Nie za wszelką cenę…

Miała zamiar wrócić wypoczęta z nową energią do pokonywania schodów codzienności. Zamiast tego przywiozła ze sobą nadbagaż smutku i przeświadczenia, że jej życie nie wygląda tak, jak powinno. Wspólne. Rozjechało się, o czym doskonale wcześniej wiedziała, ale dopiero ten wyjazd uświadomił jej jak bardzo odstaje od jej oczekiwań. Od innych.

Pojechali w trzy zaprzyjaźnione pary, każda z wieloletnim stażem małżeńskim- bagażem wspólnych radości i trosk. Jeszcze nigdy nie czuła się tak samotnie, widząc codzienne relacje pomiędzy małżonkami im towarzyszącymi. Wiesz, inni potrafią tak fajnie ze sobą przebywać…Napatrzyłam się…i zazdrościłam… Posmutniała. Nikt mnie nie rozumie, myślą, że dom, piękny ogród, że nie muszę na to wszystko pracować wystarczy by być w związku szczęśliwą. A ja potrzebuję bliskości, zrozumienia, czułości…w ciągu dnia, nie tylko w nocy…Dla świętego spokoju mogłabym zacisnąć zęby, poddać się, ale nie potrafię. Jeszcze walczę, więc ciągle się kłócimy…

*

Dla świętego spokoju odpuściła inna kobieta, uzależniając się całkowicie od męża, poddając się jego kontroli, rezygnując ze swej samodzielności. Czasem, jak jej już mocno dopiecze słowami i czynami, jednocześnie zapewniając, że nie potrafiłby bez niej żyć, to rzuci mu, że nie potrafiłby, bo nie miałby kogo dręczyć…Pogodziła się już z tym, że bywa wredny, choć gdyby tylko miała taką możliwość to by odeszła.

*

Trzecia odeszła pięć lat temu, bo miała dość totalnej stagnacji związku, która trwała już kilka lat. Wszelkie próby podejmowane przez nią, spełzły na niczym. Rozstać się było łatwiej, bo nie tworzyli pełnej rodziny, nie licząc kotów. Małżonek, choć zaskoczony decyzją to zgodził się na wszystkie jej warunki. Rozstali się spokojnie. Odetchnęła z ulgą, nabrała wiatru w skrzydła, bez niego stała się pewniejsza siebie, atrakcyjniejsza, świadoma czego pragnie. Niedawno oznajmiła, że już się nacieszyła wolnością i jest gotowa na nowy związek.

**

Życzę im powodzenia, bo przecież życie to rzecz dla dwojga. Tyle że nie za wszelką cenę.

***

Czasem nawet i ja bywam u kosmetyczki podkreślić niewątpliwą swą urodę 😉  Wprawdzie rzadko- ale jednak- nad czym w sumie ubolewam, bo mogłabym zapałać większą, a raczej częstotliwszą chęcią. Widocznie nie urodziłam się po to, żeby czas wolny spędzać na wklepywaniu ton kremu, masażach i pacykowaniu swego lica, żeby ukryć przed światem ślady przemijania. A niech widzi… i się dziwi. Bo ja za bardzo nie widzę różnicy przed i po wyjściu od kosmetyczki. Ale ja tam coraz bardziej się ślepa robię, szczególnie na to, czy bardziej się marszczy, czy zwisa 😉 Jednakoż popieram dbanie o urodę i jej podkreślanie, szczególnie kiedy naturalne piękno już mocno wyblakło- dla Się!  Wyłącznie.

U fryzjera, którego nie odwołałam, mimo iż mogłam spokojnie wybrać się za dwa tygodnie, a termin był ustalony z powodu wesela, na którym nas nie ma, podsłuchałam, jak klientka mówi, a przyszła z odrostami, że w sumie, gdyby nie wyjazd/wyjście/impreza to nie przeszkadzałaby jej te odrosty, najgorsze są te spotkania towarzyskie, bo to zaraz obmówią. Ło matko i córko pomyślałam, odrostów nie mam, bo nie farbuję, ale siwe pojedyncze tak, czuję się z nimi dobrze i mam w doopie, co na ten temat myślą inni.

