Kwarantanna… dwa przenikające się światy…

Na drzwiach jednej z sali żółta kartka* z czarnymi literkami brzmiącymi złowieszczo. Taka sama na jednej z toalet, z dwóch na oddziale. A mnie od razu dopadła myśl, że może powinnam być objęta taką kwarantanną, odcięta od rzeczywistości, która tak mocno jest w kontraście do tych minionych szczęśliwych chwil. Wystarczyło przyjść na izbę, gdzie jak nigdy wcześniej pacjentek leżących przywiezionych przez pogotowie w stanie… i takich na wózku inwalidzkim, bez sił. Widok przygnębiający, szczególnie że dłużej niż zwykle- o czym jestem uprzedzona- muszę czekać na przyjęcie. Zagaduje mnie dziewczyna- jak się okazało młoda lekarka- czekająca na przyjęcie na zabieg wycięcia mięśniaka. Podczas rozmowy czas płynie szybciej, ale i tak wezwany jest do mnie drugi lekarz, bo robi się naprawdę późno, a szpitalna apteka wydaje leki tylko do 15. Nie znam wyniku, nawet nie podpisałam odbioru, termin mam sobie obliczyć i w dniu przyjęcia najpierw przyjść po skierowanie. Żeby było szybciej, idę z Oskarową po piguły, nawet się nie pytam co z przepisami obowiązującymi cztery tygodnie temu. Oskarowa martwi się moim kaszlem. Na oddziale jest bakteria- jaka nie wiem- to wiadomość kuchennymi kanałami, dosłownie, bo od kuchennej. Widok wymizerowanej Bożenki i rozmowa z nią, wiadomość o Anetce, zawsze roześmianej, żartującej z ogromnym optymistycznym podejściem do życia i własnej choroby, nagle spotykanej przed gabinetem zapłakanej, że słowa wydusić nie mogła… I dwie śmierci- znałaś? Znałam. Z ogromnym ciężarem opuszczałam szpitalne mury… Na pytanie p. Profesor czy wszystko w porządku. Odpowiedziałam: chyba. I obie się uśmiechnęłyśmy. Nic nie jest w porządku, ale ja jeszcze jakoś daję radę… Dwa lata brania piguł i mój organizm zaczyna się coraz bardziej buntować.

Dzień okrutny, otulony deprechą przeszywającą do szpiku kości. Na ulicach tłumy, korki, czas poświątecznych wyprzedaży… Do mieszkania docieram późno, bo jeszcze idę coś zjeść, choć apetytu nie mam. Zaszywam się w kącie restauracji, tracąc poczucie czasu i miejsca. Dzwonię do Mam, żeby się nie martwiła, że tak długo mnie nie ma. Dzwoni Misiek z pytaniem o wspólny obiad… Widzieliśmy się rano, ale mieliśmy młyn z papierami dotyczącymi przepisu domu wiejskiego na Tuśkę, potem ja od razu do szpitala i nie umówiliśmy się na później. Przez moment rozważam możliwość towarzyszenia im, ale rezygnuję. Chcę zakopać się pod kocem w mieszkaniu, zmyć z siebie tę beznadzieję dnia…

Poprzedniego wieczoru była u mnie PT. Spłakałyśmy się… Na drugi dzień przed wyjazdem przychodzi Aliś. Dobrze, że są… I dobrze, że jest Misiek, który załatwia za Babcię różne sprawy, trochę zdziwiony, że gdzie nie pójdzie (nawet z koszulami Dziadka do prasowania), to wszyscy rozpoznają, że musi być od pani B. i każą pozdrowić. Babciu, ciebie wszyscy znają i lubią:) 

Wracam do domu. Pustego. OM w pracy. Dopadam kanapy, ledwo zdjąwszy płaszcz i buty. Zakopuję się pod kocem, nie mam siły na nic… Zasypiam… Dzwoni Tata, z pytaniem jak zajechałam, jak się czuję i że Misiek pokazał  mu wszystkie skany dokumentów (odszukanych przez Zięcia i OM), więc wszystko jest w najlepszym porządku. Ja to wiedziałam, ale mój Tato, już miał wizję rozbiórki domu… bo gdzieś zapodział się projekt i odbiór budynku. Całą noc nie spał, a potem dręczył Miśka i ludzi w pracy swoimi pesymistycznymi wizjami… Nie wspomnę jaki kipisz zrobił Mam w mieszkaniu. Dobrze, że byłyśmy z PT i ogarnęłyśmy i trochę go spacyfikowałyśmy.

 

* Pytałam się, to żadnej sterylizacji drugiej toalety nie było. Nic, poza wywieszeniem kartki, a pacjentka z bakterią, zanim się personel medyczny o niej dowiedział, była już na oddziale pięć dni. Tak że tak… Z toalety korzystają pacjentki po różnych zabiegach, ciężki operacjach i chemiczki, które odporność mają mocno zaniżoną…

Reklamy