Obecność…

Są takie sytuacje w życiu, że mało co się liczy tak, jak czyjaś obecność. Bycie obok, w zasięgu słuchu, czasem jednego krótkiego spojrzenia spod półprzymkniętych powiek.

Tata raz mnie zapytał, czy OM nie jest zły, że ciągle mnie nie ma. Niby na kogo? No właśnie. Tyle że to wcale nie jest takie naturalne. Akceptacja. Zrozumienie. Wsparcie. To nie dzieje się z automatu. Bo tak trzeba.

Życie weryfikuje wszystko, również związki. Nawet te długoletnie, z boku wyglądające na idealne.

Byli parą z trzydziestoletnim stażem. Bez węzłów małżeńskich. Po przejściach, każde ze swoim bagażem doświadczeń i własnym dzieckiem. Nagle On dzwoni do wspólnych przyjaciół z informacją, że o to Ona wystawiła mu walizki za drzwi. Szok. Niedowierzanie. Współczucie. Troska. Milion pytań niezadanych… Kilka odpowiedzi. Mija czas i poznają wersję drugiej strony. Zachorowała jej mama. Ciężko. Na początku chodziła do niej kilka razy w tygodniu, ale przyszedł czas, że musiała prawie zamieszkać u niej. Zamiast wsparcia od partnera, dostała pretensje, że ciągle jej nie ma… Zrobiła jedyną słuszną rzecz. Mieszkanie było jej, więc po śmierci swojej mamy pod pretekstem sprzedania go, kazała mu się wyprowadzić. Sama przeniosła się do nowego, bez niego. Zakończyła związek, który w tak ważnej życiowej próbie nie zdał egzaminu. On wciąż nie bardzo rozumie dlaczego, ale ją już to nie interesuje.

Dobrze, że mam to miejsce i Was. Nawet nie wyobrażacie sobie, ile to dla mnie znaczy… ❤️