Kiedy nie masz dostępu…

Gdzieś w okolicy został przerwany  światłowód i cały wczorajszy dzień nie było internetów. Ani stacjonarnego, ani komórkowego, choć ten drugi pojawił się na jakieś pięć sekund. Kiedyś pewnie by mnie ta sytuacja zirytowała, bo choć spokojnie mogę obejść się bez zaglądania na strony, ale wolę, gdy jest to moja decyzja, a nie uniemożliwienie mi przez złośliwość rzeczy martwych. Bo człowiek szybko się przyzwyczaja, że ma dostęp w każdej chwili, i jak mu go zabiorą, to czuje się…co najmniej dziwnie ;). Akurat ja poczułam się normalnie i przyjęłam ten fakt obojętnie. Dawniej net był mi potrzebny codziennie do pracy, a wczoraj to Tuśka była zła, że nie może zrobić tego, co miała zaplanowane. I tak dobrze, że nie było potrzeby puszczenia żadnych pilnych przelewów.  Dopiero wieczorem uzmysłowiłam sobie, że to trzynasty dzień miesiąca, więc zawsze mogło być gorzej, w myśl zasady, że pech rodzi kolejnego pecha ;).  Na ten przykład mogli zabrać mi prąd, a wtedy nie mogłabym czytać, bo przy świetle dziennym, kiedy za oknem pochmurnie, to ja słabo widzę literki drukowane, mimo okularów na nosie.  A tak szczęśliwie mogłam sobie poczytać, w przerwach, zamiast buszować po necie, ogarnąć trochę dom, nie za dużo, coby się nie przemęczyć. Coś mnie dusi ostatnio, czasem się odrywa i mogę nawet odkaszlnąć. Bardziej wygląda to na alergiczny kaszel niż przeziębieniowy. Na razie staram się go ignorować, ale bywa upierdliwy, nie powiem…

OM po raz trzeci pojawił się w domu, tym razem w środku tygodnia. Jakoś mu te ucieczki uchodzą płazem, na szczęście. Wczoraj zjawił się mniej niespodziewanie, bo już we wtorek uprzedził, że tak sobie zajęcia ułożył, żeby się w środę wyrwać. To, że w tę i z powrotem ma trzysta kilometrów do pokonania, nie jest dla niego żadną przeszkodą. No to zjawił się i to z jedzeniem na wynos :). A  w sobotę przyjedzie na pierwszą  legalną przepustkę.  Dobrze, że pobyt już się kończy- zostało ciut więcej niż tydzień- bo wczoraj widziałam, że kompletnie nie ma chęci na powrót do sanatorium. Z ręką jest dużo lepiej, ale do całkowitego wyprostu jeszcze sporo brakuje, i tak naprawdę nie wiemy, co lekarz zadecyduje dalej.

Za oknem szaro i ponuro,  a ja muszę się zebrać w sobie i wyleźć spod pomarańczowego koca, pod którym jest mi tak milutko i cieplutko, wsiąść do Julka i wyruszyć do ŚM.

***

I taka refleksja w temacie długich staży małżeńskich, które w dzisiejszych czasach są różnie postrzegane. Najczęściej z niedowierzaniem, podejrzliwością, czasem z podziwem i zazdrością. Często postronnym wydaje się, że to już tylko kwestia przyzwyczajenia, albo co gorsza, obawa przed ułożeniem sobie życia na nowo, która potrafi przywiązać silniej niż miłość, namiętność, szacunek, wspólne wspomnienia, które z upływem czasu zbladły, albo ulotniły się jak kamfora. Oczywiście, że tak bywa, że to strach paraliżuje wtedy, gdy  ktoś chciałby się rozstać, bo życie we dwoje, ale obok już mu nie odpowiada, a nie robi tego, choćby z powodów materialnych czy z obawy jak zareaguje najbliższe otoczenie. (Nie mam na myśli tych związków, w których dochodzi do przemocy fizycznej, psychicznej).

To co my byśmy nie zaakceptowali, a przynajmniej nam się tak wydaje ( co może wiedzieć o małżeństwie osoba po pięćdziesiątce, która tak naprawdę nigdy nie była w żadnym związku, a udziela rad typu: ja bym pogoniła; w życiu bym nie była z kimś takim), bo według nas nie jest idealnie, tyle że to idealnie dla każdego może inaczej wyglądać. Jak to moja PT mówi, która prowadzi również terapie par, że w dzisiejszych czasach, szczególnie młodzi ludzie szybko  rezygnują z siebie, zamiast powalczyć o swój związek. Bo wcale nie ma gwarancji, że kiedy się rozstaniemy, podzielimy dzieci i majątek, to znajdziemy szczęście w ramionach innych osób. Umiejętność pokonywania kryzysów, które się zdarzają, jest świadectwem dojrzałości i odpowiedzialności.

