Pierwszy raz…

Czy pamiętacie swój pierwszy raz? Ten najważniejszy.

Nie, nie mam tu na myśli seksu- choć czemu nie- bo pewnie każda z nas pamięta gdzie i z kim. Przynajmniej mam taką nadzieję ;ppp

Ale ten pierwszy raz, który w jakimś sensie był ważny, zmienił wasze podejście do życia albo je odmienił, poszerzył horyzonty, był początkiem pasji, szczególnej znajomości …

Sama długo się nad tym zastanawiałam i szczerze mówiąc, mam problem…

Kiedy tata  dał mi do ręki swój stary akordeon to, zamiast zacząć się uczyć na nim grać, rozebrałam go na części pierwsze. Pomógł mi w tym mój przyjaciel, który wprawdzie  muzykiem nie został, ale przynajmniej skończył muzyczną szkołę, ucząc się gry na skrzypcach. Nauczył się też gry na gitarze. Niestety, pierwszy mój kontakt z instrumentem, nie wywołał u mnie pasji do niego, ani chęci gry na czymkolwiek innym, no chyba, że na nerwach ;). Za to źle się skończył dla instrumentu.

Manualnych zdolności też nie posiadam, więc igła, szydełko, druty, to dla mnie wprawdzie nie czarna magia, ale w moich rękach kompletnie nieużyteczne przedmioty. Lubiłam rysować, malować, ale nie było to moją pasją. Za to pamiętam jak pierwszy raz, wzięłam do ręki rapidograf i zaczęłam kreślić. Zostałam mistrzynią! Rysunek techniczny, potem projekty taty, kiedy zaczął studia wieczorowe- nad tym mogłam ślęczeć godzinami. Żeby pisać bez szablonów ćwiczyłam rękę, przepisując…”Potop”. Zaowocowało to tym, że rękę miałam tak wyrobioną, pewną, że przez wszystkie lata swej technicznej edukacji rysunek był na „piątkę”.  Niestety, szybko w zawodzie przestałam pracować i nie zostałam cenioną projektantką i nieocenioną kreślarką,  choć projekty jeszcze przez jakiś czas   robiłam w domu, dorabiając sobie. Zresztą  kiedy weszły programy komputerowe i takie tam,  ja już  byłam zajęta całkiem inną działalnością.

Pamiętam pierwszy post przeczytany na Onecie o przyjaźni. Temat banalny i odwieczne pytanie: czy istnieje przyjaźń pomiędzy kobietą i mężczyzną. Przeczytałam, skomentowałam, i wsiąkłam w sferę blogową, co dało impuls do stworzenia własnego miejsca.

Oczywiście, że pamiętam swoje pierwsze spotkanie z najstarszą stażem przyjaciółką, pierwsze trzymanie się za ręce jak szłyśmy w parze do klasy. Wtedy nie wiedziałam, że to początek przyjaźni na całe życie. Ważnej.

I tak sobie rozważam, i właściwie stwierdzam, że nie było w moim życiu nic aż tak ważnego, co wywróciłoby je do góry nogami, tudzież było inspiracją czegoś. No może moja decyzja przeprowadzenia się na wieś. Nie miałam wsparcia, bo większość pukała się w głowę. Ale ja lubiłam wieś, lubiłam spędzać wakacje u babci…aczkolwiek wakacje a życie na wsi to całkiem inna bajka. Żyję tu już prawie trzydzieści lat i wciąż nie czuję się  jak u siebie, nie licząc własnej zagrody. I żyję raczej po miejsku niż po wiejsku, choć zostałam ogrodniczką i hodowcą pierzastych na własne potrzeby, aczkolwiek skorupiak  pokrzyżował moje plany, zostania na ten przykład: ogrodnikiem roku ;p

No słabo to wyszło…a raczej wyszło, że mi nie wyszło ;D

Nawet babcią nie mogę być na pełnej petardzie, choć staram się jak mogę 🙂 I oczywiście pamiętam ten moment, kiedy telefon oznajmił mi, że Pańcio właśnie przyszedł na świat. Radość i wdzięczność. Ogromna. Bo jak sobie pomyślę, ile mogło mnie ominąć, to od razu wyłączam myślenie 😉

Pańcio bo babci i po tatusiu nie ma zdolności manualnych, więc tym bardziej staram się kupować takie pomoce, aby sobie wyćwiczył rękę. Ostatnio kupiłam zestaw pisaków, którymi można od razu wycinać, to co się narysowało. W zestawie  są też rysunki, a właściwie elementy różnych rzeczy do wycięcia i sklejenia. I to był strzał w dziesiątkę :)) Pańcio i w czwartek i wczoraj zacięcie  rysował, wycinał, kleił.  Przez kilka godzin, a ja mu asystowałam. Potem robiłam zdjęcia i wysyłam do dida i wujcia. Dziś mamy przerwę, bo  jedzie z rodzicami do DM, do Tuśki koleżanki jeszcze z liceum, która ma córeczkę w wieku Pańcia.