W sumie każda motywacja jest dobra, nawet wzbudzenie zazdrości u innych 😉 Pewnie taką zazdrość u koleżanek z przedszkola i podwórka chciała wzbudzić Mała Dziewczynka, która przyszła z mamą, żeby przebić uszy. Dziewczynka dała sobie zrobić  znieczulenie, narysować kropki na uszach, ale po przebiciu lewego ucha uderzyła w ryk i obiema rączkami chwyciła za prawe; krzycząc, że booooli odmówiła dalszej współpracy i  szlochała coraz bardziej. Na nic uspakajanie przez mamę, zabawianie przez p. Kosmetyczkę i klientkę czekającą na swoją kolej. Nie pomogło przekucie uszów królikowi, którego miała ze sobą, ani machanie kolorowym dyplomem za przekłucie. Nie i koniec. Nie i płacz. Z odsieczą przyszedł ojciec, który próbował prośbą i przekupstwem…po czym drugie ucho zostało przekute przy użyciu siły. Mam pocieszała wciąż płaczącą Dziewczynkę: widzisz, pokażesz Oli, że ty też masz piękne kolczyki, nie tylko ona…

Pomyślałam sobie, że jak to dobrze, że jestem wolna od chęci wzbudzania zazdrości swym wyglądem i nie muszę się aż tak poświęcać 😉

Macie przekute uszy?

 

Miłego, uśmiechniętego weekendu! 🙂

 

 

Reklamy

Co ty tam wiesz…;)

Przykleił mi się chłop do komputera, co wydało mi się  mocno podejrzane. Bo i owszem korzysta, nawet często, najczęściej  robiąc przelewy, czytając służbowe emilki, bądź szukając kolejnego sprzętu do firmy. Żadnych tam stron społecznościowych i innych fanaberii nie uskutecznia (nawet nie posiada prywatnego adresu), a zamiast prasówki on-line ma TVN 24 i radio w samochodzie. Korzysta tylko z jednego komputera, dostępnego dla mnie i Tuśki, kiedy ta przychodzi na nim popracować. Nie ma tajemnic, z niczym się nie kryje, przeciwnie do mnie 😉 Aczkolwiek jak siedzi zbyt długo, to zawsze jest to znak…Zły znak…Że coś grubego kombinuje.

Zakup.

Kolejnego.

Tym razem totalnie mnie zaskoczył, bo i firmowe i prywatne są w miarę nowe, a przede wszystkim sprawne i wystarczające. Ba! nawet uważam, że tych prywatnych jest za dużo, bo wypadają po dwa na głowę. A tu kolejny się szykuje! Podjęłam interwencję, najpierw wypytawszy się, co mu tym razem wpadło do głowy. Ano, chce usprawnić sobie, ale przede wszystkim pracownikom pracę i kupić specjalistyczne auto. Już takie nawet znalazł, ale była na niego rezerwacja. Nie przekonał mnie, wręcz przeciwnie. Podałam swoje argumenty, co zamiast auta byłoby lepsze, bardziej się u nas sprawdziło. Wysłuchał z błąkającym się uśmiechem na ustach, po czym powiedział: co ty tam wiesz…Nie zagotowało się we mnie, bo…

Wycofałam się. Nie uczestniczę w dyskusjach, rozmowach, czasami się przysłuchuję milcząco, ale najczęściej odchodzę do swoich zajęć. Tak jest lepiej, bo praca zawsze była mocno stresująca, a teraz kiedy w niej fizycznie, czyli ciałem nie uczestniczę, to też do końca nie znam wszystkich realiów. Mogę się mylić, czegoś nie wiedzieć. Czasem jednak coś zauważę, podpowiem, wyrażę zdanie, ale tylko, kiedy uznam sama, że powinnam zareagować. Jest mi dobrze w tym stanie niewiedzy, a raczej ograniczonej wiedzy, bo OM też się stara tą wiedzą, która niesie za sobą stres, troskę, zachwianie poczucia bezpieczeństwa nie epatować mnie.

