Zawitała…

W pierwszą lutową niedzielę powiało cieplejszym wiatrem i nadzieją. Przez chwilę. Przyglądałam się temu, jak przebiśnieg, który dopiero co przebił się spod warstwy śniegu i nie bardzo wie, co go czeka. Czy pora i miejsce odpowiednie, czy jest już zwiastunem nadchodzącej wiosny, czy raczej pokonają go śnieżne zamiecie i mrozy.

Trochę z ciekawości, bez większych oczekiwań oglądałam spektakl: Wiosna, wiosna, wiosna, 

ach to ty…

No nie. To nie ona, a szkoda…  Spektakl zaś był radosny, uśmiechnięty, pełen entuzjazmu, skupiający mnóstwo słonecznych i rozśpiewanych osób. Petarda energii. W stylu iście amerykańskim. I dobrze. Ludzie potrzebują radosnego zapału, zachęty do działania.

Niestety, osobiście widzę wciąż zimę za oknem, a wiosny jakiej się spodziewam, to tylko tej kalendarzowej. Dlaczego? Pomijam program Wiosny p.B. Nie będę się tu pastwić nad tymi obietnicami. Jedno jest pewne, ten ruch/partia nie ma szans, żeby je zrealizować. I nie dlatego, że są nie do zrealizowania, ale dlatego, że nie wygra wyborów, nie mówiąc już, że musiałby wygrać taką ilością głosów, żeby rządzić samodzielnie jak obecna partia rządząca. Bo każda koalicja weryfikuje obietnice wyborcze poszczególnych partii, a najbardziej weryfikuje je kasa w budżecie. Lider o tym wie, dlatego może obiecywać sobie prywatnych specjalistów z kasy NFZ, na ten przykład.

Miało powiać czymś nowym. Dla mnie nie powiało, mimo iż czuć było rześkość, uniesienie, ochoczość, poryw do działania, powiew zmian… Autentyczny entuzjazm.

I powiem tak. Gdyby nie fakt, że tkwimy w takiej a nie innej rzeczywistości, to może radośniej spoglądałabym na tę nową formację na scenie politycznej. Niestety. Obawiam się, że to nie dobry czas, bo jedynie szeroka koalicja ma szansę odsunąć obecną władzę od koryta i psucia naszego państwa każdego dnia.

 

Miałam swoją osobistą wiosnę przez ostatnie dwa dni i nie za sprawą tulipanów w wazonie. (Notabene wszystkie dekoracje świąteczne wciąż się mają dobrze, łącznie z choinką). To za sprawą przebywania z Najmłodszymi. Pilnowanie Księżniczki (tak się składa, że najczęściej zostajemy same, bo Tuśka w tym czasie załatwia firmowe i prywatne sprawy poza domem) to sama przyjemność, gdyż jest to bardzo spokojne i uśmiechnięte dziecko, które potrafi się zabawić swoją już dość sporą kolekcją zabawek. Nawet jak jej zaczynają „uciekać” to się nie denerwuje, tylko próbuje dogonić, pełzając w ich kierunku. I tak przez dłuższą chwilę może „gonić króliczka” w postaci uciekającej kaczki, a babcia wtedy mruczy, że kaczki bywają wredne, jednocześnie dopingując, żeby się nie poddawała 😉 Pańcio zaś codziennie zaskakuje mnie mową pisaną. Coraz bardziej rozwiniętą. Komunikował się ze mną do tej pory na WA, a teraz już i na Messengerze. Ale najcudowniejsze i tak są przytulanki 🙂

I znów pakuję walizkę do końca nierozpakowaną. W weekend znów przyjedzie Tuśka. Tak. Dzieciaki mam kochane!

 

 

 

Reklamy