Jęczące i smarkające…

Czternastomiesięczna Zońcia jest najmłodszym i najbardziej uśmiechniętym dzieckiem w grupie. Panie są nią zachwycone, twierdząc, że jest przecudowna. Od pierwszej chwili jak przychodzi do przedszkola, to interesują ją zabawki, bierze jakąś w rękę i idzie do dzieci bądź zaczyna układać klocki. Nie płacze, nie jojczy, je pięknie i śpi, a jak się obudzi, to grzecznie leży, dając pospać pozostałym dzieciom. I byłoby pięknie… ale…

Pozostałe dzieci ryczą, zasmarkane, a jedno nawet z zimnem na pół twarzy. Tuśka się denerwuje, że jedyne zdrowe dziecko to Zońcia i że rodzice są niepoważni. Katar to nie choroba, ale jak gile sięgają do brody…I ten ryk. Boi się, że nasza Księżniczka stanie się jojczącą zołzą 😉 Dodatkowy problem to taki, że obie grupy ze względu na remont jednej z sali są razem. Podobno ma być tak tylko jeszcze przez tydzień. Grupa Zońci liczy 6 dzieci, więc mniejsze ryzyko niż w 15-osobowej grupie, która jest obecnie, że załapie coś od innych dzieci. Przedszkole jest prywatne, ale z każdym kolejnym dniem Tuśka ma wrażenie, że to taka przechowalnia dzieci… Ściska jej serce myśl, że zabije tę naturalną radość, jaką ma w sobie Zońcia. Zobaczymy… jak tylko coś będzie nie tak, to przestanie chodzić, bo Tuśka jest o tyle w dobrej sytuacji, że jej praca nie polega na siedzeniu za biurkiem od-do…

Kreatynina spadła więc wyszłam z pigułami. Na izbie przyjęć poszło bardzo sprawnie, mimo iż z młodą Panią Doktor byli studenci, więc objaśniała każdy przypadek, również mój. Szczegółowo, bo jestem najdłużej biorącą olaparib pacjentką na oddziale. Uświadomiła też, że roczne leczenie kosztuje ok. 200 tys.- same piguły. No cóż… Ale co ważniejsze, że są już badania, iż lek daje dobre rezultaty po pierwszym rzucie i już w Europie jest refundowany- wtedy pacjentki biorą go tylko przez dwa lata. (W Polsce niektóre ośrodki prowadzą badania kliniczne i można się załapać!) Koszt ogromny, ale jeśli miałby uchronić przed wznową, to co tu mówić o kosztach? Ale jak na razie- jak podają- to dostanie się do lekarzy specjalistów w 26 dziedzinach wydłużyło nam się dzięki „dobrej zmianie”, w tym do onkologa! No, ale hipisowski marszałek twierdzi, że nasza służba zdrowia jest jedną z najlepszych w Europie. Taaa… mamy wspaniałych specjalistów, ale że tak powiem, i oni już na wymarciu…

W końcu przepłukałam sobie port, bo nie robiłam tego już kilkanaście miesięcy. Drożny. Biorąc pod uwagę, że mam go już 11 lat, to cud jakiś. Ulżyło mi, bo podanie mi czegokolwiek w żyłę jest ogromnym problemem. Nie znam wyników, bo nie czekam na wypis, zbyt długo by to trwało, a i tak przecież spędzam w szpitalu kilka godzin. Niezmiennie mnie to dziwi, że to zawsze musi trwać tak długo i za każdy razem drukowany jest stos papierów.

Tata ma wysprzątane mieszkanie na glanc 😀 Jak mi ulżyło, że Pani będzie mogła przychodzić raz w tygodniu, niestety tylko popołudniami, ale to najmniejszy problem. Większy to taki, iż w grudniu kończy jej się wiza, ale obiecuje wrócić, bo ma w DM męża. Pokazałam jej też kawalerkę, bo tam jest pralka, a zapytała się mnie, czy ścierki ma przepierać ręcznie. Najważniejsze, że jest taka jak moja Ela, czyli od razu wie, co trzeba zrobić- w przypadku Taty umyć nawet umyte naczynia 😉 (Kupił zmywarkę i wywiózł na ranczo, odkurzacz również- ostał się tylko ten bezprzewodowy- dobrze, że biuro blisko, więc zadzwoniłam i Misiek przyniósł biurowy). Musiałam zostać, aż skończy, bo nie chciałam zostawiać swojego klucza, a Tata z Miśkiem uruchamiali węzły, więc ostałam się ja, ale poszłam sobie na pyszną kawę i na kiermasz włoski…

Zaczynamy coraz lepiej ogarniać tę rzeczywistość… a na cmentarzu panowie kończą wykładać granit wokół pomnika. Trochę pogoda przeszkadza, ale radzą sobie.