Spokojnie poprosiłam, żeby przemyślał, skonsultował, przespał się z tym…Na drugi dzień, tak przy luźnej rozmowie usłyszałam, że kupuje sprzęt, który ja mu podsunęłam. Nie wytrzymałym i głośno powiedziałam: widzisz, jaką masz mądrą i przydatną żonę ;pp (a w duchu- i przy okazji oszczędną ;p)

Tak całkiem oderwać się nie mogę, bo nasz powiatowy Urząd Skarbowy już piąty rok jak próbuje udowodnić nam, że jesteśmy wielbłądami. Ech. OM nie odbiera pism, bo robi to za niego pełnomocnik z biura rachunkowego w DM, ale ja już muszę. Oczywiście, że robię to zawsze w ostatnim dniu, czyli 14. od doręczenia awizo, identycznie postępuje pełnomocnik. No i z ostatniego pisma, zresztą nie pierwszy raz mamy wszyscy niezły ubaw. Przyszła decyzja z dnia 25 maja o przedłużeniu wszczętego postępowania do 28 maja- dnia, w którym przyszło awizo, odebrane zgodnie z prawem 11. czerwca. Ech…Oczywiście jest to pomyłka, ale nie pierwsza, a do dziś  niesprostowana.

Jadąc na pocztę, zauważyłam nowy asfalt położony na kawałku drogi. Widać i czuć, że zbliżają się samorządowe wybory. I wszystko byłoby pięknie i super, ale dlaczego kolejny raz robi się po kawałku, a nie po całości. Takie łatanie dziur mnie zawsze wkurza,

*

Trzy dni chłodniejszych, ale wciąż ciepłych i człowiek od razu lepiej funkcjonuje. Choć wyszło mi zimno na wardze, chyba z tych różnic temperatur, bo z czego. Ech…a deszczu wciąż za mało! Za mało! Grzybów nie będzie!

 

Z mocą…

Jeśli kiedyś napiszę, że nie mam mocy, to mi nie wierzcie. To ściema. Totalna. Bo we mnie jest jej tyle, że bez problemu przepchnęłam deszcz do sąsiedniego województwa, a słońce na Półwysep Iberyjski 😀 Ha! Ale nie tylko…

Czy komuś pękła deska na dwie prawie równe połówki podczas rozbijania schaboszczaków? Bo mnie tak. Tak że tak. Moc jest we mnie i niech uważają wrogowie jak mam młotek-tłuczek w ręku, bo nie omieszkam go użyć, jakby co! 😉  Z siłą mocarza!;p

O mały włos go nie użyłam wobec Osobistego Małżonka. Uratowała go własna wada, która czasem funkcjonuje jako zaleta-  rzadko jednak. Wada polega na tym, że wszystko musi nabrać swojej mocy, zanim cokolwiek zostanie zrobione. Normalnie jest to irytujące,  bo ja z tych niecierpliwych. Pół biedy, gdy nie jest to ważna rzecz, tylko z tych, co to mi się plątają pod nogami albo w ręce wchodzą. Nauczyłam się przymykać oko, czasami sama biorę się do wykonania, a czasem wzywam pomoc bądź wykorzystuję  „pomocników”, którzy się akurat napatoczą. Ale do brzegu…

