Kotwica…

Od kilku dni aura nie zachęca, żeby wyściubić nos za drzwi, mimo iż jest dość ciepło, a nawet za ciepło jak na środek zimy- wszak już luty, a wraz z nim zdewaluowane porzekadło: Idzie luty, podkuj buty. Bardziej adekwatne byłoby- odziej kalosze! Mnie ten nieustający deszcz w sumie aż tak nie przeszkadza, bo nie mam potrzeby przemieszczania się, za to ziemia ma ogromną potrzebę wody, bo już teraz grozi nam susza. Wprawdzie śnieg byłby lepszym rozwiązaniem, nie tylko dla gleby, drzewostanu i roślin, ale również dla dzieci, które mają ferie. A tu nie dość, że śniegu brak, to wciąż leje i wieje, więc nawet zamiast na sankach czy łyżwach, nie mogą pojeździć na rowerach bądź rolkach czy hulajnogach. Sorry, taki mamy klimat 😉

Dziecka miejscowe (moje) wyjeżdżają całą rodziną na ferie, ale wcześniej spotkaliśmy się rodzinnie przy urodzinowym stole. Pierwszy raz były dwa miejsca wolne: prababci B i dziadka T. Czas nie stoi w miejscu, ale rodzina to taka kotwica w mętnej rzece życia… I tak patrząc na Bliskich, poczułam spokój… wiem, że trzymając się razem, dzieląc radości i smutki…przetrwamy.

*

Zauważyliście, że wczorajszy dzień poprzez datę był dniem palindromicznym?