I znów czekam, kiedy będę mogła zaparzyć sobie pierwszą kawę… szczególnie dziś, gdy mam do niej pyszne włoskie ciasteczka 😉

Miłego!:)

 

Reklamy

64 myśli na temat “Jęczące i smarkające…

      1. Słyszałam właśnie, że jest nieciekawa sytuacja, sama na szczęście tego nie doświadczyłam na własnej skórze, bo całe życie leczę się w prywatnych klinikach, ale opowieści moich znajomych nie są przyjemne :/

        Polubienie

        1. Otóż to, chorzy jakoś sobie radzą, bo prywatnie nie jest najgorzej, choć dostanie się do dobrego specjalisty i tam się wydłuża.
          A na onkologii, no cóż, wczoraj byłam świadkiem, jak lekarz się pytał pacjentki, czy nie ma znajomości u patologów, żeby przyspieszyć odczytanie wyniku- wszak przy chorobie nowotworowej każdy tydzień wydłużający podjęcie leczenia, to wyrok dla pacjenta. Brak personelu jest mocno odczuwalny, niestety.

          Polubienie

          1. O swojej prywatnej klinice nie mogę złego słowa powiedzieć, personel genialny, sale też, pomogli mi niejednokrotnie, gdy było już bardzo źle. Jest kilka takich świetnych klinik w Polsce na szczęście. Zwykłe prywatne wizyty, jakie bierze większość są też ok, na pewno już lepsze od publicznych placówek.

            Polubienie

            1. Tylko nie każdy może sobie na nie pozwolić. W korporacjach mają zapewnione pakiety zdrowotne za niedużą odpłatnością, ale emeryt czy rencista z niewielkimi funduszami nie ma szans, aby się leczyć prywatnie.
              O onkologii nie wspomnę, bo koszty leczenia horendalne…
              Ale dobrze, że są prywatne kliniki, tylko że jest duży do nich odpływ specjalistów z publicznych placówek. No, ale zawsze lepiej, że do prywatnych niż za granicę.
              Ale muszę dodać, że w publicznej też już są wzorcowe oddziały w szpitalach; ja w swoim DM, doświadczyłam takich dwóch w różnych placówkach.

              Polubienie

                1. Mam komfort, że Rodzinna to rodzina, resztę ogarnia onkologia i genetyka.
                  Ale tak, moja rodzina też raczej prywatnie robi badania.
                  I to w sumie nie jest złe, gdyby nie fakt, że publicznej grozi zapaść, mimo iż tak wielu pacjentów leczy się prywatnie.

                  Polubienie

                2. To prawda, sama wolałam zapłacić kilka tysięcy za wyzdrowienie w prywatnej klinice, niż kilka dych za jedynie prywatną wizytę czy już wgl publiczną placówkę.. Jakość i szybkość powrotu do zdrowa nie do porównania.

                  Polubienie

                3. Bywa różnie, pieniądze tak naprawdę nie są gwarancją wyzdrowienia, choć dają poczucie, że zrobiło się wszystko, aby tak było.
                  Ja bym chciała, żeby jednak pacjent nie był zmuszany do takiego wyboru… bo często go po prostu nie ma i jest skazany na czekanie w kolejce do lekarza. No i bywa też tak, że pewne operacje nie są wykonywane w prywatnych klinikach i wtedy nawet worek pieniędzy nie pomoże. Chyba że opcja zagraniczna…

                  Polubienie

                4. Każdy martwi się o siebie w tej sytuacji, ja nie mam powodu, bo zawsze znajdę odpowiednią klinikę, chociażby właśnie za granicą. Do tej pory moje pieniądze były gwarancją wyzdrowienia (bo uwierz mi, byłam blisko odejścia, zwykłe lekarstwa kolidowały ze sobą, na szczęście w prywatnej klinice odnaleźli sposób, ściągają mi lekarstwa z innych państw, które u nas były nieosiągalne i jest ok). Zawsze jest wyjście z sytuacji, jeśli ktoś tylko dobrze szuka, orientuje się w świecie i w 100% jest w stanie poświęcić się temu, czy to finansowo czy w innym aspekcie. Nie bez powodu jest przysłowie, dla chcącego, nic trudnego!.

