Coś się kończy…

Sobota…

Siedzę w przepastnym fotelu z nogami na jego szerokim miękkim oparciu, tak jak lubię, powoli piję kawę i nagle dociera do mnie myśl, że może to już ostatni raz, co najwyżej przedostatni… Wokół mnie w całym wielkim pomieszczeniu- salonie połączonym z kuchnią- w jego różnych miejscach stoją białe parciane wielgachne wory. Wypełnione, a puste czekają, aż się je zapełni. Część z nich pojedzie do DM, a właściwie za miasto, na „ranczo”, które ranczem nie jest, ale jakoś tę posiadłość trzeba nazwać. Półhektarową, z niedużym domem i dużą halą…

Wstaję, aby pomóc Mam i koleżance z moje wsi- która raz w tygodniu przychodzi sprzątać dom, a jak mama przyjeżdża, to lubi wpaść na kawę i w czymś pomóc- segregować rzeczy. Ileż się tego nazbierało przez te wszystkie lata! (Moja Mam z tych, co lubi mieć wszystkiego dużo i pod ręką, ale buteleczki ze środkiem do mycia zmywarki w ilości sztuk pięć, to mnie powaliły! ;)). Pakujemy- co na ranczo, co dla rodzin pracowników z Ukrainy, co zabieram ja, koleżanka też nie wyjdzie z pustymi rękoma, a reszta zostaje jako całkowite wyposażenie domu. Patrzę na nową stolnicę, dopiero co zamawianą z internetu, jeszcze nieużywaną i… patrzę na Tatę siedzącego przy stole, zamyślonego, który w tym dniu kończy 75 lat… ii kończy pewien etap w swoim życiu.

Decyzja zapadła. Ostateczna.

Tuśka, stwierdziła, że kiedyś to musiało nastąpić. Misiek zapytał, co ze świętami, jak teraz będą wyglądały…

Nie wiem.

Mam od zawsze mówiła, że nie wyprowadzi się na stałe z miasta na wieś, bo… raz w tygodniu fryzjer, co trzy- manicure i pedicure, ukochany ryneczek i oczywiście dostęp do lekarzy… więc akurat to nie było zaskoczeniem. Tata nie potrafi się rozstać z firmą, nie chce też zostawiać mamy samej, więc kursował co tydzień na weekendy na wieś, ale jest tym już trochę zmęczony. (Przez 28 lat, w każdy weekend, najpierw do nas, a potem już do swojego domu). No i teraz ma swoje-nie-swoje nowe „ranczo” blisko, że może nawet autobusem pojechać i wrócić. Ech… Mnie odpadnie martwienie się o jego jazdę autem, szczególnie zimą. Zresztą mała stłuczka na drodze DM – wieś w ostatnich dniach, była też impulsem, by podjąć już decyzję, że… Nie, nie sprzedaje domu na wsi, ale dom musi mieć nowego gospodarza, więc padło na… Starsze Dzieci. I w sumie może nic by się nie zmieniło, ale zięć potrzebuje lokum dla swoich pracowników z Ukrainy- i to też było przyczyną decyzji, czyli rozwiązanie problemu lokalowego. Ech…

Jeszcze do mnie nie docierają te zmiany. Patrzę na mój duży pokój i…gdzie ja cholera upchnę dużą, żywą choinkę? Ale najpierw wyrośniętego zamiokulkasa z domu rodziców…

Na razie w domu stoją niewypakowane do końca torby, których zawartość muszę gdzieś upchać. Oczywiście to wszystko użyteczne przydasie. Najłatwiej było z patelniami, bo na cztery przywiezione, moje trzy stare zostały wyniesione. Niedawno z dziewczynami rozmawiałyśmy o garach i one były zdziwione ilością posiadanych patelni przeze mnie, bo twierdziły, że im wystarczy jedna, góra dwie. Chyba mam to po mamie, bo oczywiście z domu zabrałam cztery, ale jeszcze trzy zostały. A był to dom tylko weekendowy, wakacyjny i świąteczny 😉

Był. No kurczę! 😦

I niby wiem, że wszystko zostaje w rodzinie, ale już nic nie będzie takie jak było…

Nie potrafię tego nawet składnie opisać…

 

I potrzebuję wiadro mocy…  Znów jeden telefon uwolnił strach trzymany głęboko w zakamarkach duszy. Sama wykonuję ich kilka, ale wciąż tkwię w niewiedzy, a serce mi podżera niepewność. W głowie przewija się kilka scenariuszy, oby nie ziścił się ten najgorszy… Nie wiem, czy dziś zasnę. Nie chcę się nakręcać, ale gdyby nie późna pora, poszłabym do lasu wykrzyczeć ten niepokój…

Może jutro się wszystko wyjaśni…

Próbuję myśli zająć czymkolwiek… choćby absurdalną i jednocześnie straszną naszą wspólną rzeczywistością…

I tak to…

Premier opowiada. ileż to dróg zostało pobudowanych w ciągu tych niespełna trzech lat cudownych rządów obecnej „dobrej zmiany”. Z naciskiem, że poprzednicy- ci złodzieje i obiboki- nie zrobili nic albo prawie nic. I dostaje za to oklaski. Do mijania się z prawdą jak tylko otworzy usta, już nawykłam, ale rodzi się pytanie do tych klaszczących, czy do tej pory to przemieszczali się po „kocich łbach” tudzież tylko utwardzonych wąskich ścieżynach z miasta do miasta? Pewnie tak, i to furmankami. Pomijam już wyimaginowaną wspólnotę prezydenta, bo widocznie tablice przy drogach z informacją, że wybudowane zostały z funduszy UE, są zbyt małe i niewidoczne.

I wiecie, co jest w tym wszystkim najgorsze? Brak wspólnoty w narodzie. Niby za przynależnością do UE wciąż opowiada się ponad 80% (nowy sondaż 86%) społeczeństwa, a prawie 40% wciąż popiera działania partii, która na tę UE pluje i smarka. To jakiś matrix.