Bez smaku, ale z zapachem…

Życie straciło (na chwilę) smak, ale wciąż czuję jego zapach…

Siedzę w restauracji nad talerzem farfalle zapiekanym z kurczakiem i warzywami- bezmyślnie wkładam porcję do ust i powoli przeżuwam. Po dwóch, trzech kęsach opieram głowę na ręce i robię przerwę. W pewnej chwili zauważam wpatrzony we mnie wzrok kobiety siedzącej naprzeciwko, choć bokiem, więc odwróconej w moją stronę. Nagle słyszę: nie smakuje pani? Nie, smaczne, tylko nie mam dziś apetytu. I przepraszam, że swoim zachowaniem zniechęcam do złożenia zamówienia…

Od rana mam żołądek w gardle, a serce ściśnięte szponami strachu.  Nigdy w życiu tak się nie stresowałam przed jazdą do szpitala, jak dziś. Miałam trzy komisje onkologiczne, ale to wynik dzisiejszej dotyczącej Mam, tak naprawdę mnie paraliżował. Zanim dotarłam, było już po wszystkim. Czekaliśmy na wypis, ale to kartka z terminem przyjęcie na chemioterapię, doszczętnie rozwaliła mój system odpornościowy. Poleciały łzy. Na sali z Mam leżała lekarka- z dużym poczuciem humoru i ogromnym pokładem życzliwości. Sama chora (na szczęście raka wykluczyli, ale szukają, co tym płucom dolega), więc wie i rozumie, że przez leki mam oczy wiecznie w mokrym miejscu i czy chcę, czy nie, to płynie z nich fontanna, nawet jak już zaczynam się śmiać. Też tak ma. Ale i tak wszystkie trzy- wraz z Mam- więcej się śmiałyśmy w głos bez łez, kiedy przychodziłam w odwiedziny i rozprawiałyśmy o wszystkim byle nie o świętach i raku. Bo Mam wciąż żartuje, nawet podczas badania z rurą w płucach gadała sobie z lekarzem, oglądając obraz na monitorze (normalnie bohaterka, bo ja w czasie tego badania, nie widziałam nic, wierzgając i co chwilę umierając z powodu uduszenia),  twierdząc, że ten jej rak, to całkiem ładny, taki okrąglutki. Pan doktor stwierdził, że jeszcze takiej pacjentki to nie miał… i się roześmiał 😉

Wyników wciąż nie ma, więc choć opieka profesjonalna, to termin leczenia wyznaczony za miesiąc (oddział piętro wyżej), bo muszą wiedzieć czym i jak leczyć. Z biopsji wyszło, że komórek nie ma, a to niemożliwe…  Mama zakomunikowała, że postara się dożyć. Najważniejsze, że termin ustalony, a jak będzie wynik, to lekarka z oddziału zadzwoni. Ta lekarka była z Mam na komisji, co mnie pozytywnie zaskoczyło.

Mam jest coraz słabsza, ale gdy tylko przekroczyła próg mieszkania, to odżyła. Nie jakoś spektakularnie, ale jednak. Wracam do siebie, zostawiam ją  pod opieką Taty i Miśka. Zabroniłam samej wychodzić, bo czas przedświąteczny to wszędzie tłumy, kolejki… a ona silniejsza nie będzie. W końcu mogliśmy ustalić logistykę Świąt. W mieszkaniu już czuć zapach świerku, bo zakupiłam pięknie wystrojoną niedużą choinkę  i postawiłam na ławie, na której widok Mam się uśmiechnęła cała sobą. Do naszego domu kupiłam podobną, ale na wysokim pieńku i gołą, ale dziś jednak zdecydowałam, żeby mi ją wystroili w kwiaciarni (tam czeka na odbiór od poniedziałku). No to drzewko i uszka już są. I opłatek. I sianko. Prezenty też. Dziś zamówiłam ostatni. Zakładam, że z mojej wsi już nie będę musiała jechać po żadne zakupy. Chyba że ktoś mnie końmi wyciągnie… 😉

Stęskniłam się już za moimi szkrabami. Pańcio nagrywa filmiki z Zońcią w roli głównej, więc w chwilach, kiedy smutek mnie dopada, to sobie włączam. Jeden z nich (z kąpieli) rozbawia mnie do łez. I nie tylko mnie 😀

 

 

Reklamy