U nas wieje i coś tam siąpi, więc ja jeszcze nie wygrzebałam się z pościeli. Zaraz zrobię sobie kawę, trochę poczytam   i zejdę na dół  nastawić  ogórkową. Coś ostatnio za mną chodzi kwaśne zamiast słodkiego 😉  A potem przyjdzie LP na pogaduchy…

Miłego!

 

 

Reklamy

W tych okolicznościach…

Odpaliłam mojego Julka Żółtka w szary dzień i pomknęłam rudo- brązowym lasem w kierunku miejskiej dżungli. Miałam w planach odwiedzić dwa miejsca w celu zakupowym. Ot, takie drobiazgi (nie)zbędne. Żadne szaleństwa. Sam fakt, że zdecydowałam się pojechać do ŚM- nie czekając do przyszłego tygodnia, kiedy mam zaklepaną wizytę u fryzjera-  w zgniły, nieprzyjemny dzień, nie czekając na poprawę pogody, na dodatek sama, wywołał u mnie poczucie normalności. Trochę ono mi siadło, kiedy musiałam odsapnąć dłuższą chwilę, posilając się wyciśniętym sokiem z owoców, gdyż wcześniej stojąc do kasy w Rossmannie, myślałam, że zaraz spektakularnie sobie klapnę  na podłodze. Udało się klapnąć na fotel…No cóż…Po powrocie zaległam na kanapie, czując się jakbym co najmniej dzień wcześniej przebiegła maraton. Ale usatysfakcjonowana, bo dałam radę.  No i zakupiłam to co chciałam, łącznie z nowym kwiatkiem doniczkowym, bo w tym roku nie tylko na tarasie nie dopilnowałam kwiatów, ale i te w domu zmarnowałam. Wprawdzie tego zaniosłam na górę do sypialni, bo mi się pięknie wkomponował w białej doniczce, która została po zeschniętym innym kwiatku, do nowego anturażu. I tego, co nie chciałam, ale się skusiłam wbrew logice, bo kto kupuje truskawki w listopadzie? Ale nie zawiodłam się- malutkie, słodziutkie i paaachnące! Pyszniutkie 🙂

Lipy we wsi już są gołe, bez liści-  smutno to wygląda. Ale jadąc lasem   jesienne barwy  pysznią się swoją intensywnością. Jeszcze będzie je można przez chwilę podziwiać. Trzeba jednak uważać na zwierzynę, bo ostatnio dużo młodych sarenek przebiega przez drogę, a raz nawet – jadąc z Tuśką- widziałam młodziutkie dziki. Jeszcze. Niejaki Szyszko, zapalony myśliwy, może to zmienić. Teraz strach błąkać się po lesie, bo można zostać ustrzelonym. Znienacka.  Pomysł MON, żeby w każdym powiecie była strzelnica ( koszt 2 miliardy)  i forsowanie w sejmie liberalizacji przepisów odnośnie posiadania broni, napawa tylko obawą, że niedługo nie tylko do kaczek  się strzelać będzie. Do tego nowelizacja przepisów o mirze domowym, i jak znienawidzonemu sąsiadowi przyjdzie do głowy przekroczyć miedzę, to musi się liczyć, że tę głowę- w obronie własnej- sąsiad mu utrąci. Co niektórym marzy się Hameryka. OM niedawno mnie poinformował, że na wiosnę chyba kupi małego jeepa, odkrytego, takiego, żeby  po polach i lasach mógł  jeździć z Pańciem.  Będę mu musiała zasugerować, że  wóz pancerny będzie lepszym rozwiązaniem. W tych okolicznościach.

Zmiana…

Mogłabym nawet napisać dobra, ale do tego doszło, że „dobra  zmiana” źle się kojarzy ;).

