Słodki weekend…

Słodki za sprawą ciemnego, gęstego, aromatycznego, lejącego się miodu. Zanim akcja miodobranie się rozpoczęła, to mieliśmy atak…szerszeni. OM tłuk je na dolnym poziomie domu tocząc zaciętą bitwę, kiedy ja o niczym nie wiedząc, smacznie spałam. Po trudach walki położył się jako ten zwycięzca spać…po czym wciąż jeszcze nocą wstał i wsuwając nogę do kapcia, a mówiłam, że chodzenie boso jest bardziej bezpieczne i zdrowsze poczuł ból. Jeden z szerszeni się przyczaił, żeby zaatakować i pomścić pobratymców. Dowiedziałam się dopiero, jak zeszłam rano i zobaczyłam pole bitwy, a na niej ofiary: truchła szerszeni i stękającego i kulejącego OM. Noga spuchła, ale bardziej ból dokuczał niż opuchlizna, acz OM z jazdy nie zrezygnował, więc wyruszył do pracy jako ten bohater, co sobie poradził z inwazją nieprzyjaciela na dom.

Szukaliśmy gniazda, ale jakoś bezskutecznie, bo wieczorem, jak Młodsze Dziecka otworzyły okno u się i zapaliły światło, to dobrze, że żaluzja była nie do końca podciągnięta, bo jeden się do nich dobijał, chcąc koniecznie znaleźć się w pokoju. Matka, zamiast poradzić, żeby okno otworzyli dopiero po zgaszeniu światła, to kazała zamknąć drzwi, czym rozbawiła towarzystwo ;p Pośmialiśmy się, bo dziecka na co dzień mieszkają na strychu, a ze względu na koty (mają pozakładane moskitiery w niektórych oknach), nie mogą otwierać nocą dachowych okien, więc liczyli na chłodniejszą noc na wsi, a tu jakiś szerszeń pcha się im do towarzystwa. Ale w sumie spali dobrze, bo jednak u nas w domu jest dużo chłodniej, nawet na górze. Ja w każdym razie nie narzekam na gorące noce, zasypiam normalnie i śpię jak suseł. Gorzej w dzień, bo zwyczajnie mi żal, że kilka godzin muszę być więźniem we własnym domu, bo nawet wyjście na 5 minut w określonych godzinach, powoduje, że tracę oddech. A przecież ja mam sporo cienia, drzewa wysokie i jak wieje lekki wiaterek, to daje złudne poczucie chłodu w kontraście do miejsc w pełnym słońcu. Ciśnienie mi skacze, to znaczy często mam dolne za wysokie i puls, bo górne jest w normie, i dziwnie się czuję jak mam np: 108/95. Mam tabletki, więc 1/4 porcji plus kawa załatwia sprawę. Na razie. Tak jak na razie rozmasowywanie miejsca boleści chroni mnie przed chirurgiem. Jednak mam prikaz od p. Doktor, że jak mnie chwyci i nie odpuści, to chirurg natychmiast. W sumie w normalnych okolicznościach już bym miała skierowanie na operację, ale tyle już miałam interwencji chirurgicznych, więc liczymy, że przed tą się uchronię.

Lubię, jak Młodsze Dziecka przyjeżdżają, bo wypełniają pusty dom. Choć, gdy robią to bez kotów, to się spieszą z powrotem; zdążyli wykapać Myśkę, którą tydzień temu ostrzygli, żeby pozbyć się kołtunów i ulżyć jej w tej gorączce. Myśka się w ogóle nie pogniewała na nich za tą ablucję i nie zwiała gdzie pieprz rośnie ani nie wytarzała się od razu w naszej spopielonej ziemi, gdzie wcześniej wykopała kilka dołków dla ochłody, tylko kulturalnie położyła się na leżaku na tarasie, przyjmując smakołyki w nagrodę za swoje zachowanie.

Starsze Dziecka są blisko, co cenię sobie nad wyraz, bo nawet Zońcia już nas odwiedziła przyjechawszy swą karocą; wprawdzie tylko pod taras i spała sobie smacznie otoczona zielenią o poranku, nieświadoma, że jest u babci i dziadka 😉  I to jest cudowne życie w domku na wsi, że mogłam spokojnie do niej wyjść w koszulce nocnej, kompletnie się tym nie przejmując, że jest już godzina 10 🙂 Dziewczyny zaraz zresztą się ewakuowały, bo choć pojazd, w którym przyjechała, ma budę z materiału 100% nieprzenikającego słońce i którą naciąga się na całą gondolę, to jednak Tuśka nie chciała ryzykować przejścia do domu w pełnym już coraz bardziej gorącym słońcu, bo przecież wiosną ogołocili nam lipy przy głównej ulicy. I wiecie co? Jestem złośliwa, a raczej cięta na ludziska, które się tego domagali. Ja swoich przed domem nie pozwoliłam oskubać! Tyle tylko, żeby gałęzie nie dotykały przewodów. I teraz wzdłuż ogołoconej ulicy z cienia, który padał na chodnik po drugiej stronie i na posesje mieszkańców jest jak na rozgrzanej patelni. Ja się przemieszczam autem, to mi to lata (ale serce krwawi!), ale rowerzyści i osoby starsze nie mają gdzie się schronić w drodze choćby do sklepów. Wymiotło też „obserwatorki życia” bo na ławeczkach przy ulicy, które sobie same postawiły, żeby im nic nie umknęło z wiejskiego życia, nie idzie wysiedzieć w pełnym słońcu. No, ale w zamian jesienią mają mniej liści na podwórkach.

Słodko mi, bo dopóki miód się nie skrystalizuje, codziennie do kawy robię sobie grzankę i polewam miodem. Jest inny niż dotychczas. Nie pamiętam, kiedy ostatnio mieliśmy tak ciemny, prawie wygląda jak spadziowy, ale choć smak ma intensywny, to nie drapiący, taki łagodniejszy. Czuć w nim lipę, ale prym wiedzie jednak inny smak. Nie wiem z czego, nie potrafię rozpoznać. Tata mówił, że na łąkach kwitła jakaś roślina, z której robotnice intensywnie zbierały nektar, przenosząc go do ula.

Niedziela ze swoimi 27. stopniami w cieniu i przyjemnym wiaterkiem była znośna, bo w końcu większość dnia mogłam spędzić poza murami domu. Tęsknię za normalnym polskim latem, gdyż w tropikach, jakie nas nawiedziły, źle funkcjonuję, zresztą jak większość ludzi i to niezależnie od wieku. Z pogodowych zapowiedzi wynika, że jeszcze jedna kilkudniowa fala gorąca i będzie normalnie. Oby!

Miłego tygodnia! 🙂 Mam nadzieję, że większość z Was na urlopach! Przynajmniej od garów 😉

Reklamy