                  Polubienie

                5. I w tym problem, że pacjent zostaje sam z tym zmartwieniem, a przecież płaci składki. I owszem, najczęściej jest wyjście z sytuacji, tylko że dla 98% bywa nieosiągalne finansowo, jeśli leczenie idzie w setki tysięcy czy nawet miliony. A jest tego sporo, nawę przy mniejszych kwotach, to widać ilu podopiecznych jest w różnych fundacjach bądź na własną rękę zbiera pieniądze.
                  Często chcieć, nie wystarcza.

                  Polubienie

  1. Z tymi kosztami, ewentualnie nierefundowanymi… A jak ktoś pracuje na minimalnej albo jest emerytem? I jest do tego samotny? Nie mówić o kosztach może ten, który ma choćby możliwość wzięcia kredytu i jakąkolwiek perspektywę spłacenia go (choćby po 20 latach), bo zostanie jednym z tysięcy błagających o pomoc na leczenie to ruletka – w której ze względów psychologicznych większą szansę wygranej mają dzieci, a nie dorośli, tym bardziej ci w wieku już po-dzieciowym. 😦
    Wiemy o tych, którzy wygrywają życie dzięki zrzutkom, bo o nich piszą media. O pozostałych nawet nie usłyszeliśmy…

    Polubienie

    1. O tych kosztach, to ja w kontekście państwa właśnie. Bo kontynuacja dwuletniego leczenia pigułami i tak będzie tańsza niż leczenie kolejnej wznowy, a biorąc pod uwagę, że pacjentka może pracować, bo jej organizm nie jest tak wyczerpany jak kogoś, kto przyjął kilka cykli dożylnej, miał kolejną operację, to tylko plus dla systemu, przecież. I
      Iza, ja przy piersi wzięłam lek u nas wtedy drugiego rzutu, na rencie byłam tylko rok, czyli razem 1,5 roku jak nie pracowałam. Fakt, ja za ten lek zapłaciłam sama ok12 tys- trzy dawki, więc to nic w porównaniu z obecnym, nawet 20 lat temu. Mnie wkurza, że u nas są właśnie te ograniczenia i podział leków, które są dostępne a w sumie nieosiągalne dla pacjentów. Taka krótkowzroczność przez niby oszczędność, a przecież teraz rak to choroba przewlekła- sama choruję już 11 lat, w tym przez 5 spokojnie pracowałam- gdyby ten olaparib był dostępny już wtedy i od razu mi podany, to być może czas remisji byłby jeszcze szybszy niż te 6 lat.

      Polubienie

      1. Ten system nigdy nie uwzględniał kosztów potencjalnych. 😦
        Prewencja to niepożądany koszt „tu i teraz”, a co będzie potem, to nikogo nie obchodzi.
        Nie tylko w leczeniu nowotworów różnorodnych – również w ortopedii i traumatologii. Brak szybkiej rehabilitacji to produkowanie inwalidów na przyszłość, ale kto by się tym przejmował… Po ręce OM wiesz najlepiej. Badań płodów się też nie prowadzi, bo za drogo – przy okazji chrzaniąc, że aborcja to grzech. Ale jak się chore dziecko urodzi…
        Trzaskowskiemu też zabronili sfinansowania badań przesiewowych seniorów w Wawie – bo jeszcze by się za dużo wykryło i trzeba by było leczyć…

        Polubienie

          1. Wiesz, kto umie kalkulować i uwzględniać koszty potencjalne? Prywatne firmy ubezpieczeniowe.
            Kumpel w Szwajcarii mieszka, na dosyć wysokim stołku siedzi w korpo i ma jakieś wypasione ubezpieczenie medyczne. Przez pierwsze 5 lat horrendalne składki płacił, bo w dodatku jest obciążony genetyczne. Obcięli mu te składki znacząco dopiero wtedy, jak przez te 5 lat co roku się grzecznie stawiał na komplet darmowych badań (wszelkie -skopie świata oprócz standardu) i nic się nie wykryło. Bez tego nie pomógłby ani zdrowy tryb życia, ani nic innego. Bo wiedzieli, ile zapłacą, jeśli nie daj Boh zachoruje. Teraz niby płaci mniej, ale gdyby choć raz się nie stawił na badania…

            Polubienie

            1. Uważam, że to uczciwe podejście. My jakoś tak do ubezpieczeń podchodzimy jak do jeża- drenują nam portfele- ale jak coś się przydarzy, to wtedy pretensje do kogo?
              To są plusy korpo. Mój Misiek dzięki swojej Dziewczynie też ma dostęp do pakietu świadczeń- płaci ciut większą składkę- bo mogła „wciągnąć” jedną osobę.

