Lśnienie…i świat, który zszedł na psy…

Od wczoraj moja kuchnia lśni 🙂 (Przy niewielkim moim wkładzie- uporządkowaniu ośmiu szuflad. Niby równo rok temu wyrzucałam z nich to, co nie potrzebne, a i tak znalazłam nieużywane 4 otwieracze do konserw, w tym 2 identyczne, którymi nie umiem się posługiwać do dziś i używam piątego z tupperware, który za każdym użyciem mnie zadziwia, że już to zrobił, kiedy ja uparcie myślę, że wciąż konserwa jest zamknięta- używam tak rzadko, że zapominam, jak to działa. Trzy łyżki do zbierania szumowin, używane tylko przy gotowaniu rosołu, trzech „dziadków do orzechów”, gdy czwarty, zupełnie innej konstrukcji- rewelacyjny- jest w stałym użyciu i leży w misce z orzechami na blacie kuchennym, niepotrzebny już drewniany tłuczek, bo został zastąpiony innym, nie mówiąc o zbędnych, nieużywanych drewnianych różnych łychach do mieszania, przewracania, a nawet rozbełtywania zsiadłego mleka, którego wieki już w moim domu nie było. Za to nie znalazłam mojego rewelacyjnego korkociągu do wina!!! To tylko świadczy o tym, jak dawno w tym domu nie było ono spożywane :((()

I tak sobie od razu pomyślałam, że warto byłoby stan ten na dłużej zatrzymać poprzez kategoryczny zakaz wstępu! Zamknąć na cztery spusty i koniec. Zamknąć się nie da, bo drzwi nie ma, a nawet jakby były, to zawsze można uprawiać skok przez przeszkodę (ladę) i wtargnąć do pomieszczenia. No bo jak żyć bez zawartości lodówki? Nie da się. Nie da się też nie nabrudzić, gdy jest się taką niezgułą jak ja. Co to jej leci z rąk to i owo. W każdym razie mając w perspektywie gościć się na pierwszym w tym roku grillu u znajomych, byłam przekonana, że to lśnienie utrzyma się o jeden dzień dłużej. Taaa…widok zamordowanego kuraka na stole (bez piór i wypatroszonego), gdy zeszłam po obudzeniu się rano, uzmysłowił mi, że nie wywinę się dziś od prac kuchennych. Tatuś już o to zadbał 😉

Ten sam Tatuś, rozbawił mnie dziś do łez, gdy jak tradycyjnie co sobotę rano, przyszedł do mnie na górę, gdyż o tej porze przeważnie jestem z powrotem w łóżku z książką w ręku, czekając na dzwonek alarmu, coby wziąć piguły- na pogawędkę. Pogawędka najczęściej dotyczy tego, co się obecnie dzieje w kurniku (dwie kwoki siedzą na jajkach)*, w jego firmie, o Miśku, a potem o wszystkim innym…’ Najpierw wysondował czy wiem, że u Miśka mieszka jego dziewczyna, potem stwierdził, że jak to tak bez ślubu i że teraz świat „zszedł na psy”. Od razu zaprotestowałam, że to nie czas(y) na ślub, niech się najpierw ogarnie (z magisterką), to odpowiedział, że on wcale nie naciska na ślub, ale nie powinni razem mieszkać, i już chciał powiedzieć, że jak to rodzice mogą…No parsknęłam śmiechem i mówię: i kto to mówi??? ten, co się mu dziecko urodziło miesiąc przed ślubem. Świat zszedł na psy już dawno 😀  W odpowiedzi usłyszałam śmiech własnego rodziciela i dziadka obwinianego za niemoralne prowadzenie się ;p

Dzień wcześniej, pani, która wyprowadziła moją kuchnię na błysk, zwierzyła mi się, że jej syn (osiemnastolatek) ma już kolejną dziewczynę, i ta kolejna to jest właśnie ta jedyna, aż po grób. Zbulwersowała się zachowaniem owej, kiedy ta chciała zostać na noc w jej domu. Nie pozwoliła szesnastolatce nocować pod jej dachem, dziwiąc się, że rodzice jej na to pozwolili. Dalej poszła tyrada, jak to dziewczęta w tej chwili zrobiły się gorsze od chłopaków. Coś jest na rzeczy. I nie mam tu na myśli, tylko wczesnej inicjacji seksualnej, ale ogólnie zachowanie. Często bardzo agresywne.

Słonecznego weekendu! 🙂 I wszystkim, którym właśnie zaczęła się tygodniowa majówka, dobrego wypoczynku, a tym, co jednak pracują, to pracy lekkiej jak piórko 🙂

*na „ścieżkach” kurza relacja 😉

 

Reklamy