Twój, mój… ból…

Zobaczyłam relację z Wadowic, gdzie tłum śpiewający ulubioną pieśń papieża w ten sposób upamiętniał setną rocznicę urodzin Polaka, który jest w sercach wielu. Piękny gest, ale mnie się rzuciło co innego, że nagle oto widzę zupełnie inną rzeczywistość, niż na przykład tę sobotnią, gdzie oglądając relacje na żywo w TVN24, widziałam akcję policji. Przemocową. Brutalną. Protestujących przedsiębiorców otoczono ścisłym kordonem policji, użyto gazu, nie pozwalając na przemarsz, dokonując zatrzymań; wyłapując również dziennikarzy, żeby uniemożliwić im relacjonowanie. Tu tłum i tu tłum. W czasie zarazy, gdzie podobno wszelkie zgromadzenia są zakazane.

Nie wiem, dlaczego od razu mi się skojarzyło to z treścią piosenki Kazika, która w kuriozalny sposób została zdjęta ze świętej listy przebojów Trójki.

Potem czytam, że pracownicy Ośrodka Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych ustalili, że to z komputera Ministerstwa Sprawiedliwości administrowano setki stron, z których wychodziły rasistowskie komentarze, wpisy- dziesiątki tysięcy- KLIK I nic. Bo rzeczą naturalną było przejęcie sprawy przez Ziobrowskich prokuratorów. Tak, jak w sprawie pedofilów księży. To wszystko pięknie się zazębia pod tymi rządami.

*

Przeraziłam się kolejką stojącą przed bramą szpitala. Stanęłam karnie, wypełniając ankietę. Widać, że ruszyły planowe operacje, bo wiele osób było z bagażem. W pewnym momencie strażniczka wrót do zdrowia krzyknęła, że na chemioterapię proszę bez kolejki. No to podeszłam i weszłam pod namiot, gdzie zmierzono mi temperaturę (34,7- chyba ze strachu mi tak spadła), wypytano, wklepano w komputer, podbito ankietę, którą potem zostawiłam na izbie przyjęć. Na oddziale pełny personel, cała chemioterapia obłożona… Wirus wirusem, ale skorupiak nie odpuszcza. Badanie poszło sprawnie, po raz pierwszy bez pierdyliona wkłuć i ręki jak po przemocy domowej, bo kontrast poszedł przez port. Wyszłam bez piguł, bo wynik następnego dnia.

I padłam. Zasnęłam z telefonem w ręku, pisząc wiadomość i jednocześnie oglądając serial o ortodoksyjnej żydowskiej rodzinie („Shtisel”). W biały dzień. I powtórzę za częstymi słowami padającymi z ekranu- jak Bóg da (co mnie akurat irytuje, ale to ma swój kontekst) przeżyję kolejny dzień wizyty w szpitalu i wyjdę z pigułami.

Uśmiechu dla Was 🙂

P.S. Mimo iż od planowej nieodbytej wizyty w salonie fryzjerskim minęło już półtora miesiąca, to współbraczki piguł orzekły, że na mojej fryzurze ta absencja nie jest widoczna. Ale! W piątek zadzwoniła pani z salonu i zapytała się, czy nie reflektuję na szybszy termin- i idę za trzy tygodnie 🙂

EDIT:

Specjalnie wzięłam przepastną torbę, bo trzy opakowania piguł to słusznych rozmiarów gabaryt… a tu kicha. Nici z obietnic, że teraz dostanę na 12 tygodni. W pierwszej chwili widząc tylko jedno opakowanie z przyklejoną karteczką, że następna wizyta w czerwcu, pomyślałam sobie, że moje wyniki nie są do końca dobre, żeby dać mi tabletki na dłuższy okres. Nie mając wypisu w ręku, poszłam do dyżurki, żeby coś się dowiedzieć i usłyszałam, że jedna z pacjentek się awanturowała, że nie będzie robić prywatnie morfologii i podawać przez telefon, więc pani doktor stwierdziła, że nie będzie się narażać na ewentualne koszty za lek, którego opakowanie kosztuje ponad 20 tys., jak NFZ przyczepi się, że niezgodnie z wytycznymi był wydawany. Na koniec usłyszałam coś pocieszającego, że za chwilę w szpitalu wrócą do normalności. OBY!