              Polubienie

              1. W Polsce „państwowe” ubezpieczenia to fikcja, bo normalna umowa ubezpieczenia opiera się na szacowaniu ryzyka. Ci z wyższym ryzykiem płacą (znacznie) wyższe składki albo ubezpieczyciel uznaje, że w ogóle nie zawrze umowy, bo żadna składka nie zrekompensuje mu ryzyka. A jeśli ubezpieczony chce zmniejszyć płacone składki, to musi udowodnić, że ryzyko jest niższe od pierwotnie szacowanego. W przypadku ubezpieczenia medycznego – pozostawaniem w zdrowiu przez ileś tam. Przy ubezpieczeniu komunikacyjnym – brakiem zdarzeń drogowych przez ileś tam. Itd. itp. Bo ubezpieczenia to NIE jest działalność charytatywna, tylko biznes oparty na faktach i statystyce.
                W tym kontekście składki na NFZ zależne od dochodu, a nie od stanu zdrowia, są bzdurą. Powiedzmy wyraźnie – finansowanie leczenia osób chorych od urodzenia lub z bardzo wysokim prawdopodobieństwem zachorowania to zadanie opiekuńcze państwa, a nie zadanie ubezpieczyciela, jakim teoretycznie jest NFZ. I wciskanie, że NFZ zbiera za mało składek, żeby to leczyć porządnie, jest stawianiem wozu przed koniem.

                Polubione przez 1 osoba

                1. A państwo się nie wywiązuje. Ja nie wiem jaki system byłby najlepszy, na pewno musi iść dofinansowanie z budżetu, ale równocześnie stworzyć taki system, który nie generowałby dodatkowych kosztów. W interesie NFZ jako ubezpieczyciela jest zarzucenie szpitali papierologią, bo wtedy łatwo o niedopatrzenie i z automatu cofnięcie środków. Tak jak wdrożenie limitów! Ech…

                  Polubienie

  2. Dobrze, że mama czujna, bo faktycznie słąbe przedszole może zabić coś w człowieku małym
    u mnie 3 lata w słąbej szkole poczyniły nieodwracalne spustoszenia, choć wiem, że inne dzieci się tam dobrze odnajdują, czasem trzeba jednak podjąć drastyczne decyzje

    ceny tych nowatorskich leków są kosmiczne
    ale będą spadały
    do niedawna chemioterapia wyadawała sie strasznie droga
    a za herceptynę dla mnie ktoś zapłacił grubo ponad 30 tys euro, ale to nie co roku przecież

    obyśmy tylko zdrowi byli

    Polubienie

    1. Tuśka jest przerażona jakie te dzieci są smutne i płaczące- te starsze- 2,3-letnie. A Zońcia już dziś zaczęła kichać, ale od jutra aż do wtorku nie pójdzie do przedszkola (ma chodzić tylko 3 dni w tyg.), więc może wydobrzeje zanim się coś rozwinie poważniejszego.

      Olaparibu już mocno spadła, bo gdy po raz pierwszy trafił do nas- tylko w formie badań klinicznych- to koszt był ok 1mln rocznie, w zależności od kursu dolara.
      Oby!!!

      Polubienie

  3. To ja Wam obu (Tobie i Zońci) życzę zdrowia. Mała na pewno uodporni się na te przedszkolne bakterie, ale może się to stać dopiero po kilku zachorowaniach. Prawdopodobnie nieuchronnych, ale co zrobić, jak rodzice zostawiają dzieci w domu dopiero jak już porządnie zagorączkują.

