O niczym…

Ważnym. (Tak jakbym w tym miejscu popełniała szczególne ważne treści ;)).

Chłodniejszy piątek (27 w cieniu) wykorzystałam na zakupy w mieście. Tak naprawdę, to ruszenie się ze strefy komfortu, czyli w miarę wychłodzonego domu, wymusiła potrzeba kupienia prezentu dla Rodzinnej, której się właśnie zmienia cyferka z przodu. Przy okazji kupiłam sobie trzy bluzki, krótkie spodenki i… sukienkę! Normalnie przez te upały zmieniają mi się ubraniowe preferencje, bo to już druga letnia sukienka w tym roku! Szok! I nic nie kupiłam Najmłodszym. Kolejny szok! 😉

Podjechałam też do ZUS-u, upomnieć się o się i… kolejny szok! Pani mnie poinformowała, że choć to jeszcze nie jest decyzja prawomocna, ale komisja orzekająca- bez mojego udziału- przyznała mi rentę na kolejne dwa lata. Z tego oszołomienia, nie wiem, czy usłyszałam całkowitą czy niecałkowitą niezdolność. Przyjdzie pismo, to doczytam. Ufff… Normalnie się wzruszyłam ;p

I z tego wzruszenia pojechałam kupić kwiatki do posadzenia, choć obiecywałam sobie, że z tym już koniec! Ale! Nasza większa suka (Kama) w czwartek uznała, że co to za Boże Ciało, jak się kwiecie po ogrodzie nie sypie… No to sobie pokopała w rabatkach, rozrzucając kwiatki, gdzie popadnie. OM mi zakomunikował stan zniszczenia w momencie, kiedy zrywałam czereśnie, słowami: wykopała dół na pół metra… Przyjęłam to ze stoickim spokojem, który mnie samą zdziwił, nie poleciałam na złamanie karku zgrzytając zębami i mieląc przekleństwa od razu oglądać rabatkową apokalipsę, acz zaczęłam się zastanawiać, czego piesa tak namiętnie szukała.

Z zaskoczenia prosto z lasu zostaliśmy „obdarowani” czterema litrami jagód. W cudzysłowie, bo OM nie miał serca nie wziąć, a przez to ktoś by nie zarobił, więc trochę z niepokojem, co ja z taką ilością pocznę, zadzwonił, że jedzie z jagodową niespodzianką. Połowę od razu kazałam zostawić mu u LP, chętnie połowę połowy zostawiłaby u Tuśki, ale w końcu stwierdziłam, że zrobię naleśniki, to zje u mnie, a resztę zamrożę.

Dzwoni do mnie Tato i się pyta, jak „zrobić bułkę” do polania fasolki i kalafiora, bo Mama tak zawsze robiła… Powiedziałam jak i dodałam, że ja zawsze do gotowania dodaję suszonych warzyw. Za chwilę dzwoni znów, dopytując się, co ma dodać, bo zapomniał. Po godzinie dzwoni kolejny raz, pytając się, czy te „twarde” końcówki z fasolki się usuwa, bo on nie usunął i teraz mu chrzęści między zębami, ale i tak jest bardzo dobra i zjadł połowę (z 1, 2kg), bo wolniej mu idzie to jedzenie z tegoż powodu 😀 Nawet nie pytałam się, czy wcześniej ją umył…;p I nie wspomniałam o kalafiorze, może się uchowa do jutra:D

A jutro, czyli dziś, imieninowy grill u Przyjaciół, w niedzielę przyjęcie urodzinowe Rodzinnej, więc już zapowiedziałam OM, że żadnych niespodzianek, bo ja migruję z kuchni wraz z ostatnim wydanym naleśnikiem uznanym jako „ niebo w gębie” … no, chyba że byłyby to kurki… z lasu 🙂

P.S. Trzymajcie się chłodno, bo nadciąga kolejna fala upałów, a z nimi, co gorsza, anomalia pogodowe. Na poprawę w przyszłości nie ma co liczyć, lodowce topnieją, a nasz rząd wraz z trzema innymi rządami, ludzkość (i nie tylko ją) ma głęboko w doopie, stając okoniem i już nie pełzając, ale truchtem podążając na wschód. Po rosyjski węgiel- to jest to prawdziwe dbanie o polskich przedsiębiorców.