Kacza akcja!…

Nie zginie kaczy ród, tak mi dopomóż…

Alarm podnieśli klienci sklepu, którzy na ławeczce spożywali niskoprocentowe zimne napoje dla ochłodzenia organizmu, kiedy zamiast białych myszek zobaczyli żółciutkie kaczątka. Ktoś doniósł do OM, a ten do mnie, że chyba kaczki się wykluły… Noszzzz, a jak na złość obaj pracownicy w terenie!

… dopomógł sąsiad.

W pocie czoła połapaliśmy całe rozpierzchłe towarzystwo do dużego kartonu, a matki sztuk dwie zresztą maleństw zagoniliśmy do osobnego pomieszczenia w kurniku, i oddając im ich potomstwo, doprowadziliśmy do szczęśliwego połączenia rodzicielek z dziećmi. (Ojcostwa nie ustalaliśmy; cztery kaczory akurat miały sjestę pod jabłonką, nie było sensu im jej zakłócać ;pp). Po wycince drzew u sąsiada, kiedy rozwalono nam zagrodę dla kaczek, a lis zamordował około 20 kur, to całe pierzaste towarzystwo było razem, co wcześniej nie miało miejsca- kaczki miały swoje pomieszczenie i oddzielny kaczy wybieg. Był porządek. Za czasów, kiedy to Tata trzymał pieczę nad wszystkim…

Mogłabym zlecić wybicie wszystkiego i mieć święty spokój, ale nie po to mieszkam na wsi, żeby nie mieć swojego jajka czy kaczki na rosół. Tak było zawsze, odkąd tu zamieszkałam. Nie udawałam „paniusi” z miasta ani tym bardziej, że się znam na hodowli czy uprawie, wszak nigdy nie mieliśmy nawet działki w DM, jednak nie wyobrażałam sobie, żeby jajka kupować w sklepie, a rosół gotować z kurczaka nafaszerowanego antybiotykami. Dlatego też mój ogród, to nie ozdobne drzewa i krzewy, ale czereśnie, wiśnie, śliwy, jabłonie, grusze, orzechy i leszczyny. I pierzaste. Owszem, jest bez, magnolia, hortensja i kilka iglaków, kwiaty samosiejki… Pomiędzy. Jest tez niewielki warzywniak. Cukinie już owocują, właściwie to już mogę zrywać- nie mogę się doczekać pierwszych placuszków 🙂 Śliwy uginają się pod owocami, których ciężar łamie gałęzie. Ostatnia, najmłodsza czereśnia wciąż owocuje. To wszystko stwarza wrażenie półdzikości… Żadnego projektowania… Może się narażę, ale nie robią na mnie większego wrażenia wymuskane pod linijkę ogrody z tujami i trawnikiem równo przystrzyżonym pośrodku. Taki ma Tuśka, jedyny plus tego wszystkiego, że drzewka i krzewy owocowe rosną za ogrodzeniem z jednej strony, a za nimi rzędy sosen, a z drugiej- też za ogrodzeniem- lipy i sosny… a pomiędzy nimi wysoka trawa z makami i chabrami… Bo to działka 1,5 hektarowa. Owszem, takie wymuskane ogrody są piękne, bo roślinność sama w sobie jest piękna, nawet może i piękniejsze, bo obfitsze w różnorodną zadbaną, wymuskaną roślinność, lecz nie ma w nich żadnej tajemniczości, spontaniczności, naturalności…

OM nie ma czasu zajmować się pierzastymi, ja sił, więc robi to jeden z naszych pracowników w ramach pracy dodatkowej. Różnie z tym bywa, ale mimo iż Tata już prawie rok nie przyjeżdża co weekend na wieś, to wciąż mogę zawieźć mu jajka i ugotowany  rosół z własnego chowu. I nie ukrywałam satysfakcji w głosie, jak mu opowiadałam przez telefon o „kaczej akcji”… Bo Tata nie wierzył, że cokolwiek się wykluje, jak kury z kaczkami się wymieszały. A teraz wszystko w kaczych rękach, tfu to nie polityka przecież skrzydłach, żeby maleństwa odchować. Wikt mają zapewniony.

*

Tydzień minął jak z bicza strzelił i znów jadę badać poziom czerwonych krwinek. Oby wskoczyły na odpowiedni level do wydania mi piguł 😉 Nic bardziej mnie nie cieszy, jak ochłodzenie akurat 🙂 (Pogoda głupieje, bo różnica może być nawet 18-stopniowa). Może uda się wychłodzić mieszkanie, a przede wszystkim posprzątać u Taty, bo tydzień temu nawet palcem nie kiwnęłam, żeby cokolwiek zrobić. Samo przemieszczanie się wysysało wszystkie siły, a niedobór krwinek niczego nie ułatwia…

 

 

 

Reklamy