Ach te geny…

Nie wiem, na jakiej zasadzie je się dziedziczy, ale mam wrażenie, że to się odbywa jak w losującej maszynie- albo jesteś szczęściarą, albo i nie. Ja należę do tych drugich- no bo zamiast odziedziczyć urodę po mamusi, odziedziczyłam  po tatusiu, również mam jego charakterek, z czym walczę odnosząc nawet sukcesy ;); nie wspomnę, że po mamusi mam pieprzony gen, który przekazałam dalej. No nic tylko wyć do księżyca za taką dziejową niesprawiedliwość ;).

Na szczęście po tatusiu nie odziedziczyłam czarnowidztwa. Chyba. A może siedzi ono we mnie, ale się nie wychyla, bo tatuś odwala całą tę czarną robotę w sposób mistrzowski za nas dwoje ;).  Nie wiem, od kiedy je uprawia- wcześniej jakoś tego nie dostrzegałam- ale teraz mój ojciec nie spocznie, dopóki nie znajdzie czegoś, czym zaraz się zamartwi prawie na śmierć, bo nie widzi żadnej innej drogi jak…unicestwienie.

W tamtym tygodniu wpada do mnie i już w progu ogłasza- nie pierwszy raz- likwidację naszej skrzydlatej hodowli, zwanej potocznie drobiem.  Nic z tego nie będzie! -krzyknął!- Wszystko na zmarnowanie!  Zakomunikował, że  Tuśce już zlecił pisanie ogłoszenia sprzedaży, a resztę się wybije, więc jak ja chcę to mam sobie na weekend zorganizować ludzi do skubania i patroszenia, takie tam. Bo on nie ma siły już przy tym chodzić, a te „jełopy” się do niczego nie nadają. Jełopy- to kolejni wynajęci za pieniądze pomagierzy- panowie o osobliwej aparycji i zapachu- których za zadanie było utrzymanie czystości poideł i nakoszenie trawy w ciągu tygodnia. Pech chciał, że tatuś trafił, jak kaczki wychlapały całą wodę, więc w poidle miały błoto. Za wcześnie przyjechał, i pomagier nie zdążył jeszcze oporządzić, więc tatuś zakończył z nim współpracę. Podejrzewam, że niekoniecznie w kulturalny sposób. Sama jednego żeś pogoniła- przypomniał mi kąśliwie. Jaaa???!!! Ja mu tylko zwróciłam uwagę, że ma płacone za konkretną robotę, a nie za siedzenie na bazie i picie piwa. Na co mi odpowiedział, że nikt mu nie będzie mówił, co ma robić, i sobie poszedł obrażony. Fakt- ojciec spuścił smętnie głowę- dobrze zrobiłaś. Ale sama widzisz, że nic z tego nie będzie. Milczałam, bo w końcu to nie pierwsza taka nasza rozmowa. Tym razem jednak tatuś pojechał jeszcze dalej, bo stwierdził, że jak skrzydlatych nie będzie, to on tu nie będzie miał po co przyjeżdżać- córka, wnuczka i prawnuk, to tylko dodatki, zapomniał o pszczołach, ale te cholery już właściwie gotowe na zimę nie wymagają doglądania, więc żadna z nich karta przetargowa natenczas. Na dodatek nasze skrzydlate mają prawdziwego wroga, a nawet dwóch. Jeden pierzasty a drugi na dwóch nogach. Ten pierwszy to jastrząb, który co chwilę posila się a to kurą, a to kaczką umniejszając nasze stadko. A drugi to sąsiad…i jego drzewa na naszej działce. Na jastrzębia jest sposób, mimo iż pod ochroną, bo można byłoby kupić specjalną siatkę, ale ze względu na dość spory teren to wydatek niemały, acz do przełknięcia, gdyby nie sąsiad i jego pała! Żeby rozwieszenie siatki miało jakiś sens, to trzeba byłoby ściąć drzewa przy naszym ogrodzeniu albo przynajmniej gałęzie wchodzące na nasz teren, bo każda wichura powoduje, że spadają do nas, nie wspomnę o liściach. Tata już raz założył kawałek siatki i jak teraz chciał zrobić porządek ( pod ciężarem liści i gałęzi siatka się rwie), to sąsiad wyskoczył z pałą do niego. Sąsiad jest psychiczny, bo tak naprawdę po każdej wichurze powinien uprzątnąć to, co zleciało od niego do nas, a kuriozum całej sytuacji jest takie, że te jego drzewa przy ogrodzeniu rosną na naszej ziemi, bo nie uszanował granicy i wlazł dwa metry. A psychiczny, bo chciał pobić starszego od siebie o co najmniej te 20 lat, niemłodego już pana.

Jakoś to wszystko spokojnie przyjęłam, kompletnie nie rozumiejąc idei popełnienia zbiorowego morderstwa na skrzydlatych, przy okazji urobienia się po kokardkę,  jeśli można na spokojnie zmniejszać stan liczebny aż do ewentualnego całkowitego zlikwidowania. No ale u tatusia albo rybki, albo akwarium, czy jakoś tak.

Do takich akcji jesteśmy przyzwyczajeni, ale ostatnio, prawie co weekend ( chyba będę wyjeżdżać coby mnie nie widział) wydzwania do Mam i nadaje, jak to ze mną jest źle.  Strasząc tym mamę, zupełnie niepotrzebnie, ale on przecież musi się czymś martwić na zapas. Czym mnie irytuje na maksa.  Wiem, że trudno mu patrzeć, że nie jestem już osobą energiczną jak kiedyś, no ale bez przesady! Żyję! Fakt, gdybym tak znowu wzięła pod kontrolę skrzydlate i przypilnowała tych jełopów…to pewnie takich telefonów by nie było. Nic z tego. Jełopy nie są na moje nerwy, bo oni chętni do  pracy tylko wtedy, gdy muszą zarobić na flaszeczkę. Żadne terminy, pory dnia ich nie zobowiązują, a praca przy żywych stworzeniach wymaga solidności i odpowiedzialności.  Innych rąk do pracy brak.

A ja od zdrowego drobiu, cenie sobie bardziej spokój. Taki czas…

***

Wieści z frontu są takie, że…czekamy do środy. Najpierw obejrzała p. Doktor, potem p. Ordynator, który stwierdził, że zabieg jednak nie w sali zabiegowej a w szpitalu na sali operacyjnej, dlatego termin środowy. Normalne takie zmiany usuwa się w zabiegówce, ale tu nic normalne nie jest. Nic tylko uzbroić się w cierpliwość.

Wiem, że będziecie czekać ze mną, a potem jeszcze na wynik, i bardzo Wam dziękuję:*** To wirtualne wsparcie ma ogromną moc. Człowiek nie jest samotną wyspą, ma rodzinę, przyjaciół, znajomych, którzy nigdy nie zawiedli, a do tego ma życzliwą blogową społeczność- ogromną wartość dodaną :). DZIĘKUJĘ ŻE JESTEŚCIE!

No i mam też cudną wiadomość, ale o tym pewnie już wiecie, że udało się zebrać całą sumę na ratowanie życia Filipka. Teraz tylko mocno zaciskać kciuki, aby wszystko poszło zgodnie z planem i leczenie przyniosło oczekiwane skutki!  Dziękuję wszystkim!

Jest też i smutniejsza wiadomość. To, co miało być ratunkiem, nie zostało przeprowadzone ze względu na zastały stan…

 

Reklamy