Powrót do cyklu…

Znów pakuję walizkę. Jakby nic się nie zmieniło (dziś wyjazd- jutro szpital- pojutrze przyjazd)… wyruszam do DM. Tyle że jedzie ze mną słoik zawekowanej zupy fasolowej, którą gotowałam w sobotę. Dla Taty. Lubi zupy. Do tej pory to ja wyjeżdżałam z DM ze słoikiem flaków bądź zupy gulaszowej… od Mam.

Codziennie rozmawiamy przez telefon. Krótko. Nie tak jak z Mam… I nie do południa, tylko wieczorami.

Tu na wsi żyję jakby w szklanej kuli… Jest OM, są Najmłodsi, którzy każdy smutek przegonią na cztery wiatry… Chyba jeszcze do mnie nie dotarła ta ostateczność, z którą przyjdzie mi się zmierzyć po przekroczeniu progu miastowego mieszkania.

 

Trzymajcie kciuki, żeby wtorek- potworek nie był taki straszny, a moje krwinki były na przyzwoitym poziomie. Z góry dziękuję!

Reklamy