Do tych schaboszczaków miały być szparagi, ale na przeszkodzie stanął brak garnka, który nie był garnkiem do nich, ale czym jest pomysłowość, gdy jest potrzeba. Ta potrzeba wynikła zupełnie niedawno, bo to dopiero któryś sezon jak pokochałam te zielone łodygi (żółte jakby mniej), najpierw zajadając się nimi w zaprzyjaźnionych domach tudzież restauracjach, aż w końcu trafiły i do mojej kuchni. A że sezon krótki, a ja od trzech lat z haczykiem nie robię zakupów spożywczych, jeśli już to sporadycznie, więc OM często mnie zaskakuje produktami, dlatego zakup odpowiedniego garnka wyleciał mi z głowy, a przypominał się, jak już szparagi znalazły się w lodówce. Żaden z tych w użyciu nie nadawał się, ale z czeluści jednej ze szafek, co to w niej mydło i powidło (prawie dosłownie)  wyciągnęłam stary, całe wieki nieużywany garnek do gotowania mleka. Sprawdził się prawie idealnie, i tak sobie gotowałam szparagi, skąpiąc na nowy oryginalny. Do czasu…aż zostawiłam go po umyciu na blacie kuchennym. Po czym zapomniałam, że go nie schowałam, więc jak mi znikł z oczu, to żadnych podejrzeń nie nabrałam. Dlatego spokojnie zajrzałam do szafki, jednej, drugiej, wyszłam na ganek, czy tam na regałach gdzieś nie wylądował,  przy schodach do piwnicy też go nie było- znikł jak kamfora. To, że mi pamięć szwankuje, to już się przyzwyczaiłam (taaa), po czym  w lekkiej już panice, z obawą o własne zmysły zajrzałam do lodówki, zamrażalnika…Nie ma! OM widząc, że miotam się nerwowo, zapytał się czego szukam. Odpowiedziałam: specjalnego garnka do mleka!  Popatrzył na mnie dziwnym wzrokiem. A my taki mamy? Mieliśmy do szparagów- odpowiadam zrezygnowana- taki pomarańczowy, z gwizdkiem. Widzę, że wzrok OM jest coraz bardziej podejrzany i nagle słyszę: wyrzuciłem go. Ale dlaczego???!!! I czemu mieszasz mi się do garów???!!! Bo się rozwarstwił... Taaa… 😀 Wiedząc, że nie mógł go dawno wyrzucić, bo całkiem niedawno jadł ugotowane w nim szparagi, a do kosza na zewnątrz to u nas droga długa i kręta i przystanków kilka, jeśli chodzi o rzeczy niepsujące się i o większych gabarytach, wiec z nadzieją zeszłam do piwnicy. Nadzieja sklęsła w pomieszczeniu, które tylko z nazwy jest spiżarką, ale OM zszedł za mną i odnalazł go w kotłowni tuż przy samych drzwiach na zewnątrz. Uff…Szparagi zostały ugotowane i zjedzone ze smakiem 🙂

**

Przeczytałam z niemałą satysfakcją o tym, że ktoś w końcu, a dokładnie lekarz, pozwał hochsztaplera naszych czasów, człowieka, który niejedno zło swoimi publikacjami uczynił. Cytat z postu owego lekarza: Jerzy Zięba został obciążony zeznaniami, złożyłem obszerny materiał dowodowy wykazując oczernianie mnie, polskich Pediatrów i środowiska lekarskiego w Polsce przez tego człowieka. Złożyłem bardzo dokładny materiał pokazujący niebezpieczne działania tego człowieka oraz jego notoryczne obrażanie Nas lekarzy, studentów medycyny i całego środowiska.

Zresztą nie tylko jego, ale również antyszczepionkowców, aktywistów ruchu antyszczepionkowego, którzy hejtowali lekarza.

 

 

Nieuważni…

Jesteśmy.

Bywamy.

Na człowieka.

Głęboko okopani w swoich sercach, problemach, smutkach, radościach, życiu, nie zauważamy sygnałów lub ich braku…

To nie była mi bliska osoba. Znana od kilkunastu lat, z osobistym kontaktem podczas różnych uroczystości w rodzinie, zaprzyjaźniona z częścią jej. To były sporadyczne spotkania, ale zawsze kolorowe, bo była królową życia- radosna, głośna, lubiąca zabawę, podchodząca do życia z dystansem, lubiąca towarzystwo, podróże, smakowanie życia…  Na co dzień  mieszkająca w jednym z arabskich krajów,  co roku przyjeżdżająca na długie wakacje do kraju z mężem i dziećmi (mąż na krócej), wykorzystująca ten czas maksymalnie na życie towarzyskie i rodzinne. Miałam z nią kontakt na FB, więc na bieżąco wiedziałam, co się dzieje…

Nie zauważyłam, kiedy zamilkła. Nawet nie wiedziałam, że już jej nie mam w kontaktach. Kiedy przy okazji kilka dni temu  wspomniałam o niej, bo była bliską osobą kogoś, kto wtargnął w moje życie z obłoconymi butami, a kto również i z nią się skonfliktował, mimo iż wcześniej się przyjaźnił…usłyszałam, że rok temu odeszła.

Szok.

Czerniak.

Gdy przyjechała do kraju, żeby się leczyć, było już za późno.

