Pechowy szczęściarz…

Mój Tata jest specyficznym człowiekiem. Nie wiem, czy jest coś, co mu się w życiu jeszcze nie przydarzyło. Z samym faktem posiadania auta i byciem kierowcą jest pierdylion historii, jak taka, że nie raz nie dwa nie zastał go na miejscu zaparkowania, gdyż auto odjechało. Samo. Zatrzymując się na przykład na pobliskiej latarni. I całe szczęście, bo zdarzyło się to na ruchliwej ulicy w DM. Zatrzymanie na słupku od bramy wjazdu na posesje wiejskiego domu już takie spektakularne nie było, choć mało brakowało, żeby samochód samowolnie nie wyjechał na jezdnię przez otwartą na oścież bramę, bądź znalazł się w kwiatowym ogródku sąsiadów z naprzeciwka. Ale na pewno zgubienie własnej żony podczas jazdy, musiało wyglądać dramatycznie i komicznie zarazem. Historia się wydarzyła w niedalekim od DM powiatowym mieście- akurat w centrum trwał remont i Tata skupił się na drogowskazach odnośnie objazdu. Zareagował ostrym skrętem i nie zauważył, że drzwi od pasażera się otwarły i pasażerka zniknęła. Dopiero krzyki ludzi i dziwne ich wygibasy spowodowały, że się zatrzymał. Mamie oprócz zdarcia kolan i rąk nic się nie stało, bo i prędkość nie była zabójcza. Wcale jej się nie dziwię, że od czasu do czasu ma ochotę zabić mi ojca. Raz zatrzymał się na pasie ruchu, wzdłuż którego była budowa ciepłownicza. Wysiadł, żeby sprawdzić postępy robót. Jak wrócił, zastał auto bez drzwi. Nie zamknął ich i urwał je przejeżdżający tramwaj. Ile razy przyszedł do domu upaćkany, ubłocony, mokry, usmolony, bo gdzieś wpadł (nawet w wiadro ze smołą), to nie zliczę. Raz jak wpadł do kilkumetrowej studzienki (na budowie) to niestety, ale znalazł się w szpitalu… Ale nie wychodząc z domu, też potrafił coś zmalować, robiąc przy tym wiele szkód. Nigdy mu nie daruję nie zapomnę, jak brał z pawlacza farbę olejną i otwierając, wylał ją na moje nowe zamszowe kozaki w pięknym rudym kolorze prosto z eNeRDówka. Miałam mord w oczach! Ile razy miał swoją łysą łepetynę rozbitą, to trudno powiedzieć, ale notorycznie jak ją gdzieś wsadza, to zapomina, żeby uważać, nawet jak jest to tylko lodówka. Tych historii wystarczyłoby na opasłe tomy… Były też historie mrożące krew w żyłach. Został napadnięty pod bankiem, we własnym aucie, mając przystawiony pistolet do głowy. Raz też na ulicy, kiedy wracał z garażu, będąc już blisko bloku, oskubali go z kasy, waląc ciężką torbą prosto w twarz. Również został wkręcony w telefoniczny przekręt na CBŚ i hakerów bankowych. Na szczęście Mam miała więcej przytomności umysłu, a Tata pomylił banki, o czym się przekonał jak chciał wypłacić pieniądze 😀

Była też taka sytuacja, kiedy przyjechał odebrać Mam ze szpitala (wycięcie woreczka), zajrzał do sali i powiedział, że idzie na chwilę do Profesora. Mama się spakowała, ubrała i czeka. W końcu idzie do profesorskiego gabinetu, a tam drzwi zamknięte. Na korytarzu spotyka syna (lekarz) Profesora i się go pyta, czy nie widział gdzieś jej męża. No co ten odpowiada, że owszem, jakieś 15 minut temu wraz z jego ojcem pojechali do domu- zaprzyjaźniony Profesor mieszkał na naszym osiedlu w bloku naprzeciwko. No to Mam zamówiła taksówkę:D

Dlatego jak słyszę tekst, wiesz co ojciec/dziadek zrobił, to mogę się spodziewać WSZYSTKIEGO!

Dostaje SMS-a od Miśka i czytam zajawkę, że zamiast być na uczelni, to od rana lata i szuka laptopa i teczki z dokumentami. Już się zdążyłam zdenerwować, bo w laptopie ma projekty i wszystko, co i do pracy i na uczelnie potrzebne, ale w dalszej treści czytam, że już miał zgłosić kradzież, że jak był na węźle cieplnym, to ktoś mu z torby z auta zwinął, jak go coś tknęło i zaszedł do biura. Dziadek ciepnął mu to wszystko w kąt za ksero, uprzątając tym jego stanowisko pracy 😀 Jak widać, syn też zakręcony, bo nie pamiętał czy wychodząc z biura, wrzucił wszystko do torby, czy nie… Ech…

Tata przez całe życie miał na głowie tylko pracę i swoją pasję- pszczoły. O resztę musiała zadbać Mama. Przyziemne, domowe sprawy nigdy go nie obchodziły. Nie, żeby nie potrafił, bo przyjeżdżając co weekend do wiejskiego domu, potrafił i wyprać- wykańczając każdą pralkę w tempie ekspresowym, piorąc rzeczy z gwoździami, śrubami- i coś sobie upichcić- robiąc przy tym taki bajzel, że od kilku lat przychodziła raz w tygodniu pani do sprzątania po jego wyjeździe.

