Teraźniejszość…

jest ulotna. Dzień za dniem, godzina za godziną, minuta… sekunda… Staram się każdą chwilę przeżyć świadomie, odczuwalnie. Zmysłami. Nie zawsze mi to wychodzi, często minuty mi uciekają, łącząc się w pasmo pustych godzin. Nie lubię tego. Budzi to we mnie poczucie utraconego czasu. Przygnębienie. Nie lubię też, kiedy dopadają mnie nieznośne, nieustępliwe myśli, które wdzierają się do głowy mimo postawionych im barier. Nie w każdych okolicznościach sztuka wyparcia, którą opanowałam do perfekcji, zdaje egzamin.

Otwieram szeroko okno i wpuszczam wiosenne słońce do domu. Zapach powietrza miesza się z zapachem pyrkającego na gazie rosołu z francuskiej kaczki. Zaglądam na blogi, uśmiecham się czytając, lecz gdy wzrok pada na krajobraz za oknem, to mimo iż widzę pąki liści na drzewach, rzednie mi mina… To nie jest już ten sam widok. Mur zieleni po drugiej stronie siatki runął- nie licząc rachitycznej sosny- obnażając brzydotę sąsiedzką. Sami musimy też wyciąć jednego świerka, bo nie wytrzymał zeszłorocznych upałów. A może został zamordowany…? Dostaję zdjęcie poważnie siedzącej w wózku Zońci na spacerze. Świat z punktu siedzenia jest o wiele ciekawszy niż z pozycji leżącej. Wraca uśmiech.

Patrzę na taras, który doprasza się wiosennych porządków. Biorę ze sobą rękawiczki robocze i… wsiadamy z Tuśką do Ceśki i jedziemy na cmentarz. Patrzę w telefonie na aplikację pogody i decyduję, że w czwartek pojadę do sklepu ogrodniczego po kwiaty. Wiosenne. Posadzimy je na grobie…