*

U mnie wciąż susza. Noc niespokojna z wybudzeniami. Najpierw poderwały mnie i OM na nogi fajerwerki (OM zapomniał, że jest moskitiera, a że okno szeroko otwarte, to walnął w nią głową w tych ciemnościach), a potem, kiedy już ktoś skończył hucznie obchodzić swoją imprezę i dochodziła tylko muzyka, niezbyt już głośna, bo z sali oddalonej ze 150m od domu, więc zasnęłam nawet dość szybko, ale chyba spałam jak zając pod miedzą, bo obudziły mnie ciężkie krople spadające na parapet, które w ciszy nocnej grzmiały jak uderzenia młotkiem. Z nadzieją wsłuchiwałam się w nie, że przerodzą się w obfity deszcz…nic z tego…Za to sen odpłynął na długo i nie chciał wrócić, a ja miotałam się na łóżku jak śnięta ryba…Nie wiem, kiedy zasnęłam, ale budzik stanowczo za szybko zadzwonił…A teraz dzwoni po raz drugi- czas wziąć piguły.

 

 

Nowe-stare…

Od chrztu moich dzieci minęło ponad ćwierć wieku. Chrzczone w tej samej cerkwi, co w ostatnią niedzielę córcia siostrzenicy OM, ale przez poprzedniego księdza, już wtedy starszego, który po kilku latach odszedł na emeryturę. Przyszedł nowy, młody, a wraz z nim nowa energia i zapał, żeby parafian jeszcze bardziej integrować, również poza domem bożym. Chór cerkiewny, wyjazdy z dziećmi i młodzieżą na ferie i wakacje, zespół muzyczny, koncerty i wystąpienia teatralne nawet na deskach prawdziwego teatru, stworzenie miejsca spotkań- klubu- coroczne spotkania na Watrze, i wiele innych inicjatyw…

A teraz po latach przyszło stare, czyli nowość w naszej cerkwi. Powrót do starego obrządku chrztu poprzez zanurzenie. Było to dla nas niespodzianką (dla rodziców  i chrzestnych nie, bo byli przygotowani), ale dla wszystkich pozostałych  świadków przyjęcia chrztu i bierzmowania, już tak.

Jak zobaczyłam (najpierw była przykryta) chrzcielnicę, to pomyślałam, że po prostu ksiądz zaczerpnie z niej wodę- nie uwierzyłam OM, że dziecko zostanie w niej zanurzone, choć wielkość jej była dla mnie podejrzana 😉

 

34274631_1927343860610035_8150434484135657472_n

Nawet jak zobaczyłam, że mama Dziewczynki usiadła do ławki i zaczęła ją rozbierać od zdjęcia pieluchy, to pomyślałam przez chwilkę, że…zmienia pieluchę 😀 po czym jak już zdjęła bielusią sukienusię, to dotarło do mnie, że będziemy świadkami starego-nowego obrządku udzielania chrztu i bierzmowania 🙂

34670847_1930677780276643_3690275616285786112_n

Dziewczynka została zanurzona, ale bez główki;  główkę  ksiądz polał już po wynurzeniu. Nie obyło się bez płaczu dziecka, bo kto to widział, tak na oczach wszystkich bez stroju kąpielowego zażywać kąpieli, jak wszyscy wokół ubrani i się patrzą 😉 Dobrze, że chociaż woda ciepła i na zewnątrz temperatury upalne wręcz… Od razu mi się przypomniało, w jakie mrozy chrzciliśmy Tuśkę. Jak wystawienie gołych stópek i brzuszka  w lodowatej cerkwi było nie lada stresem, a co dopiero taka kąpiel…

W każdym razie również za sprawą naszego księdza, który nie jest służbistą, za to mężem i ojcem trzech córek, chrzest odbył się w podniosłej, ale przyjemnej i bez spinki atmosferze. Bo parafianie tej cerkwi, to jak wielka jedna rodzina…A ja to się co chwilkę wzruszałam, ciesząc się i uciekając myślami do wspomnień…że obok mam swoje oba dziecka, dorosłe już, że Pańcio jest z nami…

Potem było przyjęcie w restauracji położonej w miejscowości nad jeziorem, otoczonej laskiem- bardzo fajne miejsce i bardzo smaczne.  Przejeżdżałam koło niego dziesiątki razy  w drodze z i do DM, a teraz już wiem, że warto się zatrzymać…

Spotkania rodzinne są fajne, szczególnie z tymi, z którymi nie widujesz się codziennie tylko sporadycznie. A gdy spotykasz się z kimś, kto od lat siedzi za granicą, i mimo że dzielą cię nie tylko kilometry, ale i przeżyte lata, zaś łączy nić porozumienia, to się nagadać nie możesz.