Zmiana nastroju i nie tylko. Z nastrojem nie jest najłatwiej, bo znowu wróciłam do piguł, po legalnych i nielegalnych wagarach. Legalne były do piątku, ale sobie przedłużyłam, nie pytając się o zgodę. Dopiero pierwszą porcję wzięłam w niedzielę wieczorem. I przesunęłam godziny budzenia i brania, innymi słowy przeszłam na czas zimowy 😀 Brakowało mi 1,5-2 godzin snu i po zmianie czasu i przesunięciu budzika o pół godziny, w końcu się wysypiam. W ten sposób zyskałam też czas pomiędzy śniadaniem a pigułami, w którym wcześniej najczęściej dosypiałam. Wcześniej, półprzytomna robiłam sobie na szybkiego coś do jedzenia i szybko wracałam na górę, a teraz mam czas na porządne śniadanie. Dziś zrobiłam rewelacyjną jajecznicę!-człowiek to jednak uczy się całe życie. Jajecznica w moim domu pojawia się rzadko, jakoś tak oboje z OM mamy, że lubimy, ale nie przepadamy ;). I dziś po raz pierwszy zrobiłam ją według przepisu Ramsaya, bo przypomniało mi się jak LP, która  w hotelowych restauracjach zawsze je na śniadanie jajecznicę- ja nie tknę nie swoich jaj- ostatnio się zastanawiała,  jak ci kucharze ją robią, że jest taka aksamitna.  No to już wiem! 😀

Po przyjeździe z DM w domu nie tylko czekała LP, ale złożone meble do sypialni, które kupiłam, żeby zrekompensować sobie kolor na ścianach 😉 No zaskoczona byłam, bo tylko tydzień stały w piwnicznym pomieszczeniu i nabierały ważności ;). Nie liczyłam, że ktoś się tym zajmie podczas mojej i OM nieobecności. A jednak! Także w niedzielę miałam frajdę  do czego to doszło, że człowiek się cieszy, że może  narobić się jak dziki osioł w dzień świąteczny w układaniu i segregowaniu. I tak  nazbierało się  dwa worki niepotrzebnych różności. Były też takie  co to dostałam, ale nie mam sumienia wyrzucić, choć już wcześniej ciepłam tak, aby mi w oczy nie wchodziły, a teraz  wyniosłam w kartonie do Miśkowego pokoju. Niech sobie tam będą i od czasu do czasu ( przy porządkach) przypominają, że nie zawsze mi szczęście sprzyjało.

Do ludzi.

Bo ja uważam, że mam ogromne do nich szczęście. Naprawdę. A przecież jestem niedoskonała. I zła bywam. A nawet okrutna, bo bijam. A wtedy bez kija nie podchodź 😉

No ale teraz to współczucie wzbudzam.  Serio 😀 Młody Pan Doktor, który przyjmował mnie na izbie, wiedząc, że na toczenie, dogonił mnie i wtargał mój bagaż po schodach na oddział. Bo ja goopia chciałam tę moją ciężką walizeczkę wtargać sama, zamiast wyciągnąć zaczytaną Panią portierkę z jej oszklonej kanciapy i zmusić ją do uruchomienia archaicznej windy. Tak że tak.

Siedzę teraz w necie i zamawiam różne drobiazgi. Znalazłam już fotel, bo ten co mam teraz nie bardzo pasuje, powinnam jeszcze zmienić żyrandol; lampę stojącą już nową mam 🙂  OM się śmieje, że niedobranie farby pod mój gust, drogo go kosztuje;pp No ale ZUS mu przyznał 3 miesiące rehabilitacji, to się odkujemy ;p  A mają jeszcze za pół roku wysłać wyrównanie- najpierw trzeba napisać podanie- bo płacili 80% chorobowego zamiast stu, jak się należy przy wypadku w pracy.

Chciałabym jeszcze o czymś wspomnieć. Piszecie w komentarzach i nie tylko, że jestem bohaterką, że podziwiacie- to bardzo miłe i wzruszające. Zresztą nie tylko do mnie, ale do wszystkich zmagających się dzielnie z chorobą. Mogę chyba napisać w imieniu wszystkich, że my się nie czujemy bohaterkami. Absolutnie! To nasza codzienność, nasza rzeczywistość. Do ogarnięcia. Czasem lepiej, czasem gorzej nam to wychodzi, ale ogarniamy jak wielu innych, którym los rzuca  takie czy inne „kłody”.  Ale rozumiem Was. Bo ja sama tak uważam w stosunku do mojej Mam. Ona była i jest moją Bohaterką! I nie dlatego, że zmagała się z rakiem i go pokonała. Ale dlatego, że choroba, potem jej cień nigdy nie zaważył na naszej rodzinie. Dała mi świetny przykład. Dziś jest mi troszkę ciężej, bo to już taki, a nie inny etap choroby, stąd czasem irytacja, żal na tę niemoc. I nastrój smętny. Ale nie jest to nerw na życie, o nie! 🙂

Miłego!

