Ogarnąć i zaczarować…

Rzeczywistość.

Próbuję.

Z całych moich mizernych mocy. Nie jestem w tym sama, ale…

Powinnam być przez cały czas na miejscu, 24h na dobę, jak to było przez ostatnie dni. Wczoraj i dziś będzie Tuśka, od poniedziałku codziennie rano miała być moja Przyjaciółka, która sama tę pomoc mi zadeklarowała, kiedy obie doprowadzałyśmy  mieszkanie do porządku przed powrotem Mam ze szpitala. Miała, bo los złośliwy postanowił pokrzyżować ustalone plany- odezwał się kręgosłup tak, że skończy się to pewnie operacją. Miała już trzy na dolną cześć, teraz czas na górną. Obu nam przykro… Moi rodzice znają Aliś od dziecka i traktują jak moją siostrę, której nie mam. Ona widząc potrzebę i widząc mnie po raz pierwszy w życiu w totalnej rozsypce- mimo że zawsze była przy mnie przy każdej mojej diagnozie i towarzyszyła mi w chorowaniu i w trudnych momentach- nie próbowała mnie pocieszać ani przytulać (za dobrze mnie zna) tylko powiedziała, że będzie do Mam przychodzić, przynajmniej jeden problem będę miała już rozwiązany. Bo może akurat rano, ma czas. Trudno jest kogoś znaleźć, kto przychodziłby codziennie rano na godzinę, żeby ogarnąć mieszkanie, po Tacie i ewentualnie zaspokoić jakieś potrzeby Mam. Dlatego wszystkim nam spadł kamień z serca… na krótko jak widać. Aliś deklaruję siebie, jak tylko zrobi porządek z kręgosłupem, w poniedziałek dzwoni do swojego profesora. Współczuję jej bólu i bardzo kocham za to, że jest. I to dzięki mojej Mam, mam przyjaciółkę na całe życie, bo to moja mama podeszła ze mną do ciemnowłosej dziewczynki z rzęsami jak firanki i jej mamy i zapytała się, czy możemy stanąć razem w parze na rozpoczęciu roku szkolnego w pierwszej klasie szkoły podstawowej. I tak przez 13 lat siedziałyśmy razem w jednej ławce, a przyjaźnimy się do dziś. Miałyśmy momenty trudne w naszych relacjach, wymuszonych przez dokonanie wyboru, który ja rozumiałam, bo w jakimś sensie byłam jego przyczyną. Kiedy jednak ktoś jest nam naprawdę bliski, to czeka się na odpowiedni moment i wyjaśnia sobie, tak, jak my to zrobiłyśmy. Nie przestaje się kochać z dnia na dzień z byle błahostki. Gdy tylko spojrzymy na drugiego człowieka przez pryzmat jego sytuacji i potrzeb, to łatwiej zrozumieć jego postępowanie.

Nie jestem aniołem, a mam trzy cudowne, bardzo bliskie Przyjaciółki. (LP przybiegła do mnie wczoraj z rosołem) To jest moja rodzina. Nie wiem, czym sobie na nie zasłużyłam… Wiem, że mam duże szczęście, że trafiłam na osoby, które potrafią kochać drugiego człowieka pomimo jego wad…

Wiele razy w komentarzach czytałam, że jesteśmy wspaniałą rodziną. Nie. Jesteśmy zwyczajną rodziną, a nawet bym powiedziała, że specyficzną. Na pewno nie  idealną ani modelową. Z ogromem wad, u niektórych nie do przyjęcia. Za to bardzo autentyczną. Bo u nas najczęściej co w myśli to i na języku, choć ostatnio tonujemy emocje. Że jesteśmy rodziną jak z obrazka… Że na zdjęciach opublikowanych na FB z ostatnich świąt  wyglądamy na szczęśliwych. Byliśmy. Bywamy. Nawet bardzo. To są momenty jak u każdego w życiu. I jak u każdego, bywają momenty trudne. Na pewno bardzo się kochamy, choć my nie potrafimy, a raczej każdy z nas na swój specyficzny sposób tę miłość okazuje.  Czasem w bardzo szorstki- tak nam łatwiej, bo spijanie sobie z dziobków to nie nasze klimaty. Ale zawsze się staramy pomóc sobie nawzajem, choć czasem ta pomoc też bywa specyficzna.

Tak naprawdę to nie potrafię wyrazić słowami, opisać, jacy jesteśmy… Tato, który potrafi zadzwonić i zapytać się co kupić (przez całe życie nie musiał się interesować domem), przywieźć porządny obiad dla Mam albo zupkę chińską- cokolwiek, żeby pokazać, że o nią dba- codziennie rano zostawia owsiankę na mleku dla swojej  Żabci i nie zostawił jej wczoraj, jak już mnie rano nie było. No właśnie… Można się wściekać, ale to nic nie da… Mnie kazał zostać w domu i nie przyjeżdżać, żebym wyzdrowiała do końca, bo nie ma takiej potrzeby, ale w dniu wyjścia Mam ze szpitala, kiedy uznał, że Misiek jest mu potrzebny już i teraz, to stwierdził, że ja mogę pojechać taksówką po mamę do szpitala. Ręce opadają. My się przyzwyczailiśmy i się przeciwstawiamy bądź ignorujemy, często żartem potraktujemy, bo zwyczajnie Tata nie myśli… Wypiera. Żyje tym, co go przy tym życiu trzyma. Ktoś z boku pewnie byłby przerażony, ale my wiemy, że musimy jakoś ogarnąć tę rzeczywistość. Bo nawet jeśli coś się dziwnego dzieje, to nie złośliwie i z premedytacją. Ale to nie ułatwia życia, więc czasem rodzi się bunt… Wewnętrzny. I człowiek wybucha. Na krótko… Bo tak naprawdę, to złoszczę się tylko na samą siebie, za ten brak siły- fizycznej- kiedy jest ona najbardziej potrzebna. Gdyby nie to, łatwiej byłoby ogarnąć obecną rzeczywistość.