Patrzyłam na uśmiechniętą, piękną młodą kobietę i serce mi rosło z podziwu…Mnie…Bo usłyszałam:  Przyjeżdżałabym częściej, ale jak słyszę, że zmarnowałam sobie życie…Nie mówi się dorosłemu  dziecku, że zmarnowało sobie życie. Nigdy.

To zmarnowanie polega na tym, że żyje po swojemu, nie tak jak jej o dwa lata młodsza siostra, która ma już męża, dziecko i trzy mieszkania… Ona zaś zakończyła jakiś czas temu dziesięcioletni związek, kończy specjalizację z genetyki ( już jest po ostatnim najważniejszym egzaminie) zwiedza świat i jeszcze nie wie czy osiądzie w Australii, czy w Kanadzie, ale wie już, że nie zostanie w Anglii. Nie żyje według wyobrażeń swoich rodziców z przerostem ambicji i poukładanym życiem. Jest piękna, wciąż młoda (nikt nie daje jej lat tyle, ile ma, ale od mamusi usłyszała- nie ciesz się, to się po czterdziestce zmieni ), zdolna i inteligentna. Nie stawia na karierę, raczej na szczęśliwe życie. Oczywiście, że nie chciałaby przejść je w pojedynkę, ale nic na siłę.

Jak się z nią żegnałam, życząc powodzenia i spełnienia wszystkich planów i marzeń, dodałam, żeby się nie przejmowała gadką starych zgredów, bo to jest jej życie, i jak je przeżyje, to od niej zależy. A najważniejsze, żeby była szczęśliwa, jeśli tylko to jest możliwe. Każdy rodzic pragnie szczęścia swojego dziecka, tylko musi zrozumieć, że jego wyobrażenie o tym szczęściu może diametralnie różnić się. I każdy rodzić powinien wspierać, a nie podcinać skrzydła…tylko dlatego, że dziecko poszło inną drogą, niż sobie wymarzył.

Miejmy nadzieję, że dla Dziewczynki, która przyjęła sakrament chrztu i bierzmowania, to życie, nie tylko duchowe, ułoży się szczęśliwie…I nigdy nie usłyszy słów, że je sobie  zmarnowała…

 

 

Nie ten czas…

Wróciłam. Z dobrymi wieściami. Z synem, który mnie przywiózł, bo Dziecka Młodsze stwierdziły, że po uroczystości rodzinnej w niedzielę zabiorą mnie do DM, żebym w te upały się nie męczyła jazdą, i że Misiek mnie odwiezie, kiedy tylko będę chciała. Ucieszyłam się, nie powiem. Upały dość mnie wymęczyły, a tak mogłam się przynajmniej swobodnie gościć przy stole nie myśląc o jeździe do DM.

Serdecznie wszystkim WAM dziękuję za moce, kciuki i wsparcie :*  TK nie różni się od poprzedniego, a wyniki krwi są również mniej więcej takie same. Hemoglobina podskoczyła na 6,8, krwinki czerwone odrobinkę spadły i mam 2,8, płytki zaś są w normie, choć poleciały w dół, porównując z poprzednim wynikiem. Reszta też drastycznie nie uległa zmianie wobec poprzednich wyników. Kto doczytał komentarze pod poprzednim postem, to wie, że wyszłam z pigułami.

