Zabić czas…

Z tym czasem trudno dojść do ładu. Bywa i wrogiem i sprzymierzeńcem. Wrogiem dla tych, którzy czekają, którzy się spieszą. A sprzymierzeńcem? No właśnie, jakoś ostatnio nie mogę tego dostrzec.

Kiedy w piątek rano zeszłam na śniadanie, zobaczyłam Rudą za oknem. Skakała sobie z jednej leszczyny na drugą, po czym przeszła po krawędzi siatki odgradzającej naszą posesję od sąsiada jak baletnica na linie i znikła w gąszczu świerków. Trwało to jakąś chwilę, więc przez moment żałowałam, że nie poszłam po telefon na górę i nie zatrzymałam jej w kadrze, bo fajne chwile warto zatrzymać na dłużej. Dla wspomnień. Czasem zdjęcie, krótki filmik odtwarzany, gdy smutek tylko czai się, żeby się do nas przykleić, robi nam dzień. Prawda? Jest świadectwem szczęśliwej chwili… naszego zapatrzenia, uważności, radości, miłości… Z drugiej strony, wolałam gapić się na nią i podziwiać jej zwinność, niczego nie przeoczyć,  nacieszyć oko niecodziennym widokiem z okna. Potem już przez cały czas miałam telefon  przy sobie, ale nie z powodu Rudej. Dość szybko zadzwonił. Niestety, wyników nie było. Znów pozostało czekanie…

Wieczorem mieliśmy podwójną urodzinową uroczystość, ale w międzyczasie PT zadzwoniła, że jest w trasie i ma do mnie pięćdziesiąt kilometrów więc może wpaść na kawę. Pogadać. Jasne. Oczywiście zapomniałam, że to PT, która potrafi trzydzieści kilometrów jechać do mnie dłużej, niż trwa podróż z DM (sic!). I tym razem też tak było. Po półtorej godzinie zrobiłam sobie kawę i zjadłam pączka, stwierdziwszy, że jak w końcu dotrze, to na kawę będzie już za późno. Dla mnie, bo PT w ogóle nie pije. Na dodatek nie odbierała telefonu, a ja musiałam skoczyć po kwiaty. Jak w końcu oddzwoniła, to już siedziałam w Julku, a ona zbliżała się do Miasteczka. Obstawiłam, że zawieruszyła się w lesie. Bingo! Kupno kwiatów zajęło mi chwilę, więc po niecałej półgodzinie spotkałyśmy się pod naszym domem. Po drodze mijałam Tuśkę z wózkiem, więc nie wchodziłyśmy do domu, tylko poczekałyśmy, aż do nas dotrze. Tuśka poszła na górę zająć się biurowymi sprawami, a my z Zońcią na spacer. PT dziarsko pchała wózek zachwycając się naszą Księżniczką 🙂  Mimo zimna pewnie doszłybyśmy do drugiej wsi, gdyby nas nie zawróciła Tuśka. Odprowadziłyśmy dziewczyny jeszcze kawałek (PT przywarła do wózka i już żadne zimno jej nie było straszne ;ppp), po czym kurcgalopkiem udałyśmy się do domu na gorącą herbatę. I wtedy wróciła Ruda. Przyszła przywitać się z PT 😉 Tym razem miałam przy sobie telefon… (KLIK!)

Przegadałyśmy ten czas do naszego wyjścia i jej powrotu do DM. Potem był przemiły wieczór w dużym gronie rodzinnym i towarzyskim. Brakowało tylko Zońci, która została po raz pierwszy z opiekunką, ale mając katarek (poprzedniej nocy dała popalić rodzicom, budząc się co dwie godziny- akcja oczyszczania noska). Tuśka postanowiła w ogóle jej nie brać do restauracji, choć wcześniej był taki zamiar, że do czasu kąpieli i położenia spać, będzie na uroczystości swoich drugich Dziadków. Wieczór był wzruszający, bo najmłodsi przygotowali występy dla Jubilatów, więc pięknych emocji było sporo, a mnie przyplątała się myśl… ech… No drudzy Dziadkowie są niewiele młodsi (pięć lat) od moich Rodziców, i tak sobie pomyślałam o 10-letniej Zońci, (tyle ma lat najstarsza ich wnuczka, siostrzenica Zięcia)… ech… Tak wiem, że nie wiadomo komu co i kiedy jest pisane, ale bywają okoliczności, kiedy trudno uwolnić się od takiej myśli… Na szczęście była też muzyka więc ruszałam w tany z Pańciem  i zajęliśmy drugie miejsce w konkursie na najlepszą parę ;p

Nie wiem, jak mi minęła sobota… Nie wiem. W niedzielę zaś LP wraz z Dziewczynami porwała mnie do kina. Nie przyjęła do wiadomości, że mi się nie chce, że najchętniej nie wychodziłabym spod koca. I dobrze, bo dzień ponury, nawet po drodze zaczęło padać, a w samochodzie chichy i śmichy. Odtajałam. Film jak film, zabawny i nie taki zły, choć to polska komedia romantyczna, czyli niekoniecznie to, co lubię najbardziej 😉 Potem krewetki w curry i można było wracać. Pod kocyk. Jutro jadę do DM. Julek akurat ma przegląd, więc jedziemy oboje z OM, bo chcę razem z Mam udać się po wynik. Czy będzie, nie wiem, ale doktor z Genetyki kazał we wtorek zgłosić się do laboratorium i samemu odebrać, żeby było szybciej.

W ŚM już świąteczne dekoracje, pewnie w DM też już są… mimo iż wciąż mamy listopad. Odsuwam myśli o świętach. Dla Pańcia i Zońci mam prezenty na Mikołaja, ale cała reszta… jakby we mgle, z której nic się nie wyłania…

Dobrego tygodnia! 🙂

 

Reklamy