 

 

R jak rozżalenie…

Spokojnie mogłabym wyjść w piątek po dostaniu dwóch jednostek krwi poprzedniego dnia, bo rano wyniki były na tyle dobre (nie w normie, ale wystarczające- tak usłyszałam ), że dostałam piguły, ale…hrabia zmienił procedury dla pacjentów, którzy przychodzą na toczenie- muszą spędzić co najmniej 3 dni (2 noce) w szpitalu, żeby NFZ zapłacił. Doktory chętnie by wypuścili, a nie mogą, więc cały piątek „kwitłam” i zbijałam bąki na łóżku szpitalnym z pozostałymi trzema wampirzycami. Nawet się nie wkurzyłam, bo byłam uprzedzona, choć myślałam, że to tak asekuracyjnie, gdybym jeszcze musiała dostać kolejną jednostkę krwi.

Pierwsza noc była ciężka. Druga troszkę mniej, ale cały pobyt był…upiorny.

Pani Władzia.

Panią Władzię przywiozła karetka w stanie ciężkim. Patrzyłam, z jakim trudem trzy pielęgniarki i córka p. Władzi próbowały położyć Ją na łóżko szpitalne. Łóżko, które już od lat powinno stać w jakimś skansenie a nie wciąż znajdować się w sali szpitalnej. Ale innych na tym oddziale nie ma. Chce się krzyczeć na tę biedę, zacofanie. Na tę niemoc! Leżymy w cztery w sali przystosowanej dla trzech łóżek. Dostałam najszybciej swoją krew, ale to nie ma znaczenia. Ze względu na stan p. Władzi, całą noc świeci się lampka, maszyna chodzi, pielęgniarki przychodzą często, bo oprócz krwi p. Władzia dostaje różne kroplówki. Ma założony cewnik, przed którym się wzbraniała, twierdząc, że da radę do toalety- ot, cała p. Władzia, bo poznałam ją wcześniej, i choć starsza ode mnie, ale zawsze energiczna, wesoła, lubiąca rozmawiać, sypiąca kawałami i nigdy się na nic nieskarżąca. Jak Ją teraz taką zobaczyłam, to byłam w szoku…I ogromny smutek ogarnął mnie całą. Noc nieprzespana, ale to nie Hilton, więc się nie skarżę, tylko stwierdzam fakt. Przez cały piątek pilnujemy, żeby p. Władzia, choć odrobinę wypiła i zjadła- zalecenia lekarza. Jest trochę lepiej, bo ma siłę powiedzieć kilka słów i uśmiechnąć się. Pozostałe wampirzyce biorą tabletkę na sen, ja odmawiam, mimo iż p. Doktor na wizycie mi proponuje. Wolę być czujna. I dobrze, bo obudził mnie cichy jęk dochodzący z łóżka p. Władzi. Zwlekam się z łóżka i podchodzę, pytając się czy boli. Kiwa głową, Jej twarz wykrzywiona jest grymasem bólu. Mówię, że idę po pielęgniarkę. Od razu przyszły dwie a za nimi p. Doktor. Opanowały sytuację. Mówię do p. Władzi, że jak tylko zacznie Jej coś dolegać, to niech od razu mówi albo dzwoni dzwonkiem. Ale i tak śpię, jak zając pod miedzą. Znam ten typ: nic nie powie, będzie cierpieć w milczeniu, żeby nikomu nie przeszkadzać.

Patrzę na p. Władzię i widzę moją Babcię. Nigdy się na nic nie skarżyła. Nawet w chorobie. Ostatni raz widziałam Ją późnym wieczorem, w szpitalu. Rozmawiała z nami zupełnie przytomnie. Nad ranem zmarła. Pamiętam Jej sine ręce po wkłuciach, również z morfiny, ale nie pamiętam grymasu cierpienia. I czepiłam się tej myśli, że pewnie bolało, ale nie tak, aby z tego bólu wyć. Ta myśl dodawała mi zawsze otuchy…

