Nowe-stare…

Od chrztu moich dzieci minęło ponad ćwierć wieku. Chrzczone w tej samej cerkwi, co w ostatnią niedzielę córcia siostrzenicy OM, ale przez poprzedniego księdza, już wtedy starszego, który po kilku latach odszedł na emeryturę. Przyszedł nowy, młody, a wraz z nim nowa energia i zapał, żeby parafian jeszcze bardziej integrować, również poza domem bożym. Chór cerkiewny, wyjazdy z dziećmi i młodzieżą na ferie i wakacje, zespół muzyczny, koncerty i wystąpienia teatralne nawet na deskach prawdziwego teatru, stworzenie miejsca spotkań- klubu- coroczne spotkania na Watrze, i wiele innych inicjatyw…

A teraz po latach przyszło stare, czyli nowość w naszej cerkwi. Powrót do starego obrządku chrztu poprzez zanurzenie. Było to dla nas niespodzianką (dla rodziców  i chrzestnych nie, bo byli przygotowani), ale dla wszystkich pozostałych  świadków przyjęcia chrztu i bierzmowania, już tak.

Jak zobaczyłam (najpierw była przykryta) chrzcielnicę, to pomyślałam, że po prostu ksiądz zaczerpnie z niej wodę- nie uwierzyłam OM, że dziecko zostanie w niej zanurzone, choć wielkość jej była dla mnie podejrzana 😉

 

34274631_1927343860610035_8150434484135657472_n

Nawet jak zobaczyłam, że mama Dziewczynki usiadła do ławki i zaczęła ją rozbierać od zdjęcia pieluchy, to pomyślałam przez chwilkę, że…zmienia pieluchę 😀 po czym jak już zdjęła bielusią sukienusię, to dotarło do mnie, że będziemy świadkami starego-nowego obrządku udzielania chrztu i bierzmowania 🙂

34670847_1930677780276643_3690275616285786112_n

Dziewczynka została zanurzona, ale bez główki;  główkę  ksiądz polał już po wynurzeniu. Nie obyło się bez płaczu dziecka, bo kto to widział, tak na oczach wszystkich bez stroju kąpielowego zażywać kąpieli, jak wszyscy wokół ubrani i się patrzą 😉 Dobrze, że chociaż woda ciepła i na zewnątrz temperatury upalne wręcz… Od razu mi się przypomniało, w jakie mrozy chrzciliśmy Tuśkę. Jak wystawienie gołych stópek i brzuszka  w lodowatej cerkwi było nie lada stresem, a co dopiero taka kąpiel…

W każdym razie również za sprawą naszego księdza, który nie jest służbistą, za to mężem i ojcem trzech córek, chrzest odbył się w podniosłej, ale przyjemnej i bez spinki atmosferze. Bo parafianie tej cerkwi, to jak wielka jedna rodzina…A ja to się co chwilkę wzruszałam, ciesząc się i uciekając myślami do wspomnień…że obok mam swoje oba dziecka, dorosłe już, że Pańcio jest z nami…

Potem było przyjęcie w restauracji położonej w miejscowości nad jeziorem, otoczonej laskiem- bardzo fajne miejsce i bardzo smaczne.  Przejeżdżałam koło niego dziesiątki razy  w drodze z i do DM, a teraz już wiem, że warto się zatrzymać…

Spotkania rodzinne są fajne, szczególnie z tymi, z którymi nie widujesz się codziennie tylko sporadycznie. A gdy spotykasz się z kimś, kto od lat siedzi za granicą, i mimo że dzielą cię nie tylko kilometry, ale i przeżyte lata, zaś łączy nić porozumienia, to się nagadać nie możesz.

Patrzyłam na uśmiechniętą, piękną młodą kobietę i serce mi rosło z podziwu…Mnie…Bo usłyszałam:  Przyjeżdżałabym częściej, ale jak słyszę, że zmarnowałam sobie życie…Nie mówi się dorosłemu  dziecku, że zmarnowało sobie życie. Nigdy.

To zmarnowanie polega na tym, że żyje po swojemu, nie tak jak jej o dwa lata młodsza siostra, która ma już męża, dziecko i trzy mieszkania… Ona zaś zakończyła jakiś czas temu dziesięcioletni związek, kończy specjalizację z genetyki ( już jest po ostatnim najważniejszym egzaminie) zwiedza świat i jeszcze nie wie czy osiądzie w Australii, czy w Kanadzie, ale wie już, że nie zostanie w Anglii. Nie żyje według wyobrażeń swoich rodziców z przerostem ambicji i poukładanym życiem. Jest piękna, wciąż młoda (nikt nie daje jej lat tyle, ile ma, ale od mamusi usłyszała- nie ciesz się, to się po czterdziestce zmieni ), zdolna i inteligentna. Nie stawia na karierę, raczej na szczęśliwe życie. Oczywiście, że nie chciałaby przejść je w pojedynkę, ale nic na siłę.

Jak się z nią żegnałam, życząc powodzenia i spełnienia wszystkich planów i marzeń, dodałam, żeby się nie przejmowała gadką starych zgredów, bo to jest jej życie, i jak je przeżyje, to od niej zależy. A najważniejsze, żeby była szczęśliwa, jeśli tylko to jest możliwe. Każdy rodzic pragnie szczęścia swojego dziecka, tylko musi zrozumieć, że jego wyobrażenie o tym szczęściu może diametralnie różnić się. I każdy rodzić powinien wspierać, a nie podcinać skrzydła…tylko dlatego, że dziecko poszło inną drogą, niż sobie wymarzył.

Miejmy nadzieję, że dla Dziewczynki, która przyjęła sakrament chrztu i bierzmowania, to życie, nie tylko duchowe, ułoży się szczęśliwie…I nigdy nie usłyszy słów, że je sobie  zmarnowała…

 

 

Reklamy