Pozbawianie tego, co niezbywalne…

Godność. Każdy ją ma. Niezbywalną z samego faktu, że jest się istotą ludzką.

Chorowanie potrafi tę godność nam odebrać, szczególnie gdy jesteśmy skazani na łaskę i niełaskę innych, zależni od nich, od miejsc, w których się znajdujemy.

Na oddziale typowo kobiecym, gdzie leżą kobiety po zabiegach, ciężkich operacjach, ale również w trakcie chemioterapii nie ma żadnej sali z łazienką, a na cały oddział są tylko dwie. Usytuowane na środku długiego korytarza, gdzie naprzeciwko stoją krzesełka dla pacjentek i ich bliskich oczekujących na przyjęcie, czy wizytę w gabinecie zabiegowym, bądź odwiedzających.

Kobieta wychodząca do domu, korzysta jeszcze z toalety i po chwili staje w drzwiach: po nogach cieknie krew, krzyczy do męża, żeby z dyżurki przyniósł jej podkłady. Młoda dziewczyna, starsza otyła pani- obie  w prześwitujących, kusych szpitalnych koszulkach, trzymające w ręku worki na mocz czy krew- panie ze stojakami, z których sączy się lek- bez włosów, w czapeczkach lub bez- posuwistym krokiem podążają do łazienek, odprowadzane wzrokiem siedzących na korytarzu kobiet i mężczyzn. Żadnej intymności.

Inny oddział, inny szpital, i sala wprawdzie z łazienką (jako jedna z nielicznych), ale za to zamiast dwa łóżka są cztery i tyle samo pacjentek. Najmniej sprawna, potrzebująca wsparcia innych, żeby do tej łazienki pójść, musi prosić inne pacjentki… o wezwanie pielęgniarki bądź osobistą pomoc. Również w nocy, bo nie ma dzwonka przy jej łóżku. Niby drobiazg… Brak choćby najmniejszej strefy prywatności… łóżko przy łóżku.

Nie wiem, czy kiedykolwiek doczekamy się w naszej służbie zdrowia, żeby struktury organizacyjne (szeroko rozumiane) służyły godności pacjenta. Na razie mamy tylko RODO…