Jedna z wampirzyc mówi, że jestem szczęściarą, bo wznowa przyszła po 6 latach, a nie po pół roku, roku czy dwóch. Też tak myślę. Wszystkie trzy mają wznowę, z którą walczą. Obok mnie starsza ode mnie Pani, która w sobotę rano jak nam przynieśli wypisy, prosi, żeby sprawdzić, jaką ma hemoglobinę. W normie- mówię z uśmiechem. Sprawdzam u się i… czuję rozgoryczenie. Pani, zanim przetoczono jej krew miała hgb-4,8 a po toczeniu 7,9  (norma 7,7-10), a ja miałam 5,7 a po toczeniu mam…6,7. Płytki poniżej  normy (jeszcze mi spadły po toczeniu), ale na granicy podania chemii, więc decyzja, że piguły dostanę. Jest mi smutno, ogarnia mnie rozczarowanie. Oskarowa tłumaczy, to co sama wiem, że to skutki tego, co we mnie wpompowano przez te wszystkie lata walki ze skorupiakiem- szpik się buntuje. Ale mimo wszystko, ta różnica między mną a starszą Panią, mnie dobija. Jedyne pocieszenie, że od 11 miesięcy w końcu mam kreatyninę w normie :).

Przyjechał po mnie OM, który jako kuracjusz pełnopłatny może opuszczać sanatorium, kiedy chce.  Pojechaliśmy na obiad do Izumi zamawiając też duży zestaw sushi na wynos. W domu czekała już na mnie LP,  za jakiś czas przyszła Tuśka z Pańciem (R. był na parapetówce u kolegi, który właśnie się rozstał z Tuśkową najlepszą koleżanką z dzieciństwa )  tata… i czarne chmury znikły… Jest lepiej, bo jestem w domu. Wyspałam się. Mamy słoneczną niedzielę, zaraz przyjdą do nas Przyjaciele. No i mimo wszystko mam więcej energii, pytanie tylko na jak długo mi ona starczy…ech. Dziś już nie będę o tym rozmyślać. O!

Wiem, smętnie wyszło, ale jeszcze bardziej smętnie było.

 

Grobowe przemyślenia…

Kap, kap, kap…woreczek z krwią. Jestem  w miejscu, z którego nie wszyscy wychodzą o własnych nogach…Przed chwilą na naszą salę przywieziono pacjentkę w ciężkim stanie.

No to nie dziwujcie się, że grobowy temat…

 

Teoretycznie powinno być mi obojętnie. Powinnam też wiedzieć, czego chcę i czego nie chcę. Ale praktycznie trochę się miotam, biję z myślami i dyskutuję z tymi, z którymi mogę. OM się nie nadaje, bo ucina w zarodku. Czasem jak sprowadzę już temat do absurdu, to coś w żartach odpowie.

Nie wiem czy uda mi się słowami nakreślić, o co mi chodzi, może zagmatwam to jeszcze bardziej, komuś się narażę, kogoś być może urażę, ktoś zweryfikuje o mnie zdanie- ale  wiele razy tu dałam wyraz, że moja wiara jest specyficzna, a właściwie religijność, której w praktyce, jakby to powiedzieć, niewiele jest. Nie mam takiej potrzeby, choć czasem „pogadam” sobie z Panem Bogiem przed snem albo w lesie. I właśnie przyszło mi do głowy, że „zdrowaśki” , „ojcze nasz” to częściej odmawiam podczas…badania TK czy PET-u  niż w jakimkolwiek „domu bożym”. Nie, żeby jak „trwoga to do Boga”, ale jest mi tam tak zimno, niewygodnie (lewa ręka „mdleje”), że tylko mogę się skupić na tych dwóch modlitwach. No i nie ukrywam, że w ciągu ostatnich trzech lat, częściej leżę w tych maszynach, niż klęczę w cerkwi.

No dobra, ale do brzegu…

Osobiście chcę być skremowana, niestety mojej chęci nie podziela OM. Z dzieciakami jeszcze na ten temat nie rozmawiałam, a rodziców zdanie od lat niezmienne- tradycyjny pochówek. Czasem się złoszczę na OM i śmieję do LP, że jak nie dopilnuje mojego spalenia, to pośmiertnie  wypiszę ją z grona moich przyjaciół! A z drugiej strony łapię się na myśli, że dlaczego mam utrudniać bliskim, niech robią, co chcą. Po czym kolejna myśl: nie chcę mieć grobu! Niestety, w Polsce minister zdrowia zabronił rozsypywania prochów, czym mi kolejny raz podpadł na maksa. Wypłynęliby na środek jeziora ( u nas jezior pod dostatkiem, przy jednym  z nich, starsze dziecka mają działkę ;)) i wysypali, i byłby spokój. Nie wątpię, że w pamięci moich bliskich będę niezależnie od tego, co się  z moim ciałem stanie po śmierci. Jest jeszcze jedna opcja, o której przeczytałam, że mogę po śmierci stać się… dźwiękiem. Aż się uśmiechnęłam do takiej możliwości :). Taa…może kiedyś w przyszłości…do której jeszcze trzeba dożyć. Albo  wcześniej wyprowadzić się z tego kraju.

