Nie pominę…

Milczeniem.

Ale też nie mam zamiaru świętować… Bo to żadna rocznica, ale fakt, że od diagnozy minęło 10 lat. Tej drugiej, bardziej złowróżbnej, która przyszła w cudownym momencie życia, by to życie zaburzyć…  Nie, nie spadła jak pierun z jasnego nieba. Dla kogoś obciążonego genetycznie, po bliskim już spotkaniu ze skorupiakiem, gdzie wizyty u specjalistów mocno zostały wryte w kalendarz, sam fakt nie był zaskoczeniem, bo w swej świadomości, nawet tej głęboko ukrytej spodziewałam się, brałam pod uwagę, że mogę znowu usłyszeć: ma pani raka. Usłyszałam: jest guz, duży… I ta wielkość, a nie sam fakt pojawienia się, mnie zaskoczyła, a raczej przeraziła. Po wyjściu z gabinetu pojawił się bunt, choć karnie poszłam na izbę przyjęć i wyszłam z terminem zgłoszenia się na oddział za 10 dni. I choć na drugi dzień był piątek, dzień wolny, bo 15 sierpnia, to rzuciłam się w wir pracy, żeby nie myśleć… A potem, w poniedziałek był telefon z Genetyki z prośbą o przyjazd, w środę już miałam operację, wcześniej o tydzień niż było to zaplanowane. I to był dopiero początek, którego koniec wciąż się pisze…

Niedawno w rozmowie z PT powiedziałam, że nie jestem ani biedniusia, ani bohaterką- przy jakimś tam moim wywodzie. Przerwała mi dobitnym: jesteś i tym, i tym. No tak…

To, że wciąż jestem w grze o życie, zawdzięczam przede wszystkim medycynie, ale również sobie… i szczęściu. Sobie, bo podjęłam kilka trudnych decyzji, mimo iż nigdy w ciągu tych dziesięciu lat nie usłyszałam, że zostanę wyleczona. Za to niezliczone razy- rokowania i stan poważne. I żeby było jasne… To nie wiara w cuda, nie nadzieja na niemożliwe, ale zacięcie w wyrywaniu życia ze szponów, które raz mocniej raz lżej ciągnęły mnie w jednym kierunku. Wiara i nadzieja była i jest, że medycyna, nowe metody i leki spowodują wydłużenie życia na ile tylko jest to możliwe, w tym przypadku. Bo każdy przypadek jest inny, i o tym należy pamiętać!

Nie pominę, bo nic nie wskazywało na to, że przy takim zaawansowaniu przeżycie będzie trwało 10 lat. Uważam to również za swój sukces! Uśmiecham się do siebie, bo swój cel osiągnęłam. Dziękując losowi, że był tak łaskawy, że szczęście się do mnie uśmiechnęło. A te dziesięć lat to morze bólu, cierpienia, łez, smutku, strachu, troski i całe oceany miłości, radości, szczęścia i uśmiechu, szaleństwa… Życie. Zwyczajne i niezwyczajne. I wciąż apetyt na więcej… Tyle że… już nie za wszelką cenę. No, ale za rok, w listopadzie, 15-lecie, tego miejsca, więc nie może mnie zabraknąć ;p

Każde świadectwo, takie realne, namacalne, że rak to nie wyrok natychmiastowej śmierci nawet przy wysokim stopniu złośliwości i zaawansowaniu daje otuchę innym chorującym i ich bliskim. Bo bez nadziei, trudno jest się zmierzyć z tą chorobą. A tą nadzieją wcale nie musi być wyleczenie, ale kolejny przeżyty dzień, tydzień, miesiąc, rok… To z nich utkane jest te dziesięć lat.

A wczorajszy wieczór z Sopotem mnie wzruszył…

Czekam na wiatr co rozgoni

ciemne skłębione zasłony

stanę wtedy na RAZ!

ze słońcem twarzą w twarz.

 

 

 

 

Reklamy