Jednym lepiej, drugim gorzej…

58698532_464615567614638_7143977132463489024_n

Powietrze pachnie bzem. Mimo zmęczenia pojechałam na cmentarz z bukietem białego i fioletowego, obłędnie pachnącego bzu. Pierwszy raz wracałam z cmentarza z suchymi oczami. Chyba za dużo łez wylałam podczas pobytu w DM.

Powinnam się przyzwyczaić, nie reagować, ale nie potrafię. Mój system odpornościowy rozwala byle drobnostka… Łzawe reakcje potęguje też brak sił, co potwierdziły wyniki krwinek i hemoglobiny (poleciały w dół). Piguły dostałam, ale oczywiście również receptę na żelazo i dodatkowo witaminę B12. Tym razem żelazo z kwasem foliowym, coby się lepiej wchłaniało. Normalnie nie powinnam go spożywać w formie chemicznej, ale coś za coś. Również muszę uważać na witaminę C, która „wypłukuje” działanie piguł. No, a żelazo wchłania się najszybciej w towarzystwie tej.

Pobyt w szpitalu nie był udręką: na izbie zostałam ekspresowo przyjęta, wyniki przyszły w miarę szybko, więc spędziłam tylko(?) trzy i pół godziny; w międzyczasie byłam w poradni po zaświadczenie o stanie zdrowia dla ZUS-u. Moja Doktorowa już nie pracuje, w końcu odeszła na prawdziwą emeryturę w wieku 72 lat, jeśli się nie mylę. Szkoda. Na zastępstwie była jedna z najmilszych lekarek z oddziału, z krótszym stażem niż ja tam bywam po piguły. Znamy się, ale nie znała całej mojej historii od 1999 roku. No cóż, na kolejnej osobie zrobiłam wrażenie… 😉 Przede wszystkim fakt, że już jedenasty rok walczę, bo w praktyce przy moim skorupiaku, to raczej  pożegnanie tego łez padołu w krótszym czasie… od diagnozy.

Ale do grobu to najszybciej wpędzi mnie… Tato. To przez jego działalność z ryczałam się, tak, że rano we wtorek wciąż miałam czerwone i opuchnięte oczy. W sumie to sama nie wiem dlaczego… Na pewno nie przez pranie, które łomotało w bębnie, jakby ktoś walił młotem w dzwon. No cóż, twierdził, że to guziki od spodni, ale ja wyciągnęłam długaśną i grubaśną „śrubę” – w sumie fachowo nazwał to ustrojstwo Misiek, ale zapomniałam co, to było. Rozwaliłby pralkę- to jego problem nie mój. Ale! Jak zobaczyłam zagracone mieszkanie worami, w których były też moje i Tuśki rzeczy to …poleciało ze mnie. A mówiłam, żeby w kawalerce nie robił porządków. Okej. Mam traktowała to mieszkanie- po skończeniu przez Tuśkę studiów- jako magazyn i trzymała w nim zapasy, w szafkach, w szufladach. Najwięcej środków chemicznych i higienicznych. Zamiast do sklepu, szła do drugiego mieszkania i przynosiła sobie np.płyn do naczyń, po czym jak była na zakupach to przypominała sobie, że ostatnio uszczupliła stan i kupowała następny, nieważne, że w szafce były jeszcze dwa albo trzy… Nowych szczoteczek do zębów jest ponad 20 sztuk. Nie wiem po co. Tak na wszelki wypadek jakbyśmy z Tuśką zapomniały swoich- elektrycznych. Zawsze miała zapas żarówek, baterii, worków do śmieci, ściereczek, pojemników…wszystkiego… Nieużywane, jeszcze zapakowane spinacze do prześcieradeł- nawet nie wiedziałam, że takie ustrojstwo istnieje.

Nieważne. Niech sobie będą…

Tacie potrzeba niewiele i w pojedynczych sztukach. Jak zobaczył dwie suszarki do włosów w szufladzie, to jedną wyrzucił… W sensie do worów. I te wory porozwalane po kawalerce mnie rozwaliły. Musiałam przejrzeć i pochować wiele rzeczy z powrotem. A prosiłam! Mówiłyśmy obie z Tuśką, żeby kawalerki nie ruszał. I tak miotającą się z workami i ryczącą zastały mnie dzieci.

Siadł mi system… Potrafię się cieszyć drobiazgami i jednocześnie duperele rozkładają mnie na łopatki…

W środę rano też odwalił numer, bo zamiast poczekać na Miśka, a tak, prawdę mówiąc, do ustalonej godziny wyjazdu, to sam pojechał autem z przyczepką na wieś. Po pszczoły. Nieważne, że ustalił, iż to R. swoim busem skrzyniowym mu je przywiezie, to wymyślił, że akcesoria typu miodarka i takie tam inne załaduje na przyczepkę. O matko i córko! Dziecka Młodsze zapakowały się do mojego auta i przyjechały ze mną, a właściwie ja z nimi, bo kierownicę przejął Misiek. Na miejscu już sama zarządziłam, że Dziecka nie czekają do zmierzchu, tylko po zjedzeniu obiadu (w tych warunkach zamówiona pizza), biorą auto Dziadka z przyczepą i zawożą na ranczo, a jak już nocą dojadą ule, to Misiek podjedzie, żeby pomóc rozładować i zabrać Dziadka do mieszkania, a R. pogna z powrotem do domu.

Ożeż! Jeszcze niedawno nie wyruszał sam w trasę autem, a teraz z przyczepką i to po nocy chciał jechać. Całe życie był w gorącej wodzie kąpany. W przenośni i dosłownie! Jak widać już mu lepiej… ech…

Muszę odreagować. Ciszą. W eterze. Dziecka Młodsze jutro jadą nad morze, nawet korki i pogoda ich nie zniechęciły do wyjazdu. I dobrze, bo gdyby zostali na miejscu, to Dziadek zaraz by wymyślił jakieś zajęcie niecierpiące zwłoki. OM jak zwykle pracuje, to ja będę się byczyć… choćby pod kocykiem. I łykać piguły. A pomiędzy pójdę do lasu poprzytulać się do drzew…

 

Dziś mija 50. rocznica śmierci mojego Dziadka, taty Mam… Często jeździłyśmy w tym czasie do rodzinnego miasteczka Mam. Wracałyśmy 3 maja, zdarzało się, że do zagazowanego DM- rozruchy. Moje dzieci urodziły i wychowały się już w wolnej od komunizmu Polsce i choć jeszcze musiałam im wyrobić paszporty, żebyśmy mogli podróżować po Europie, to za chwilę były już zbędne… Żyjemy w pięknych czasach, w Europie bez granic, bez wojen, i oby już na zawsze!

 

Reklamy