów zawiozłam na cmentarz. Mam zawsze w takiej kolorystyce zamawiała wiązanki dla swoich rodziców… i kochała piwonie.

Dzwoni do mnie Tata i zamiast standardowego cześć, co słychać, słyszę pytanie, czy złożyłam już podpis. Jaki podpis? Jak, to jaki- pod p r e z y d e n t e m. Bo on już złożył.   Matkojedyna! Gdzieś Ty się szwendał, a oczami wyobraźni widzę, jak jeździ po mieście, a potem stoi w kolejce. Pojechałem po węgorze… zatrzymałem się widząc stolik i przy nim ludzi… a ty wyjrzyj przez okno, może też zobaczysz zbierających podpisy. Taa, ja prędzej zobaczę lisa w kurniku ;p

Pięknego, uśmiechniętego weekendu 🙂

*

Moja Przyjaciółka po planowym zabiegu trafiła ponownie na stół operacyjny, bo podczas operacji poczęstowali ją jakąś bakterią. Kolejny zabieg pod ogólną narkozą i leczenie antybiotykiem… wrrr… Dla mnie niepojęte jak mogło się to stać, szczególnie teraz, przy tak wysokim reżimie sanitarnym, który zresztą powinien być standardem na salach operacyjnych.