Ostatnia wigilia…

 

Zapytaj się Cioci, czy ugotuje prawdziwy barszcz, bo jak nie, to zrobię ten z kartonu. O twój barszcz był bardzo dobry. Mój barszcz, mój barszcz kochany, nie był z kartonu tylko na własnym zakwasie… i  „zakwasie” mówię już, sycząc z oburzenia.

Bo wcześniej zaskoczył mnie pytaniem o kluski, które mówiłam, że mam. Jakie kluski pytam się. No te kopytka. Do barszczu. Uszzzzka !!!!…  informuję zdumiona kulinarną indolencją własnego OM. Pieczołowicie lepione z PT. Takie toczyły się rozmowy odnośnie drugich świąt, które podporządkowane zostały pod Teściową. Z powodu, że tylko pod przemocą opuściłaby własny dom, to OM zdecydował, że robimy wigilię u niej. Jak kiedyś, tylko bez czynnego udziału babci. W tamtym roku jeszcze pojechała do Rodzinnej, w tym nawet nie chciała o tym słyszeć. Do nas też by nie przyszła, gdyż często nie ma ochoty wyjść nawet ze swojego pokoju. Depresja plus demencja to okrutna mieszanka. Ciężko patrzeć na kochaną osobę, kiedyś tak energiczną i pełną życia jak powoli gaśnie, zatapiając się we własnym świecie…

Tak naprawdę potrawy miały tylko symbolizować jaki to dzień, a chodziło o spotkanie się rodziny przy stole. Na kanapie. Niekompletnej, ale tak to już bywa…

Los też musiał dodać swoje trzy grosze i uziemił mnie w łóżku. Normalnie nie dałabym się sprowadzić do poziomu, ale przecież nic normalnie nie jest. Muszę być w miarę sprawna do czwartku, nie mogę rozchorować się bardziej, więc wygrzewam się w łóżku już trzeci dzień w towarzystwie podwyższonej temperatury i kaszlu, ale ten towarzyszy już mi długo i tak naprawdę nie wiem, jakie ma podłoże. OM mówi, że mam kaszel palacza. Dobrze, że nie chorego na raka płuc ;

PT słysząc o naszych świątecznych turbulencjach, spokojnie każe mi się wyluzować i nie przejmować się. Nie przejmuję się świętami. Były i takie, że w tym dniu jechałam do szpitala. Jestem zła, że coś mnie dopadło. Zła i przerażona, bo potrzebuję być zdrowa.

Dziecka Młodsze przyjechały i posiedziały ze mną. Potem poszły do Babci. A ja mam zdjęcia. I relację słowną. Babcia choć zapomniała, że była modlitwa, zanim usiedli do stołu i zdążyła obsztorcować za to swojego syna, to w miarę kontaktowała. Na koniec Zięcia naszego  tylko potraktowała jako obcego pana, ale nie ma co się dziwić, kiedy tydzień temu na widok swojej najukochańszej najstarszej wnuczki, zapytała się swojej córki, co ta obca pani u niej robi… Tak to wygląda… Smutno. A my kurczowo trzymamy się normalności. I razem.

***

Z cyklu: muszę bo się uduszę.

Naprawdę współczuje wszystkim pacjentom i ich bliskim, którzy stali się ofiarami błędów lekarskich. One się zdarzają, niestety wciąż zbyt często. Również się zdarza, że medycyna jest bezradna… To jednak nie usprawiedliwia oddawanie się w ręce hochsztaplerów typu Zięba. To nie jest żaden argument przeciw nauce! Bo to pojedynczy ludzie popełniają błędy w swoim zawodzie. Promowanie leczenia nowotworów z odejściem od medycyny konwencjonalnej jest zwykłą zbrodnią. I każdemu powinna zapalić się czerwona lampka. A kto tego nie rozumie, jest zwykłym idiotą. Dla mnie. Brak mi już sił, jak ta zaraza się rozpowszechnia, bez żadnej refleksji, bo takie jest teraz modne naturalne leczenie. Nie mam nic przeciw, a nawet jestem za, dopóki nie zastępuje leczenia zasadniczego pod kontrolą lekarzy onkologów.