Grobu nie chcę mieć z kilku powodów, a jednym z nich jest miejsce a właściwie moje niezdecydowanie co do niego. Na szczęście nie wchodzi w rachubę pochówek na naszym wiejskim cmentarzu. Ja tam po prostu nie pasuję! I niech sobie ktoś myśli co chce, ale jeśli za życia przez prawie 30 lat nie zżyłam się z tą społecznością, to po śmierci tym bardziej nie ma szans na integrację ;).  Żadne odwiedziny, wspólne śpiewy i picie wódki. Zresztą zawsze chciałam wrócić do DM. Ale! Nie w trumnie ;p Bo na pięknym cmentarzu mojego miasta nikogo z rodziny nie ma.  A nie, od niedawna jest tam pochowany  brat taty, wbrew swojej woli, bo życzył sobie być pochowanym  w niewielkim miasteczku oddalonym od DM ok. 70km, na cmentarzu obok swoich rodziców, braci, babci, tam gdzie cała rodzina od strony taty zjeżdża się, aby pomodlić się przy ich grobach. Córka zdecydowała inaczej…Widocznie uznała…zresztą nie będę spekulować.

Chyba nie dopłynę do tego brzegu…No i cmentarz w DM nie kusi mnie, więc pozostaje ten w Miasteczku, gdzie są groby rodziny OM. I pewnie tak się stanie, a  mnie małomiasteczkowość bardziej irytuje niż wieś;p.  Wiem, głupoty piszę, bo powinno być mi obojętnie. To nie będzie mój problem. No właśnie, nie mój, tylko bliskich. Obserwuję dziecka i OM, i nie widzę w nich potrzeby zapalenia tego symbolicznego znicza. Owszem, raz w roku, przeważnie przed albo po „Wszystkich Świętych” idą na cmentarz. Rozumiem ludzi, którzy potrzebują mieć grób, miejsce spotkań z tymi, którzy odeszli. Kiedyś (może jeszcze nawet dziś)  uważałam, że groby, święto jest przede wszystkim dla  żywych. W tym refleksyjnym czasie wszyscy się jednoczą, a przy grobach, na cmentarzach odbywa się wiele rodzinnych spotkań, również towarzyskich. Wybrzmiewają wspomnienia, to bardzo uduchowiony czas.

Nie chcę mieć pomnika, którego trzeba czyścić z liści, dbać i takie tam. Wystarczyłby jakiś głaz, niedoskonały jak ja.

Do Mam powiedziałam, że nie powinna już się wybierać w podróż w czasie Wszystkich Świętych na groby i powiedziała mi, że to ostatni raz. Będzie jeździć wiosną i latem, z którymś z wnuków. Teraz też najpierw Misiek miał jechać, a potem  Tuśka się zaoferowała, że zawiezie, ale już mieli inaczej  ustalone, bo…tata po aferze w rodzinie nie chciał spotkać się z siostrą przy grobach w tym dniu,  a że dawno nie był na grobach swoich teściów i szwagra, to zadecydował, że jadą z mamą sami. Trasa nieuciążliwa, bo do samego miasteczka prowadzi najpierw S3, a potem autostrada, tylko miejsce noclegu w pensjonacie oddalone ok. 11km, i trzeba dotrzeć drogą lokalną. Ale ile to Mam stresu kosztowało, to tylko ja wiem i moje dziecka, oraz  PT, bo ona na samą wieść, że jadą sami, od razu powiedziała, że nie będzie nawet o tym myśleć, bo się zestresuje. W tym świątecznym dniu jest komu zapalić znicz i położyć kwiaty (mama i tak zamawia świeże bukiety i wiązanki ku utrapieniu co niektórych u lokalnej kwiaciarki czy jedzie, czy nie) na grobach. Zresztą młodszy brat mamy, który też ma na tym cmentarzu teściów, powiedział, że on będzie jeździł na 1 listopada, dopóki będzie mógł.  Wciąż mieszka tam bratowa Mam i moi trzej kuzyni ze swoimi licznymi dziećmi.

O groby moich dziadków z jednej i drugiej strony nie muszę się martwić. Mam liczną rodzinę w postaci dzieci licznego kuzynostwa.  Gorzej będą miały moje dziecka. Z mojej strony nie mają nikogo, a z OM tylko dwie kuzynki, która jedna jest za granicą. Kiedyś przecież poboczna rodzina się wykruszy, bo na każdego przyjdzie czas.