Tak naprawdę to wszyscy się dziwią, że Mam z nim wytrzymuje już ponad 50 lat… Bo łatwego charakteru nie ma. W pracy jest wymagający do bólu. I często musi być po jego myśli, przy tym jest niecierpliwy i wszystko musi być już na teraz. I wszystkim się przejmuje, uprawiając czarnowidztwo. Rzadko chwali, ale potrafi sowicie wynagrodzić, nie tylko bliskich, ale i pracowników. W domu zaś nic nie zrobi, bo nawet jak się za coś weźmie, to drugie zepsuje. Na dodatek trzeba pilnować noży, nożyczek, sekatorów itp. bo jak tylko weźmie do ręki, to już na miejsce nie wrócą. Zaginą bez wieści. Siekiery też kradnie ;p

Bałaganiarz, który nie widzi brudu- fakt, ma słaby wzrok. Jego każdy samochód (osobowy) to przenośne biuro i budowa w jednym. Jest w nim WSZYSTKO i nie mówimy tu o bagażniku. Nie ma tylko miejsca dla pasażera, a jak się znajdzie, to na pewno czysty z niego nie wysiądzie.

Tata zawsze uciekał w pracę, opatentował kilka wynalazków, jest znanym i cenionym fachowcem.

Zawsze lubił małe dzieci. Potrafi je zabawić, choć czasami pomysły ma szalone 😉 W końcu jest najstarszy z rodzeństwa. Jest zachwycony Księżniczką.

Teraz chodzi i raz na jakiś czas ciężko wzdycha, że bez Mam sobie nie poradzi, że bez swojej Żabci zginie…  Nic tylko cyjanek... Taki klimat…

 

A w domu pachnie grzybami leśnymi. Na przekór bólowi, który towarzyszy Mam (Dziecka Starsze były u Babci z Zońcią w niedzielę, sprawiając jej tym niespodziankę), i mojemu, którego próbuję ignorować, tłumacząc sobie, że ranne wymioty i ból żołądka, to nic innego jak stres, który przecież w obecnej sytuacji miał prawo i mnie dopaść.

Lubię Święta, jak już są. Za wspólny leniwy czas. Za bliskość. Ale, jak dla mnie, to gdyby zniknęły z kalendarza, to specjalnie bym nie rozpaczała. (Nie jestem religijna). Choć kto wie? Może bym właśnie za nimi zatęskniła? Bo przecież to bardzo radosny czas, nawet jeśli w rodzinie sporo zmartwień i trosk, to miło popatrzeć na radość wokół. Na te migające kolorowe światełka ze świątecznymi piosenkami w tle. To na chwilę pozwala oderwać się od własnego smutku i uczestniczyć w ogólnej radości. Ale i tak każdy dzień robi mi Zońcia- to takie pogodne, roześmiane i już gadające do zdarcia gardła dziecko. I zawsze na mój widok śmieje się w głos. To moja terapia… codzienny kontakt. Dziś we trójkę lepimy pierogi z kapusty i grzybów 😉 Farsz już zrobiłam wczoraj. Ciekawa jestem, jak oceni go Tuśka (na oko, ze zdjęcia na WA stwierdziła, że wygląda na wystarczająco grzybowo), która od lat powtarza, że babcine uszka i pierogi z kapustą i grzybami są najlepsze na świecie. (Po raz pierwszy uszka nie wyszły z rąk Mam, a pierogi po raz drugi, bo w tamtym roku zamówiłyśmy u mojej koleżanki, która zawodowo lepi domowe pierogi, ale nie były takie pyszne, niestety…).

Jako dziecko, Święta Bożego Narodzenia spędzałam w różnych domach: u babci na wsi, u wujostwa, w naszym mieszkaniu w DM. Dobrze je wspominam, oczami radosnego, szczęśliwego i kochanego dziecka. I jakby to nie zabrzmiało, ale odkąd pamiętam, to nie czekałam na prezenty, ale kiedy usiądziemy do stołu i zacznę pałaszować barszcz z uszkami 😀  Od zanurzenia łyżki w talerzu zaczynało się tak naprawdę dla mnie świętowanie…

Jak sama założyłam rodzinę, to świętowaliśmy w naszym domu, a potem przez kilkanaście kolejnych lat w wiejskim domu rodziców. Zawsze razem…

I tym razem też tak będzie…