Zastanawiam się, kto jeszcze z bywających tutaj, znających moją historię, uważa mnie za idiotkę, bo zamiast robić sobie np. zdrowe wlewy z witaminy C, łykam olaparib- trującą chemię. I czy uważa, że miałam wybór, bo jego zdaniem, te wlewy skutecznie zatrzymałyby podział komórek nowotworowych (olaparib przeszedł badania kliniczne i jego skuteczność jest określona i udowodniona, wlewów zaś nie). I popełniam błąd ufając medycynie i lekarzom- bynajmniej nie wszystkim i we wszystkim jak leci- zamiast wsłuchać się w różne teorie, krążące w necie. Logiczne. Tak, wiem, powtarzam się, ale bulwersuje mnie fakt, jak ktoś z mojego otoczenia każe mi posłuchać wykładów jednego czy drugiego oszołoma. Bo są logiczne. I dokonać refleksji. Bo jakiś lekarz imbecyl wyciął zdrową nerkę zamiast chorej. I to jest argument przemawiający za tym, żeby sobie szukać innych autorytetów. Wzburzyłam się! I trawi mnie gorączka, ale wiem, co czynię. Za każdym razem jak przeczytam, że ktoś poleca któregoś z oszołomów, to się odezwę. Szczególnie jak to się dzieje publicznie. I wiele osób ma do tego dostęp. Rozważam też inne wyjście, nie wchodzić więcej w takie miejsce…

No mocno mną trzepnęło.

Zamiany…

Ostatnio nic mi się nie śni. I dobrze. Biorąc pod uwagę, że sny często odzwierciedlają naszą codzienność, bądź nasze dusze, a przynajmniej tak są interpretowane przez  większość z nas. Choć wczoraj jak już nadszedł zmierzch, otulona mięciutkim i przyjaznym kocem, zasnęłam i śniło mi się, że jestem w mieszkaniu w DM. Kompletnie nie wiedząc, po co tym razem tam przyjechałam. Była ze mną Aliś i śmiałyśmy się nieustannie. Z czego? Nie pamiętam. Zapamiętałam tylko, że pomyślałam sobie, że pewnie pokręciły mi się terminy, ale to nic, przynajmniej dawno nie miałam takiej porcji śmiechu…

Zupełnie niedawno miałam też inny sen. Piękny. Właściwie zapamiętałam tylko, że wirowałam w tańcu, czując poryw serca i szczęście bez granic. Nie wiem gdzie, nie wiem z kim, ale obudziłam się uśmiechnięta.

Chciałabym, żeby te moje sny były rzeczywistością, a pewne aspekty rzeczywistości tylko snem…

Dziś dom wiejski rodziców zmienił właściciela. Wciąż będzie w rodzinie, co chyba jest najważniejsze… I tak sobie przy tej okazji pomyślałam, że warto uporządkować pewne rzeczy, również spadkowe… za życia. Pogoniłam to moje rodzinne towarzystwo do zamknięcia tej sprawy, bo od wrześniowej decyzji przekazania domu Dzieckom Starszym, nic w tej sprawie się nie ruszyło, oprócz tego, że od października dom ma już nowych lokatorów. Trochę nas to nerwów kosztowało, bo rodzice jak kupili działkę to z niedużym budynkiem usługowym, który potem rozbudowali wszerz, wzdłuż i w górę, i trzeba było skompletować wszystkie dokumenty, bo akt notarialny zakupu nie przedstawiał obecnego stanu. Wydawało się, że Notariusz już ma wszystko, ale okazało się, że nie, bo dostałam telefon w czasie trwania przepisu, żebym odszukała, ile dokładnie wynosi całkowita powierzchnia, bo tylko im tego brakowało. Oczywiście przy okazji oberwało mi się od Taty (winny musi być), że nie dałam dokumentów Tuście, a przecież mówiłam, że zostawię je w DM, to kazał mi je zabrać z powrotem, bo wszystkie  potrzebne do przepisu, to Misiek już przekazał Notariuszowi.

Moja sprzątająca Ela nie dotarła dziś do mnie, bo optymistycznie założyła, że nie będzie… zimy i nie zmieniła opon 😀 Mieszka tylko 20 km ode mnie, ale zdjęcia, jakie mi przysłała- zawieruchy śnieżnej- to pomyślałam, że jest to miejsce na jakiejś dalekiej północy, czyli bliżej bieguna 😉 A u nas słoneczko i od czasu do czasu wirujące płatki śniegu. Inny świat. Przełożyłyśmy porządki na sobotę, a ja przynajmniej dłużej zostałam łóżku z… książką i z pieruńsko dobrym i tak samo słodkim brownie produkcji córci.

