Kiedy nadużywasz…

A potem się dziwisz.

Dziecko ma problemy w szkole, odstaje od rówieśników. Matka codziennie odrabia z nim lekcje, przepytuje, magluje, a i tak oceny są mierne, czasem wpadnie jakaś czwórka, piątka- okupione wielogodzinnym ślęczeniem.   Rodzi się frustracja, zniechęcenie, zmęczenie, a to dopiero pierwsze lata podstawówki.

Nie dopuszcza, że być może to przez alkohol- kiepski materiał genetyczny.  Podwojone ryzyko, jeśli nadużywali/nadużywają oboje- matka i ojciec.

Picie codziennie ( z małymi wyjątkami) nawet niedużej ilości alkoholu, picie w  każde weekendy, często do upicia się- przez wiele lat- może mieć takie skutki. Poczęcie dziecka w noc po suto zakrapianej imprezie, niewiedza przez kilka tygodni, że jest się w ciąży… Nie naprawi już tego abstynencja w czasie jej trwania i karmienia.

W domu gdzie w każdy weekend jest alkohol na stole, a i w tygodniu się zdarza, dziecko od małego uczy się, że to normalna sytuacja. W końcu to nie jakaś patologiczna rodzina, która zaniedbuje dzieci, dom, pracę i wyciąga rękę po pomoc socjalną. Czasem wręcz przeciwnie. Rodzina, której żyje się dostatnie.

A potem dzieci dorastają. W weekendy dyskoteka i alkohol,  a matka w domu zasnąć nie może, bo czeka w jakim stanie wróci syn czy córka, a raczej czy wróci szczęśliwie. Jak już w tygodniu wraca wypity czy wręcz pijany, to zaczyna się martwić, ale wciąż nie widzi w tym swojego–rodziców- udziału. Przykładu, który przez lata nieświadomie(?)  utrwalała.

Każde dziecko prędzej czy później spróbuje alkoholu. Niezależnie z jakiego domu się wywodzi- czy był w nim alkohol czy nie. I niezależnie od tego jaki my sami- dorośli -mamy do niego stosunek.  Bo pierwszy kieliszek, łyk, zazwyczaj następuje poza domem, wśród rówieśników. I najczęściej przed osiemnastym rokiem życia. Jedni skończą na pierwszej próbie, inni nie odmówią kolejnym namowom swych kolegów czy koleżanek, bo będą obawiali się braku akceptacji.  I nie ma co się dziwić, gdyż w dorosłym życiu w wielu sytuacjach abstynencja jest postrzegana co najmniej podejrzliwie ;).

Żadne gadki umoralniające typu „ja  w twoim wieku” nie poskutkują, jeśli dziecko od maleńkości widzi, że mimo alkoholu rodzina funkcjonuje;  oswojone  z widokiem pijanego rodzica, bo akurat przyszli goście i była impreza. A że raz a czasem dwa razy w tygodniu, to co się dziwić,  że przyjmuje tę sytuację za normalną.  To jego domowa rzeczywistość. Nie ma awantur ( czasem się  pokłócą, polecą talerze i łzy), bicia, leżenia pod stołem. Na drugi dzień jest kac, ale nie moralny. I tak się to  zakrapiane życie toczy, aż…

Konsekwencje mogą być różne. Dla całej rodziny.

Nie potrafię komuś tego uświadomić.

 

Pamiętacie swój pierwszy raz z alkoholem? Bo ja tak. To była ósma klasa, czas zimowy i mieszkanie koleżanki klasowej, a w nim pięć dziewczyn i jedna butelka czerwonego wina o imieniu Bachus. (Nie licząc wylizywania kieliszków po ajerkoniaku- jako dziecko w towarzystwie przyjaciela, młodszego o 4 lata- po jakimiś towarzyskim spotkaniu w naszym domu).  Czyli miałam  skończone 14 lat. Kontynuacji  tego typu spotkań już nie było, następne wino, to piłam, jak mnie własna babcia poczęstowała mówiąc: wypij zazulko, wypij, to na zdrowie.  No nie wiem, mnie wtedy na zdrowie ono nie poszło ;).

Mimo tak wczesnej inicjacji  alkoholowej oświadczam,  że alkoholiczką się nie stałam.  Mimo że ja zwyczajnie  lubię to co piję, a raczej piłam, bo w tej chwili jestem abstynentką i jeśli już, to piję tylko bezalkoholowe piwo. Właśnie dla smaku. Lubię wytrawne i półwytrawne wina, szampana, gin z tonikiem. I może to paradoks, ale nie o procenty chodzi a o smak.

 

I taka ciekawostka, po której brońwaspanieboże nie biegnijcie do monopolowego ;). Naukowcy twierdzą, że wypicie dwóch półlitrowych pekali (kufli) piwa zwalcza krótkotrwały ból głowy lepiej niż paracetamol. No, ale jeżeli ból jest krótkotrwały, to może jednak nie sięgać ani po tabletkę, ani po piwo. Szczególnie że jak ktoś ma słabą głowę, to będzie miał kłopot z utrzymaniem pionu, nie mówiąc już o…moczu ;p

 

 

***

Kicham, smarkam, pokaszluję. I nie wyściubiam nosa za drzwi zewnętrzne. Do poniedziałku. O ile i Pańcio się wykuruje i pójdzie do przedszkola odegrać rolę jednego z króli. Wtedy to już mus! I może poczuję atmosferę świąt, bo jak na razie…to nic nie czuję. Nawet pogoda taka nie bardzo zimowa, o białych świętach pewnie nie ma co marzyć w moim regionie. Będę się cieszyć, jak nie będzie lało!

No i chciałabym się zmobilizować,  zrobić paczkę i  wysłać ją jeszcze przed świętami. Aż się boję pójść na pocztę. Ktoś wie dlaczego? ;p

Ostatnie prezenty zamówione (nie obyło się bez perypetii i codziennego nękania ;)) , czekam na dostawę, a potem tylko już pakowanie. O ile zabiegana Tuśka dostarczy papier i torebki 🙂 Choinka, a nawet dwie jeszcze w mglistej tam przyszłości, ale  mam nadzieję, że znajdzie się taki co je przytarga do domów 🙂 I ubierze, przynajmniej tę u rodziców.

Miłego! 🙂

 

 

 

Reklamy