Szanuję i rozumiem  potrzebę odwiedzania grobów w tym konkretnym dniu. Dostrzegam też, jak mocno się to święto skomercjalizowało, ale nie generalizuję, bo większość idzie tam z potrzeby serca- tak chcę o tym myśleć- a nie z obowiązku. Inni wybierają dni przed lub po, ale też w tym nostalgicznym czasie odwiedzają cmentarze, przechadzając się ścieżkami cmentarnymi, zatrzymują się przy grobach bliskich i tych, których znali, kochali, lubili, szanowali…Z  upływem lat, coraz więcej takich przystanków. Dobrze jak na jednym cmentarzu, w jednej miejscowości. Gorzej, jak groby rozsiane po całym kraju…I tak bym chciała swoim bliskim, tym najbliższym, tego oszczędzić, pewnie to z mojej strony trochę egoistyczne, ale jak nie mogę żyć wiecznie, to mogłyby moje prochy spoczywać gdzieś na dnie akwenu wodnego albo…w płycie winylowej..

Brat Teściowej jadąc na groby w ŚM spowodował wypadek. Na szczęście im nic się nie stało, ale pasażerka drugiego auta nie miała tyle szczęścia. Wprawdzie życiu nic nie zagraża, ale roztrzaskane biodro nie brzmi dobrze. OM pojechał po wujostwo (samochód z holowała Policja, zabrał ich prosto na cmentarz w Miasteczku, a potem przywiózł do swojej mamy, gdzie dojechała Rodzinna, a Ciocia czekała z rodzinnym obiadem.  Nie wygrzebałam się z pościeli, OM jak zobaczył termometr, powiedział, że obiad mi przyniesie, co uczynił.

Strach o żyjących bliskich, czy szczęśliwie dotrą i wrócą jest  nierozerwalną częścią tego święta. Chyba w tym okresie jest największe natężenie ruchu, i ta często niesprzyjająca pogoda…Moi rodzice szczęśliwie wrócili do DM.

No i nie wiem, czy się wyraziłam jasno, czy nie. Ale krew mi się tu miesza, ciut mi niedobrze, i ogólnie do doopy, bo wprawdzie OM mnie przywiózł, ale prosto z DM pognał do sanatorium- cwaniaczek- więc wrócę o ile  wrócę– pełna energii… do pustego domu ;ppp

Kończę te grobowe wynurzenia, bo mi ciśnienie spada…

 

Straszyć nie będę ;)

Od zeszłego czwartku uprawiam turystykę jeżdżąc DM-dom- DM-dom…I końca nie widać, bo w ten czwartek znowu jadę do DM- a mówiłam, że na starość powinnam z powrotem wrócić do miasta, to bym nie musiała wte i wewte! Tylko najpierw muszę do wyglądać bo wkoło słyszę, że młoda jestem, a bliska koleżanka odmłodziła mnie o dobre kilkanaście lat, jak zaczęłyśmy gadać o naturalnym kolagenie, o którym ja pojęcia nie miałam, że takowy jest na rynku i laski go piją, żeby być tam i ówdzie gładsze niż są. Ale dla równowagi, PT stwierdziła, że już na tyle stare jesteśmy, że mogą nas dziecka wozić, na co ja się oburzyłam, że w normalnej rzeczywistości to nikt wozić by mnie nie musiał, a nawet i w tej, gdyby nie ciężka walizeczka ;p Bo tak po prawdzie, to w mojej niemocy nie o samą jazdę idzie, ale o wszystko inne z wyjazdem związane. I na dodatek dotarło do mnie, że w normalnej rzeczywistości, to byłabym 400km stąd w rodzinnym mieście Mam na grobach dziadków i wujka. Zawiozłabym  rodziców, którzy pojechali sami, a mama nie musiałaby stresować się jazdą z ojcem za kierownicą. Przy okazji spotkałabym się z rodziną i nie tylko z rodziną, bo mam tam znajomych, w różnym wieku, których znam od dzieciństwa.