    Polubienie

    1. Pewnie tak, oby! Tuśce żal, bo starszy brat nie chorował do 3 roku życia, ale opiekowaliśmy się nim naprzemiennie z drugimi dziadkami, jak Tuśka wróciła do pracy. Dziś to bardziej skomplikowane, ale też z założenia Zońcia ma chodzić tylko trzy dni. Dziękujemy 💕

      Polubione przez 1 osoba

    2. Niedawno widziałam gdzieś dyskusję o wysyłaniu chorych dzieci do przedszkola. Urwała się, jak któraś mamusia oświadczyła, że ona właśnie zapewnia choremu dziecku opiekę, bo przecież płaci za przedszkole, czyli właśnie za opiekę nad dzieckiem, również chorym.
      Wszystkich zamurowało…

      Polubienie

      1. No właśnie takie mamusie zrzucają odpowiedzialność za dziecko najpierw na przedszkole, a potem na szkołę. Jakby sam fakt, że płaci za to miejsce zwalniało ją z obowiązków rodzicielskich. Albo z posiadania zdrowego rozsądku.

        Polubione przez 1 osoba

        1. „Bo ja przecież pracuję!” było… Pierwsza pracująca matka na świecie… 😦
          Tu u mnie to jeszcze bym rozumiała, bo po prostu nie istnieje coś takiego jak zwolnienie na opiekę nad chorym dzieckiem. Dzięki czemu dzieciakom czasem się uda posiedzieć dzień-dwa w domu, czasem nie, a potem z glutem do przedszkola czy szkoły… Chociaż fakt, że klimat jest inny, choć epidemie grypy są jak wszędzie indziej. Ale psia pogoda trwa miesiąc, góra dwa. 🙂

          Polubienie

            1. Bo państwo tradycjonalistycznie zakłada, że matka (względnie) małego dziecka albo nie pracuje, albo ma do pomocy stado babć, cioć, kuzynek itd. Co często jest faktem – więzi „klanowe” (nie tylko rodzinne) są nadal bardzo silne. A jak nie ma „klanu” pod ręką, to radź sobie sama, kobieto… Stąd ogromna liczba au-pair w Hiszpanii – w razie czego jest komu zostać z małym dzieckiem w domu. Inna sprawa, że te dziewczyny bywają wykorzystywane jak pół-niewolnice…
              Co więcej, glut nie jest uważany przez system szkolnictwa za wystarczający powód nieobecności na lekcjach, jeśli dziecko jest już w wieku szkolnym. Trzeba się gęsto tłumaczyć, dlaczego dziecko nie pojawiło się w szkole…

              Polubione przez 1 osoba

                1. Rozumiem. Ale powiem Ci, że to super, że są jeszcze osoby na takich gościnnych występach. W większości jednak komentują jedni blogerzy innym blogerom. Ty jesteś wyjątkiem:)

                  Polubienie

  4. Mam identyczne obawy jak twoja córka. Identyczne. Co do przedszkolnych wirusów (Tamaluga dotąd nie chorowała) i przedszkolnych złych nawyków (Tamaluga dotąd była grzeczna). Też powiedziałam to samo, że poczekam chwilę i w razie czego zabiorę, ale wszyscy dookoła w głowę się pukają, że tak musi być, że życia się uczy i tak dalej. Ja tam swoje wiem. Nie chcę żeby mi dziecko zepsuli.

    Polubienie

    1. Nic nie musi! Co do wirusów trudno ich uniknąć, ale gdyby rodzice byli bardziej odpowiedzialni, to pewnie dużo mniej dzieci zarażałoby się od innych.
      U Zońci jest ten problem, że ona nie ma jeszcze nawet 1,5 roku i jest to okres, w którym dziecko chłonie najwięcej, a tam chodzą dzieci ze smoczkiem w buzi i o byle co ryczą: upadnie im smok- bek, zgubi klocek- bek, zabiorą mu zabawkę- bek a ta nasza wiecznie roześmiana, nie pasująca do towarzystwa.
      Powiem tak, dzieci są różne, niektóre rozdarte tak same z siebie, niektóre smutne, bo nie ma przy nich rodziców… myślałam, że największym problemem będzie, że będzie tęsknić i płakać, a tu zupełnie inne powody się pojawiły- że przedszkole to jednak niekoniecznie dobra opcja. A jak jeszcze rodzic nie ma noża na gardle, to tym bardziej- dobro dziecka najważniejsze. Zresztą Tuśka już na drugi rok będzie się starała oddać tu do nas, gdzie chodził Pańcio, a na pewno za 2 lata. W tej chwili Zońcia nie jest w pełnym wymiarze, bo tylko 3 dni w tygodniu i jak na razie jest zabierana zaraz po spaniu.

