Zamiany…

Ostatnio nic mi się nie śni. I dobrze. Biorąc pod uwagę, że sny często odzwierciedlają naszą codzienność, bądź nasze dusze, a przynajmniej tak są interpretowane przez  większość z nas. Choć wczoraj jak już nadszedł zmierzch, otulona mięciutkim i przyjaznym kocem, zasnęłam i śniło mi się, że jestem w mieszkaniu w DM. Kompletnie nie wiedząc, po co tym razem tam przyjechałam. Była ze mną Aliś i śmiałyśmy się nieustannie. Z czego? Nie pamiętam. Zapamiętałam tylko, że pomyślałam sobie, że pewnie pokręciły mi się terminy, ale to nic, przynajmniej dawno nie miałam takiej porcji śmiechu…

Zupełnie niedawno miałam też inny sen. Piękny. Właściwie zapamiętałam tylko, że wirowałam w tańcu, czując poryw serca i szczęście bez granic. Nie wiem gdzie, nie wiem z kim, ale obudziłam się uśmiechnięta.

Chciałabym, żeby te moje sny były rzeczywistością, a pewne aspekty rzeczywistości tylko snem…

Dziś dom wiejski rodziców zmienił właściciela. Wciąż będzie w rodzinie, co chyba jest najważniejsze… I tak sobie przy tej okazji pomyślałam, że warto uporządkować pewne rzeczy, również spadkowe… za życia. Pogoniłam to moje rodzinne towarzystwo do zamknięcia tej sprawy, bo od wrześniowej decyzji przekazania domu Dzieckom Starszym, nic w tej sprawie się nie ruszyło, oprócz tego, że od października dom ma już nowych lokatorów. Trochę nas to nerwów kosztowało, bo rodzice jak kupili działkę to z niedużym budynkiem usługowym, który potem rozbudowali wszerz, wzdłuż i w górę, i trzeba było skompletować wszystkie dokumenty, bo akt notarialny zakupu nie przedstawiał obecnego stanu. Wydawało się, że Notariusz już ma wszystko, ale okazało się, że nie, bo dostałam telefon w czasie trwania przepisu, żebym odszukała, ile dokładnie wynosi całkowita powierzchnia, bo tylko im tego brakowało. Oczywiście przy okazji oberwało mi się od Taty (winny musi być), że nie dałam dokumentów Tuście, a przecież mówiłam, że zostawię je w DM, to kazał mi je zabrać z powrotem, bo wszystkie  potrzebne do przepisu, to Misiek już przekazał Notariuszowi.

Moja sprzątająca Ela nie dotarła dziś do mnie, bo optymistycznie założyła, że nie będzie… zimy i nie zmieniła opon 😀 Mieszka tylko 20 km ode mnie, ale zdjęcia, jakie mi przysłała- zawieruchy śnieżnej- to pomyślałam, że jest to miejsce na jakiejś dalekiej północy, czyli bliżej bieguna 😉 A u nas słoneczko i od czasu do czasu wirujące płatki śniegu. Inny świat. Przełożyłyśmy porządki na sobotę, a ja przynajmniej dłużej zostałam łóżku z… książką i z pieruńsko dobrym i tak samo słodkim brownie produkcji córci.

Wczoraj byłam u Zońci, po kolejną dawkę śmiechu, a tak przy okazji popilnowałam, jak Tuśka załatwiała różne firmowe sprawy i wyciągała ostatnie papiery ze starostwa potrzebne na dzisiejszy przepis. Ta panienka to jedna wielka radość. Nawet przyjaciółki Tuśkowe z DM, będące u nich na sylwestrze, które ostatnio widziały Zońcie we wrześniu, orzekły, że nie znają bardziej pogodnego dziecka, a jedna z nich sama ma dwie córeczki. I oby tak naszej Księżniczce już zostało! 😀

I patrzę z niedowierzaniem, że to już trzeci dzień nowego roku…