Chciałam po powrocie zaraz napisać, podzielić się tą radosną wiadomością, włączyłam nawet laptop jak już Misiek odjechał do DM, ale… patrzyłam się w pusty ekran i niemoc mnie ogarnęła. Wyszłam do ogrodu, ukoić nerwy, uspokoić emocje, spuścić trochę powietrza… Zerwałam miseczkę czereśni, drugą truskawek, popatrzyłam jak pięknie się  rozrosła cukinia, a fasolka podciągnęła do góry podczas dwóch dni mojej nieobecności… Koper już kwitnie, można robić ogórki 🙂

 

Przez ponad rok trzymałam emocje na wodzy. Owszem, wkurzałam się, oburzałam, denerwowałam, martwiłam, ale swoje uczucia w tej sprawie okazywałam tylko jednej stronie. Były takie momenty, że miałam ochotę oznajmić tej drugiej, co myślę…po czym powtarzałam sobie w głowie, że nie warto, bo wiecie… betonu łatwo się nie skruszy, a ruszyć gówno, to zaczyna śmierdzieć…Ale przede wszystkim miałam na uwadze własne zdrowie, że nie są mi potrzebne dodatkowe negatywne emocje… wyniszczające…

Do dzisiaj…

Dziś powinnam się cieszyć pełną gębą, a robię to tylko półgębkiem. Ktoś mi zepsuł dzień. To było ważne TK… w mojej głowie. Nigdy nie jest dobry czas na złe wiadomości. Ale! TO NIE JEST TEN CZAS! Dlatego, kiedy w poniedziałek wychodziłam po badaniach ze szpitala, nie wiedząc NIC na temat wyników, to z jednej strony cieszyłam się, że p. Profesor „po cichu” wypuściła mnie zaraz po TK do domu, żebym niepotrzebnie nie kwitła w nim do następnego dnia, bo dopiero rano dostanie opis i podejmie decyzję, z drugiej strony, kolejny dzień czekania…Niby człowiek się nie stresuje, a w podświadomości gdzieś siedzi i czyha…strach. Oczekiwanie na jutro umiliłam sobie krótkimi zakupami, wspólnym obiadem z Dzieckami Młodszymi w indyjskiej restauracji i wieczornymi pogaduchami z PT, która po pracy przyszła do mnie. Wbrew pogodzie i upiornej temperaturze w mieszkaniu zasnęłam dość szybko i spałam snem spokojnym. Żadne odgłosy mimo szeroko otwartego okna do mnie nie dochodziły…Inaczej było poprzedniej nocy, kiedy względną ciszę nocną zakłócała nie p. Basia i jej wydzierający się telewizor, a awantura w starej kamienicy obok bloku. Przynajmniej nie było standardowo 😉

Rano obudziłam się wyspana, temperatura w mieszkaniu spadła z 28,5 w dniu, w którym przyjechałam do 26,6, więc normalnie poczułam rześki chłód ;ppp Zjadłam śniadanie, wypiłam kawę i powoli zbierałam się do wyjścia, gdy zadzwonił telefon…uruchamiający lawinę emocji. W sumie niepotrzebnych. Nie w czas.

Czasem tak się zdarzy, że człowiek pęka. Gdyby ten telefon zadzwonił  po odebraniu wyników, pewnie moja reakcja byłaby inna, a właściwie kolejny raz brak bezpośredniej  reakcji. Emocje wciąż byłyby na uwięzi. Po drugiej stronie jedna z najbliższych mi osób, w emocjach, że nic tylko martwić się o zdrowie…Żeby tylko o jedno…Żeby to pierwszy raz za przyczyną kogoś, kto nie zna umiaru i jest zwykłą HIENĄ!  Nie wytrzymałam. Musiałam zareagować na czyjąś podłość, oszczerstwa, nazywając rzecz po imieniu. W końcu się wtrącić. Nie stać z boku. Okazać  lojalność, bo rodzina to jedność. Na chwilę zapomniałam, że mam do czynienia z betonem. Myślałam, że jak poproszę, żeby ten ktoś się zastanowił, to się opamięta. W słowach. Taaa… Jak zawsze naiwna. Na koniec pewne słowa mnie nawet już nie zdenerwowały, tylko rozbawiły. Ale cała sytuacja mnie zasmuciła i zniesmaczyła jeszcze z innego powodu. Ktoś, kto nic nie zawinił, dostanie rykoszetem. I jest mi z tym źle i przykro, ale nie mogę postąpić inaczej…Ktoś nie tylko mi zepsuł ten konkretny dzień, przy okazji nadpsuł też komuś innemu jeden z najważniejszych dni w jego życiu. A mój w końcu upolowany żakiet na konkretną okazję w tym dniu zostanie w szafie razem z sukienką i butami. Może przydadzą się na inną okazję…

Czy żałuję swojej reakcji? Nie. Żałuję, że nie zareagowałam wcześniej. Dziękuję, że stało się to przed nieuniknionym spotkaniem, bo teraz do niego nie dojdzie. Żałuję tylko, że przy okazji nie dojdzie do spotkań z innymi, bo już raczej nigdy nie będą miały szansę się odbyć. A cieszyłam się na nie. Na te po latach… Ktoś mi to uniemożliwił…Całej mojej najbliższej  rodzinie.