Wczoraj byłam u Zońci, po kolejną dawkę śmiechu, a tak przy okazji popilnowałam, jak Tuśka załatwiała różne firmowe sprawy i wyciągała ostatnie papiery ze starostwa potrzebne na dzisiejszy przepis. Ta panienka to jedna wielka radość. Nawet przyjaciółki Tuśkowe z DM, będące u nich na sylwestrze, które ostatnio widziały Zońcie we wrześniu, orzekły, że nie znają bardziej pogodnego dziecka, a jedna z nich sama ma dwie córeczki. I oby tak naszej Księżniczce już zostało! 😀

I patrzę z niedowierzaniem, że to już trzeci dzień nowego roku…

Krok w Nowy Rok…

Ani z przytupem, ani tanecznym, ani hucznie. Nie tym razem… Raczej ślamazarnie, z ociąganiem…

Nie ma wyjścia. Kartki w starym kalendarzu spadły… wszystkie. Robię ten symboliczny krok pełna obaw. Chyba po raz pierwszy bez oczekiwań i nadziei, że będzie lepszy, niż się zapowiada. Boję się tego 2019 toku, z samego faktu, że ma złowieszczą 9 na końcu… To pierwszy taki rok, w który wkraczam ze strachem. Nawet 20 lat temu, kiedy dzień przed Sylwestrem wymacałam sobie guza podczas kąpieli, nie było we mnie tyle smutku, co dziś.

Nie cieszy mnie fakt, że 2018 się właśnie skończył, bo jaki by nie był, to był. A był jak warkocz spleciony z różnych chwil: strach o bliskich mieszał się z ogromną radością, chwilami zapierającymi oddech, dla których warto żyć, cudem narodzin, życzliwością i wsparciem tak wielu osób, potwierdzeniem, że szczęście mnie nie opuszcza, nawet jak los mocno kopie w tyłek.

Chciałabym radośniej, z większą wiarą i nadzieją, którą tak szczodrze obdarowuje Bliskich, a której czasem już nie starcza tu… Wkurzam się na siebie, że te moje literki coraz bardziej pochylone ku dołowi, że już nie potrafię inaczej pisać, jak tylko smęcić…

No kurczę, ale… jak tu się nie martwić, jak zewsząd perspektywy kiepskie. Prąd, który ma zdrożeć, ale nie zdrożeje i gawiedź zaciera ręce, że „ludzkie pany” powstrzymały podwyżki, kompletnie nie przejmując się tym, jakie będą tego konsekwencje. Podejście naszej władzy do walki z ociepleniem klimatu jest dramatyczne. Zresztą tu cały świat powinien podjąć działania, żeby temu zapobiec, inaczej doprowadzimy do zagłady naszej planety. Ten rok to rok wyborów. Oby mądrych, choć na scenie politycznej za dużego wyboru nie ma… Ech… I z tą mądrością u nas kiepsko. Co smuci najbardziej.

 

Życzę Wam szczęścia! Niech Wam ono sprzyja. Najbardziej przydaje się w trudnych, bolesnych momentach. Umiejętności dostrzegania go i doceniania. To bardzo przydaje się w życiu- wyłuskiwanie wspaniałych chwil z morza tych niekoniecznie fajnych…

I zdrowia! Bo ono jest bezcenne.

Życzliwych ludzi wokół, bo pięknie jest cieszyć się wspólnie i dużo łatwiej znieść porażkę.

Dziękuję serdecznie, że jesteście tu ze mną. Bardzo sobie to cenię.

Od dawna sylwestrowa noc nie spędza snu z moich powiek, czyli jak ją spędzić. Wszak zdarzyło mi się dwa lata temu witać Nowy Rok na łóżku szpitalnym. Ale czasem tęsknię (bez żalu) za atmosferą balu, roztańczonym parkietem, prawdziwym wodzirejem… Za czasem już minionym. Mam nadzieję, że tę noc spędziliście z uśmiechem, nawet jeśli przespaliście północ i bicie zegarów, to przynajmniej nie śniły się Wam koszmary 😉

Do Siego Roku! 🙂

I nie zapomnijcie o marzeniach! Dopóki je mamy, to żyjemy! 😉