Trochę elektroniki…

…i człek się gubi 😀

Przedpołudnie piątkowe było dość spokojne i leniwe. Dopiero na 13.30 był zaplanowany wyjazd do ŚM, więc w swoim rytmie przy akompaniamencie świszczącego wiatru za oknem ogarniałam się i przestrzeń wokół. Nie czułam żadnej ekscytacji, wielkiej radości, co nie znaczy, że ich nie było, ale gdzieś tam głęboko siedziały i nie chciały wypełznąć na wierzch. Zauważył to Pan, z którym dokonywaliśmy transakcji w salonie, bo spytał się mnie czy się dobrze czuje, i zaraz padły słowa: nie cieszy się pani? Cieszę się –odpowiedziałam głośno, ale nie wiem, czy mi uwierzył, gdyż nie skakałam z radości, na twarzy nie miałam permanentnego banana i nie świeciły mi się oczy z pożądania. Pan przeszedł do objaśniania różnych kwestii związanych z użytkowaniem i, kiedy objaśniał ważność dwóch numerów telefonicznych, przerwałam mu z uśmiechem, że wystarczy mi znajomość numeru do OM. Zapewnił mnie, że jak zadzwonię pod jeden z nich, to już nie będę musiała dzwonić do męża, bo zapewnią mi full serwis- nawet samolot, serio. Aż mnie kusi, by wypróbować 😉 Potem poszedł po auto, które było w trakcie mycia i wjechał nim do salonu, co było dużym plusem, bo za oknem wciąż hulał wiatr. Zaczęło się objaśnianie co do czego. Na pierwszy ogień poszła maska, co od razu skwitowałam, że to będzie pierwsze auto, w którym będę wiedziała jak ją otworzyć (wydaje mi się, że już zapomniałam, a raczej na pewno), ale ta wiedza tak naprawdę nie jest mi potrzebna. Pan od razu zapowiedział, że nie wyjaśni wszystkiego, bo to za dużo wiedzy na raz i nie wszystko muszę umieć zastosować od razu- choćby automatyczne parkowanie. Hmm…nie wiem, czy w ogóle jestem skłonna zaufać Ceśce w tej kwestii ;pp Tak naprawdę to starałam się zapamiętać gdzie mam przycisnąć, żeby w rączki i w dupcie było mi ciepło, bo reszta to podobna do tego, co w Julku. Aaa i kazałam sobie wyłączyć automatyczne trzymanie się pasa, co trochę Pana i OM (Pańcio, który był z nami, nie wyraził zdania) zdziwiło, ale co mi auto będzie ograniczać jazdę wężykiem ;p Wystarczy, że potrafi wybrać trasę do najbliższej restauracji, bankomatu i czegoś pewnie jeszcze… Takie inteligentne.

Krótkie szkolenie dobiegło końca, Pan wyjeżdżał autem z salonu, my wychodzimy, dzwoni Tata z życzeniami i pyta się, czy OM kupił mi kwiatka, więc mu mówię prawdę, że nie, ale właśnie za momencik wyjadę nowym autem, Pan się żegna i wręcza mi butelkę włoskiego wina, a ja z uśmiechem dziękując, z ulgą wsiadam do Ceśki i ruszam do pobliskiej stacji paliwowej, mrucząc pod nosem, że wlew jest z innej strony niż u Julka. I nie wiem jak to się stało, że pomyliłam strony i musiałam odjechać, po czym zrobiłam idiotyczny manewr, bo ustawiłam auto w złym kierunku jazdy, więc ponownie obróciłam, żeby podjechać tym razem tyłem pod odpowiedni dystrybutor z dobrej strony. I w tym momencie auto mi zgasło. Na nic próby uruchomienia go ponownie! Zgłupiałam, bo w pierwszej chwili nie przyszła mi do głowy najprostsza przyczyna, tylko pomyślałam sobie, że elektronika siadła. Ale! Jak ochłonęłam, to…

Noszzzz jak żyję i jeżdżę, a jeżdżę już prawie 36 lat, to NIGDY nie zabrakło mi paliwa. Jestem na stacji i nie mogę zatankować, bo z żadnego dystrybutora wąż nie sięgnie. Idiotyczna sytuacja! Za mną przyjechał OM, który próbował jeszcze uruchomić oporną Ceśkę. I udało mu się! Ale! Podjechał tylko pod najbliższy dystrybutor dla tirów… a zauważył dopiero, jak stanął i zgasił silnik. Kolejne próby uruchomienia auta spełzły na niczym, więc zapada decyzja o przepchnięciu. Luzik. Luz. A auto w zaparte. (Parsknęłam  śmiechem, bo Pan z salonu stwierdził, że dwóch literek na dźwigni w ogóle nie będę musiała używać, a nie minęło 10 minut, i okazało się to nieprawdą). Panowie z obsługi stacji próbowali pomóc, i już mieli iść po konewkę, żeby dolać paliwo, jak OM doszedł, że trzeba manualnie wyłączyć hamulec ręczny (zaciąga się i spuszcza automatycznie), co zrobił i Ceśka przestała stawiać opór.  Ufff…No, a potem to już sama przyjemność z jazdy do domu (chłopaki pojechali do Maka i jeszcze coś załatwić w mieście) i raport, że spaliła mi 4,2l/100km.