      Polubienie

  5. Zgadzam się w 100%. Otóż to, dobro dziecka przed wszystkim! Mówię ci, że my byliśmy trochę przerażeni, gdy zauważyliśmy u niej takie zachowania, które dotąd były nie do pomyślenia. To nie są jakieś straszne rzeczy, wulgaryzmy i tak dalej, ale widzę w niej zmiany. I tak jak piszesz o Zońci – Tamara uśmiechnięta, a przede wszystkim z ogromem miłości do wszystkich wkoło. Może jestem durna matka kwoka, ale nie chcę żeby to straciła.
    Wszyscy argumentują, że prędzej czy póżniej i tak się dowie że świat jest be. Ale ja wolę żeby to jednak było póżniej. Dlaczego nie może pozostać fajnym radosnym dzieckiem tak długo, jak się da? Sparzyć zawsze się zdąży. Wiesz co mam na myśli. 🙂

    Polubienie

    1. Wiem. I zła jestem, bo w prywatnym przedszkolu, gdzie grupy niewielkie, to naprawdę można z tymi dziećmi dużo więcej, być bardziej uważnym i dla nich. Zobaczymy, ale to, co piszesz to jest niepokojące, bo naprawdę aż żal i szkoda zabijać radość i niewinność pogodnego dziecka. Zońcia gdzie by nie była, to kradnie serca wszystkich- oby jak najdłużej jej to zostało i wiem, że Tamaluga to bardzo mądre i radosne dziecko, więc wcale, ani odrobinę nie uważam, że przesadzasz. Szczególnie że masz przykład starszych córek, które z tego co pamiętam, to nie chodziły do przedszkola. O!

      Polubienie

  6. Nie, nie chodziły i zachowały tę wrażliwość na długie lata. I to nieprawda, co mówią, szkoła wcale nie była jakimś wielkim szokiem dla nich. Przede wszystkim były już starsze i zupełnie inaczej odbierały pewne rzeczy. A takiemu maluchowi łatwo odebrać niewinność. 😦

    Polubienie

    1. Przedszkole ma swoje plusy i minusy, a tak naprawdę dużo zależy od danej placówki. Są miejsca bardzo przyjazne dzieciom, ale też jest ważne jakie dzieci trafią do grupy. My mamy nadzieję, że po remoncie sali, będzie lepiej- czas pokaże.

      Polubione przez 1 osoba

  7. Kochana
    Bardzo źle mi się tutaj wpisuje komentarze, są porozciagane, po 1 literce w pionie na dodatek🤷
    Nie wiem, czy to kwestia jakiś Twoich ustawień?
    O chorowanie nie będę pisała, bo to smutny temat.
    A dziś przypada Światowy Dzień Uśmiechu😀
    Życzę zdrówka, pogody ducha i pysznej ☕🌞🌺🍁❤️

    Polubienie

    1. Jak piszesz z telefonu, to tak niestety jest, jak dyskusja jest długa pod jednym z komentarzy, ale można przewinąć do końca i zostawić swój 😉
      Nie mogę tego zmienić, bo taki motyw, a na kompie są widoczne, zaś ci co mają blogi na WordPress, to ze swoich kokpitów spokojnie mogą komentować, bo tu widać normalnie komentarze, nawet w tel. Ja u Ciebie tez mam trudności z komentowaniem z tel. bo mi się okienko rozjeżdża i w ogóle nie widzę tego, co napisałam 😉
      Dużo uśmiechu!!!😀😀😀

      Polubienie

  8. Przedszkola i żłobki są bardzo różne. Moje maleństwa, gdy się przeprowadziliśmy, to musiały zmienić przedszkole i to był dramat. Z przedszkola, które było przyjazne dzieciom trafiły do przechowywalni, do tego panie nie informowały o tym, że panuje wiatrówka i moj Mąż zachorował razem z dziećmi. Gdyby nie pediatra, to nie wiem co by było, bo lekarz zakładowy nie rozpoznał choroby dziecięcej u dorosłego, tylko uczulenie i wysłał do do pracy.😱
    Teraz też mieliśmy fatalne przejścia ze żłobkiem u najmnłodszej, ale udało Ją się przenieść do przrdszkola, przy niepełnych trzech latach i jest całkiem nieźle.😍

    Polubienie

    1. O mateczko- coś wiem na temat przechodzenia dziecięcej choroby w wieku dorosłym.
      Jak zwykle najwięcej zależy od personelu przedszkolnego, jego podejścia do maluchów. Warunki też są ważne, bo ułatwiają pracę i umilają dzieciakom czas. Nie wszędzie jest niestety fajnie.

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s