Czas miniony..

Wyjechał w nocy z niedzieli na poniedziałek do pracy i do dziś nie wrócił 😉 Zostałam słomianą wdową na włościach, czy jak to tam się mówi, z planami, co to ja teraz z tym czasem nie zrobię, a tak naprawdę to czas mi umyka błyskawicznie nie wiem na czym 😉 To znaczy, wiem. Na tym co do tej pory, wyeliminowałam tylko gotowanie. Dla się, się nie chce, więc nawet wątróbka, zamiast wraz z cebulką wylądować na patelni, została wrzucona do garnka, a potem do misek piesów. Sandwicze na ciepło naprzemiennie z pierogami oraz dużo owoców przegryzanych kalarepą. No cóż, główny zaopatrzyciel w produkty naszego domu, wziął sobie urlop i wyjechał… No to w końcu się zebrałam w sobie i wyruszyłam do Miasteczka na poszukiwanie… truskawek i moreli. A konkretnie na rynek, a raczej ryneczek, bo trzy stoiska warzywno- owocowe trudno inaczej nazwać. Zdobyłam tylko truskawki.

Kiedyś w samym centrum Miasteczka był plac, a na nim stragany z przeróżnym towarem, ale królowały warzywa, owoce i kwiaty. Plac był kolorowy, gwarny, tętniło życie. Dziś wciąż jest plac, ale zabetonowany, ze sezonową knajpką z piwem. Jest schludnie i pusto. Od czasu do czasu ożywa, jak są organizowane koncerty. Targ przeniesiono w inne miejsce, w którym z roku na rok zaczął się kurczyć- ubywało handlujących. Nie, nie uważam że źle zrobiono, bo ten plac to wizytówka Miasteczka. Miejski Rynek. Ale, szkoda, że na placu nie ma zieleni, drzew… Skwer byłyby chyba lepszym pomysłem, szczególnie że większe koncerty i tak odbywają się na stadionie lokalnej drużyny. I smutno mi, że czas, przemiany, zmieniły upodobania i teraz większość kupuje w hipermarketach, a małe i większe ryneczki giną z mapy miasteczek.

Mam miała swój ulubiony ryneczek niedaleko osiedla. Warzywa, owoce, ale i mięso kupowała tylko tam. Kilka alejek do przejścia, kolory i zapachy… Też to lubię, ale nie mam okazji, bo OM do domu przywozi z giełdy w ŚM, często prosto od rolnika, wszystko o co go poproszę. Jak się nadarzyła, to okazało się, że za bardzo nie mam gdzie… Ech…

*

Nie oglądam telewizji, ale co nieco do mnie dociera. Bardzo współczuje dzieciakom i rodzicom z podwójnego rocznika. Zamiast cieszyć się wakacjami, to przeżywają stres związany z rekrutacją. Jak słyszę, że każdy uczeń w końcu trafi do szkoły…jakiejś…to zgrzytam zębami. Pamiętam stres Miśka, który w DM złożył tylko do jednego liceum, i było to jego być albo nie być w DM. W południe wiedzieliśmy już, że dostał się do wszystkich trzech najlepszych liceów w ŚM, ale dopiero zakwitł mu banan na ustach trzy godziny później, gdy było już wiadomo, że pójdzie śladami starszej siostry… Współczuję, bo znalezienie się na liście to jedno, a drugie to nauka w szkole, w której ilość klas i uczniów w nich bardzo się powiększyła, co automatycznie pogarsza warunki nauki.

Ach, i rząd daje kolejne 500plus, tym razem niepełnosprawnym dorosłym. Ludzkie pany! Z ciężką ręką, która wyznaczyła próg dochodowy. Trudno to nawet skomentować.

Reklamy