Wciąż na wspomnienie dzisiejszego dnia ryczę, zamiast cieszyć się w głos, że TK nic złego nie wypatrzyło, bo musiałabym to zataić, a nie wiem czy bym  potrafiła… Że następne będzie dopiero (już) pod koniec sierpnia, już po wydarzeniu, na które nie tylko ja czekam… Bardzo mi ulżyło. Tylko dziś jeszcze nie potrafię się tym cieszyć…Może jutro będzie inaczej… Na pewno.

I jeszcze raz z całego serca wszystkim i każdemu z osobna dziękuję za dobre myśli :*

Na ten czas…

Poddaję się. Poddaję. Się.

Ech…

Chciałam wykorzystać chwilę wcale nie tak gorącym rankiem, bo było raptem 20 stopni i posiać dwie torebki nasion. Dwie. Torebeczki. Dwugramowe. OM widząc, co zamierzam, chciał mnie powstrzymać, mówiąc, że zaraz przyjdzie „nasza Pani”, to posieje. Prychnęłam, bo co mi tu będzie insynuował, że nie dam rady? Dwie, góra pięć minut i po krzyku posiane. Zajęło mi to 20 minut i drugie tyle odleżałam na tarasowym leżaku, dochodząc do siebie i obiecując, że się będę słuchać męża swego już taka wyrywna nie będę. Szczególnie gdy słońce praży prosto na łeb. Wyrywać (się) to ja mogę na bieżąco warzywka do spożycia, nic więcej. Trochę to przygnębiające, ale myślę, że to upały się przyczyniły, że mój organizm szybko oklapł jak róże w wazonie przyniesione przez Tuśkę. Nigdy za dobrze nie znosiłam upałów, więc teraz tym bardziej się męczę i w ciągu dnia siedzę zabarykadowana w domu- gdzie tylko mogę tam mam spuszczone rolety zewnętrzne- wychodząc tylko rano i wieczorem. Na noc otwieram szeroko okna, podciągam rolety i wpuszczam chłodniejsze powietrze do środka wraz z nocnymi odgłosami…Bo cisza nocą na wsi jest pozorna…Ale cieszę się, że są to wiejskie a nie miejskie, bo jednak wolę szczekanie jakiegoś burka  w oddali, niż pod oknem hałas przejeżdżających aut czy tramwajów. Na samą myśl, że będę musiała nocować w rozgrzanym jak piekarnik mieszkaniu w DM, robi mi się słabo. Spędzić cały dzień w szpitalu, choć kompletnie nie wiem, co mnie czeka. NIKT nie dzwonił, ja też nie. Idę na żywioł, bo wcale, ale to wcale nie jest moim pragnieniem kolejny tomograf. Zapas piguł mam (zaoszczędziłam jedno opakowanie ;pp), więc mówiąc kolokwialnie mam na to wywalone. Z drugiej strony może mi to wydłużyć pobyt w DM, co już mi się nie uśmiecha. Ale! Każda inicjatywa z mojej strony w tym kierunku budzi u mnie sprzeciw. Nastawiam się, że będzie, co ma być, zgłoszę się tylko wcześniej niż zazwyczaj, i już! Niech się martwią. To jeszcze nie mój czas na martwienie się! O! Się!

Z tym czasem to różnie bywa. Raz jest sprzymierzeńcem, a raz wrogiem. Wrogiem dla czekających i spieszących się. Czekam. Na bardzo ważne wydarzenie. Spieszę się. By żyć. Pomiędzy łapię oddech…ciesząc się spędem najbliższych 😉

Trzymajcie kciukasy w poniedziałek, jakby co. Nie wiem, czy będę mobilna, bo z przeglądarki w tel. postów mi nie zapisuje…Ale wrócę…;)

Miłego! 🙂