Powinnam być w DM, ale potrzebuję oddechu. Wiem, że przyjdzie taki moment, że się stamtąd nie ruszę… OM przyjechał po mnie z Pańciem, praktycznie nie rozstawali się przez ten czas, kiedy nie było mnie w domu. Został kolejną noc u nas, a wczoraj jak Zięć odwiózł Tuśkę na pociąg, przyjechał do nas z Zońcią. Nie widziałam (nie licząc zdjęć wysyłanych przez OM i Pańcia) Księżniczki równy tydzień. Och, ach… Tuśka ugotowała zupkę na rybce i nie byłabym babcią, gdybym nie dopilnowała, żeby ją zjadła, mimo marudzenia na zęby. Trzy podejścia i prawie wszystko zjedzone. LP się ze mnie śmiała, że nie odpuszczam, ale mnie szkoda było wartościowego posiłku, gdyby to był słoiczek, to machnęłabym ręką 😉

Dobrze mi zrobiły te chwile ze szkrabami, trudno się przy nich nie uśmiechać, a nawet śmiać się w głos. Choć jak w skrócie przedstawiałam LP sytuację z Mam i głos mi się załamał, to Pańcio, mimo iż zajęty zabawą z Zońcią, to wyczuł i od razu przyszedł się przytulić ze słowami nie płacz babciu… No i babcia przestała płakać.

Dziś miałam być w filharmonii na przedstawieniu teatralnym- prezent imieninowy od LP. Zrozumiała, że choć mam ogromną ochotę choć przez chwilę poczuć się częścią innego, weselszego świata, to boję się skupiska ludzi… a tak naprawdę ich zakatarzonych nosów i wydawanych gardłowych wydzielin w postaci kaszlu. No cóż, nie mogę sobie pozwolić ze swoją kiepską odpornością, szczególnie w tej sytuacji, kiedy Mam potrzebuje mojej obecności, na ryzyko podłapania czegokolwiek. Będąc w DM, w ogóle nie wychodziłam z mieszkania, zakupy robił Tata i Misiek. Nawet tradycyjnie nie byłam z Dzieckami na obiedzie w restauracji, tylko zamówiliśmy sobie, a ten czas spędziliśmy wspólnie z Mam. Gdyby to nie chodziło o Mam, to poszłabym mimo wszystko, mimo niezupełnego pozbycia się infekcji, bo w końcu nie mam nic do stracenia, oprócz życia, a żyć chce mi się zupełnie normalnie. Ale nie mogę siebie sama wyautować, wystarczy, że często ląduję na aucie nie z własnej woli… w najmniej odpowiedniej chwili.

Piszę, bo pisanie pozwala zapanować nad karuzelą myśli i emocji. Choć nie ukrywam, że coraz mi trudniej ubrać je w zdania, przekazać to, co naprawdę chciałabym wyrazić. Uczestniczę też w dyskusjach na blogach, choć nie wszystkie ostatnio odwiedzam systematycznie, i naszła mnie taka refleksja, że jednak wcale nie jest tak prosto wyrazić słowem pisanym, to co chcemy przekazać. Szczególnie kiedy podajemy przykłady z życia wzięte, ale opisując, nie mamy na myśli konkretnej osoby, i nie do niej (i nie o niej są, jeśli tego wyraźnie nie zaznaczymy) kierujemy wszystkie te słowa. Często odbieramy słowa w poście lub w komentarzu bezpośrednio do siebie, a może to odzywa się nasze sumienie? Jest takie powiedzenie, „uderz w stół, a nożyce się odezwą”… Często jest też tak, że zwyczajnie identyfikujemy się z przeczytanymi słowami…

Dziękuję Wam za okazanie mi serca:*

Wszystkim Babciom i Dziadkom (tym świeżo upieczonym szczególnie, bo mogą być mimo ogromu szczęścia ciutkę przerażeni ;)) życzę samych wspaniałości, ale przede wszystkim czasu dla swoich wnucząt. Bo ten wspólny czas jest czymś bezcennym, a tak szybko umyka, więc warto łapać każdą taką chwilę. Dużo uśmiechu dla Was! Małe dzieci to ogromna, bezinteresowna miłość i radość- bądźmy tacy jak dzieci. Przynajmniej czasami.

To był trudny tydzień dla wielu z nas. Wydarzenia w Gdańsku i sam Gdańsk pokazał, jak powinniśmy się nawzajem traktować, że nienawiść prowadzi do zbrodni… I wczoraj radosna wiadomość, że Jurek Owsiak jednak z powrotem stanie na czele Orkiestry i będzie grał do końca Świata i o jeden dzień dłużej. Bo miłość jest silniejsza od nienawiści! I tego się trzymajmy! 🙂