We wtorek rano stanęłam przed lustrem i stwierdziłam, że jak dziś jest Halloween, to ja straszyć nie będę i się umaluję ;p Tylko czym? W mojej kosmetyczce nie znalazłam niczego, coby służyło do malowania. Nawet złamanej kredki. NIC. Poszłam więc do mieszkania obok, licząc, że Mam jeszcze swoich kosmetyków nie zakopała w czeluści pięćdziesiątej piątej torby spakowanej na wyjazd. W korytarzu nie było gdzie nogi postawić, bo torby czekały na wyjście, ale jakoś udało mi się dotrzeć do kuchni, gdzie Mam coś jeszcze szykowała i pytam się, czy może, tak zupełnie przypadkiem ma kosmetyki na wierzchu. Mam się na mnie popatrzyła i jęknęła z wdzięczności, bo się okazało, że kosmetyczka, zamiast wylądować w któreś z toreb, z powrotem powędrowała do szafki. Co ja bym zrobiła– wzdychała z ulgą- zapłakałabym się. Pomyślałam sobie, że pewnie przy okazji oberwałoby się tacie, że to przez niego, bo się stresuje jazdą. Nie mogłaby zgonić na to, że ją poganiał, bo sama widziałam, jak spokojnie siedział w fotelu i czekał, aż Mam da sygnał do wyjścia. Moje malowanie trwało dwie minuty: fluid, puder, kredka do oczu 🙂 Pomyślałam o różu, ale stwierdziłam, że za zdrowo będę wyglądać ;ppp

Akurat przyszedł Misiek, więc pomógł dziadkom znieść- zwieźć te wszystkie torby- do teraz się zastanawiam, jak udało im się to za jednym razem- ( przy okazji uchroniłam Mam przed pojechaniem w domowych klapkach- pewnie tragedii by nie było, bo jak znam życie i własną rodzicielkę, to w tych torbach znajdowały się co najmniej trzy pary butów)-  i zabrał mnie do szpitala. Tam szybko-  bez przyjmowania mnie- na izbie pobrano krew na morfologie. Cudów nie było. A może cudem jest, że po odstawieniu piguł, żarciu żelaza, morfologia gorsza niż poprzednio…Pani Doktor, że toczymy, a ja czy mogę przyjechać w czwartek. Od razu się zgodziła, ale upewniła się, czy czuję się na siłach i dam sobie radę do czwartku, i uprzedziła, że mogę w szpitalu zostać do soboty. Szybko czmychnęłam  stamtąd.  Tak po prawdzie, to mogłabym zostać, bo walizka spakowana czekała w mieszkaniu, Misiek  by mi przywiózł, ale nie chciałam. Tuśka miała po mnie przyjechać, a w planach miałyśmy zajechać na niewielki shopping do Outletu. Miałam upatrzoną kurtkę (z internetu), a nawet dwie, w tym samym sklepie, ale  nie wiedziałam jaki rozmiar i chciałam przymierzyć. I całe szczęście, bo zamówiłabym eMkę a kupiłam eSkę :). Kupiłam też milutki cieplutki sweterek, lakier do paznokci i futerał na okulary:) Zjadłyśmy obiad- krewetki w dwóch różnych odsłonach- i wyruszyłyśmy do domu. Zmęczona, ale usatysfakcjonowana, bo fajnie tak wyjść z córcią na zakupy, nawet w tak ograniczonym wydaniu- dawno tego nie robiłyśmy. I fajnie się poczuć jak normalny ludź, a nie zombi, które tylko  szpital- dom-szpital-dom.

P.S. mogłabym być zła, że tej krwi mi nie przetoczono od razu. Ale nie jestem. Pewnie co niektórzy już by przysłowiowe „psy wieszali” na doktorach, ale spoko! nie ma powodu ;). Ja wiem jedno, im rzadziej krew będę miała toczoną, tym bezpieczniej dla mnie. Dlatego, jeśli można inaczej podnieść czerwone krwinki, to należy próbować. I pewnie, gdyby nie spadek ich i coraz dłuższy czas bez piguł, który działa na korzyść skorupiaka, to i pewnie tym razem nie byłoby decyzji o „świeżej krwi” dla mnie. A może to Halloween  miało wpływ na decyzję Doktorowej. Kto tam wie, czym się kierują  ci w kitlach, no bo przecież nie wiedzą medyczną 😉

Jutro, czyli dziś mam zamiar nie wyłazić z łóżka. Błąka się w mojej głowie grobowy temat, ale ledwo skleciłam relację dzisiejszego, a raczej wczorajszego dnia, bo dziś mam zamiar się lenić. Jak nie zapomnę to napiszę- buk wie ile  tematów się ulotniło z mej dziurawej pamięci. Ale o bliskich, którzy odeszli pamiętam i często wspominam. Są w moim sercu,  i nie zmieni tego moja nieobecność na grobach w dniu… dzisiejszym.