Hipnoza…

Codziennie wychodzę na taras z książką i zielonym smoothie, i codziennie widzę, jak coraz bardziej robi się zielono wokół. Potrafię się gapić w pęczniejące drzewa od pąków, słuchać świergolenia ptaków (jeden upierdliwy koniecznie chce z nami zamieszkać, przychodzi do okien i stuka w nie, przy okazji obsrywając parapety i taras niczym stado gołębi i nic sobie nie robi z gonienia go, więc siedzę na tym tarasie niczym strach na wróble, a ten skubaniec w tym czasie dobija się do okna na górze w Miśkowym pokoju i oczywiście sra- uwierzcie, nie wiedziałam, że tak mały ptaszek może tak paskudzić!) w całkowitym stuporze, przenosząc się na chwilę do świata równoległego, czyli krainy szczęśliwości pozbawionej wszelakich trosk życia codziennego. Błogie chwile pod błękitnym niebem…

W świecie równoległym, w całkiem  innej rzeczywistości znalazłam się dzięki telewizji (rządzącej) późnym wieczorem w dniu 10 kwietnia. Znużona już, a raczej odurzona dniem, przed snem leciałam po kanałach, czego zwykle nie robię, bo zazwyczaj wiem, co chcę oglądać. I tak pstrykając po kolei, trafiłam na kanał informacyjny TVP. Nie wiem, co mnie podkusiło, ale pomyślałam sobie, że chwilę posłucham, bo u redaktora gościły dwie panie: dziennikarka śledcza i reżyserka. Chciałam usłyszeć, co na temat Smoleńska mówią dziś, kiedy to sam prezes z zamachu wycofuje się rakiem i głosił zwycięstwo. Na czym, to zwycięstwo ma polegać, to nie wiem, ale jeśli wiąże się to już z zaniechaniem miesięcznic i męczenia narodu tematem (dziwnie cicho było o Katyniu w dniu rocznicy), to sama mogę przyznać mu to zwycięstwo, a co! Ale do brzegu…Obie panie z ogromnym przekonaniem twierdziły, że „kłamstwo smoleńskie”, które powstało zaraz po katastrofie, wciąż funkcjonuje, a one od razu wiedziały, że to nie była zwykła katastrofa, że musiały przyczynić się do tego służby rosyjskie, a ludzie, którzy uwierzyli w brzozę doszli już „do ściany” i nie potrafią się już cofnąć…Powtarzały wszystkie te „mądrości”, jakby nie minęło już osiem lat od katastrofy, nie było raportu Millera, nie wypowiadali się prawdziwi, a nie pseudo znawcy katastrof lotniczych. Jakby nigdy nikt nie odnosił się merytorycznie do „rewelacji” Macierewicza, jego dziwnych teorii… W umysłach tych pań zamach mocno się zakorzenił. Słuchałam jak zahipnotyzowana…

Po czym jęknęłam…

Potem pomyślałam, że prowadzący i fanatyczki „dobrej zmiany” nie nadążają za prezesem. A w swej gorliwości i poprawności (wobec rządzących) przebijają każdą ścianę absurdu. Przestali być czujni. Pogubili się. Nie wiedzą, co aktualnie w sferze publicznej funkcjonuje jako prawda lub kłamstwo (pisowskie). Że Macierewicz i jego teorie są już passe. A sam sprawca tych teorii, dzień później, na konferencji stanowczo zaprzeczył, że kiedykolwiek mówił o zamachu. Pięknie odwracał „kota ogonem”. (Jeden z dziennikarzy, zamiast zadać pytanie, stwierdził, że pan M. jest kłamcą i kiedyś stanie za to przed sądem,  i że nie ma sensu zadawać mu pytań i się pożegnał- można uznać, że to nieprofesjonalne zachowanie, ale mając takiego pajaca przed sobą, wcale się nie dziwię).

I wyłączyłam telewizor, nie doczekawszy końca dyskusji.

Pewnie telewizji publicznej nie włączę przez pół roku, nawet przypadkiem. Zaczynam się zastanawiać nad umysłami nie tych, co w niej występują (gości, prowadzących), ale  tych, co oglądają wiadomości, czy programy polityczne dłużej niż 3 minuty.

*

Zafiksowałam się w kolorach. Konkretnie dwóch. Kupuję więc namiętnie Pańciowi, co mi w padnie w oko, a jest moro- spodnie, koszulkę, plecak, okulary, krótkie spodenki- a smyk jest wniebowzięty. A sobie…różowe, choć nigdy miłością do tego koloru nie pałałam. Wręcz przeciwnie, szczególnie że Tuska jako mała dziewczynka też nie miała fazy na róż. Widocznie nic w przyrodzie nie ginie, bo na stare lata dopadło mnie różowe szaleństwo ;p

Jak na ulicy zobaczycie kogoś w obszernym swetrze, al’a płaszcz w kolorze różowym, to będę ja ;p