Ucieczki…

Chciałam uciec w sen, jednak późne zaśniecie a potem nocne obudzenie wcale nie ułatwiło mi spania w dzień. Spałam tylko do południa, oczywiście z przerwą na dwie pobudki przy dźwięku budzika z komórki.

Chciałabym opuścić siebie. Bez bagażu. Wsiąść do jakiegoś pendolino i podziwiając mijające krajobrazy, udać się w nieznane. Wysiąść na stacji: Spokój. Zgubić własny cień w wąskich uliczkach przeznaczenia. Przykucnąć z pysznym espresso na placu pełnym ludzi, bezmyślnie obserwując. Zmienność. Być obserwatorem nie uczestnikiem. Życia. Bez konsekwencji. Strachu i lęków.

A tu nawet bez bagażu nie da się nawet na jeden dzień do szpitala, bo muszę być przygotowana. Pakuję walizkę bez planów, bo mam zamiar wrócić w tym samym dniu. Niech jeździ z OM w aucie, tak na wszelki wypadek. Z drugiej strony, chyba ucieszyłaby mnie porcja dobrej krwi. W każdym razie na pewno nie zmartwiłoby mnie to, że muszę zostać. W sobotę mam sabat Czarownic i nie dotrę na niego bez realnych mocy. W pierwszej wersji miałam jechać dziś i zostać w DM do niedzieli, nie mam jednak siły na samodzielne kursowanie…

Walczę, żeby mnie nie wchłonęła  bezdenna otchłań, która swą paszczę coraz szerzej  otwiera, zapraszając, kusząc swą nieograniczoną obojętnością.   Byłaby to  ucieczka, tyle że być może już bez powrotu…

Jeszcze dwa tygodnie ( teoretycznie, bo w praktyce bywa różnie) niepewności, czekania na wynik. Najważniejsze, że już po zabiegu usunięcia podejrzanej zmiany. Za wszystkie moce serdecznie dziękuję!!! Jeszcze nie czuję ulgi, ale trochę jest już lżej…

Reklamy