Zanim zdążyłam wejść do domu, to podjechała koleżanka, więc zaprosiłam na kawę- ja szklankę soku z buraków. Dawno się nie widziałyśmy, więc było o czym rozmawiać, szczególnie że jej córcia przenosi się z Anglii do Nowej Zelandii, więc na chwilę za sprawą zdjęć przeniosłam się i ja do krainy, gdzie zieleń jest tak soczysta, a wody przejrzyste… ech. Pozazdrościć. Wspominałyśmy też Mam, z którą ona się zakolegowała i odwiedzała w wiejskim domu, jak tylko Mama przebywała na wsi. Nie wiedziała o tym, że zmarła, bo na śmierć zapomnieliśmy ją powiadomić- dopiero mi się przypomniało dwa dni po pogrzebie… Źle się z tym czułam i bardzo ją za to przepraszałam. Powiedziała mi, że zapamięta Mam żywą, że ma od niej kilka rzeczy, również ubrania, które zawsze będą jej przypominały… Ale powiedziała też coś, co mnie zakuło, bo było takie oczywiste, a czego chyba ja nigdy nie zrobię, a przynajmniej nie tak szybko: że musi usunąć numer telefonu…

Wrócił OM, który przyjął faceta od likwidacji szkód, bo akurat zadzwonił, że może przyjechać (toaleta na parterze zalała nam pomieszczenia piwniczne). Koleżanka się żegna, facet też wychodzi razem z OM, dzwoni Misiek z wieściami, które mogą mocno skomplikować pewne sprawy, aż siadam z wrażenia, bo automatycznie zaczynam się martwić o Tatę… Zamykam drzwi za koleżanką, jestem już sama i chcę chwili spokoju, gdy słyszę jak Ceśka drze japę. Nosszzz co się dzieje? Widzę otwartą torebkę, więc domyślam się, że OM wziął pilota, szukam drugiego, w tym momencie dzwonek do drzwi- to Pańcio ze swoim tatą i bukietem kwiatów, (Pańcio wcześniej wręczył mi laurkę), który w progu informuje: babciu alarm wyje. Odbieram kwiaty, daje chłopakom buziaka, wychodzę na taras i pilotem wyłączam syrenę. Z auta wychodzi zdziwiony OM. Nie mam siły drzeć się i mu tłumaczyć, ale jak dotarł do domu, to poinformowałam go, że nie słuchał Pana z salonu, kiedy informował o zabezpieczeniu alarmu. Nie uwierzył mi, więc zeszłam na dół i mu udowodniłam, że biorąc pilot i nie mając przy sobie tego zabezpieczenia, to auto wyje i nie ruszy. To tak na wszelki wypadek jakby ktoś ukradł  pilota. Ech… 

Jest godzina 19 i mam już serdecznie dość, ciesząc się, że dzień się kończy. Jeszcze telefon do Przyjaciółki (kilka prób, zanim się zorientowałam, że muszę przełączyć z Ceśkowgo połączenia, bo ona mnie słyszy, a ją słychać w aucie, w którym przecież nie jestem, bo siedzę na domowej kanapie) z życzeniami urodzinowymi i dopiero w tym momencie czuję, jak schodzi ze mnie napięcie dnia. Na stole kwiaty, wino i laurka, a pod wiatą Ceśka, która zastąpiła Julka- to był wyczerpujący, ale dobry dzień.

I przesłanie do wszystkich, którzy odbierają auto w salonie, żeby na wszelki wypadek mieli przy sobie  kanister z paliwem. Normalnie to skandal , żeby zabrakło benzyny po przejechaniu…ok 600- 700 metrów.  Żadne wino nie zrekompensuje mojej traumy z tego powodu ;p

Ech… i coś się dzieje niedobrego z moimi oczami. Widzę potrójnie i to całkiem na trzeźwo! To znaczy, widzę potrójnie światła samochodów, w pionie. Na odległość, bo  jakieś 10m przed, widzę już pojedynczo.