 

 

Reklamy

Niespodzianki (nie)miłe :)

Tak często narzekamy na pogodę, bo to albo za zimno, albo za gorąco, za deszczowo, a nawet czasem za sucho ( lato za krótkie, zima za długa) i w ogóle nie tak jak oczekujemy,  nie doceniając tego, co mamy. W miarę spokojną i bezpieczną aurę w porównaniu z innymi zakątkami świata.

Nad morze dotarłyśmy bocznymi drogami, bo około 30km od celu trasa się zakorkowała z powodu akcji wyciągania tira z rowu. To był impuls, a właściwie moje stanowcze „jedź” jak zauważyłam, że dwa osobowe auta wyprzedzają sznur ciężarówek, więc my za nimi, żeby zjechać z drogi tuż przed policyjnym radiowozem, który blokował przejazd. Intuicyjnie pomyślałam, że lokalsi znają pewnie jakiś objazd. Niestety, po minucie jazdy, oba auta skręciły na teren szkoły w wiosce, przez którą akurat przejeżdżaliśmy, więc dalej zdane byłyśmy na siebie. Akurat zadzwoniła Tuśka z zapytaniem, gdzie jesteśmy, więc zgodnie z prawdą powiedziałam, że nie bardzo wiemy gdzie, ale jedziemy do przodu. Dziecko nakazało włączyć nawigację, bojąc się, że pobłądzimy. No to włączyłam w ajfonie, bo LP w aucie nie miała, to znaczy miała normalną, papierową  mapę, bo innej nie uznaje. Jadźka męskim głosem poprowadziła nas przez pierwsze 8km zgodnie z moim intuicyjnym nosem, po czym kazała skręcić w prawo, na co ja kategorycznie się sprzeciwiłam, widząc na drogowskazie nazwę miejscowości, za którą to właśnie był wypadek, więc wrócilibyśmy do punktu wyjścia. Kazałam LP skręcić w lewo i jak tylko ujrzałam kobietę wychodzącą z domu, stanęłyśmy i zapytałyśmy się o drogę. Pani w pierwszej chwili kazała się wrócić i jechać tak jak nam kazała Jadźka, ale gdy poinformowałyśmy ją o blokadzie, to stwierdziła, że jak pojedziemy dalej prosto, to też dojedziemy, tylko że droga kiepska. No i była, wręcz błotnista ;P Ale nawet Jadźka zaakceptowała nasz wybór, więc kiedy wbiłyśmy się na główną, to korek był daleko za nami :). Dumne z siebie pognałyśmy do celu…a tam, dojeżdżając do szlabanu przed parkingiem, słyszę krzyk Pańcia: babciaaa emel dida. Nie podnosząc głowy ( akurat grzebałam w telefonie) automatycznie odpowiedziałam:  taki sam jak dida. Po czym słyszę jeszcze raz jak powtarza to samo, i LP, która mówi, że on  nam każe zjechać na bok. Podnoszę głowę i co widzę?  A raczej kogo 🙂 OM ostatnio lubi robić niespodzianki 😀

Niespodzianką, i to dużą, był nieprzygotowany apartament. Pierwszy raz w życiu coś takiego mi się przytrafiło, i to w pięciogwiazdkowym hotelu. Akurat nasze bagaże przywiózł wózkiem pan z obsługi, więc od razu zatelefonował na recepcje. Szczerze mówiąc, chyba był bardziej skonfundowany niż my. My i tak mieliśmy zamiar zaraz udać się nad morze i znaleźć miejscówkę ze smacznym jedzeniem, na co przydał się OM, bo  zawiózł nas do centrum, przy głównym molo, do którego miałyśmy około 3km. Ale zanim to zrobił, udał się osobiście na recepcje, więc po powrocie miałyśmy niespodziankę w ramach rekompensaty w postaci   lunchu i obiadokolacji przez cały nasz pobyt, bo zapewnione miałyśmy tylko śniadania,  o reszcie miałyśmy pomyśleć dopiero na miejscu. No i oczywiście wysprzątany apartament :)))

Było cudownie, mimo pogody w kratkę, bo raz nas deszcz z plaży wygonił, choć ani razu nie było jakiejś ulewy, ot tak sobie siąpił- góra dwie, trzy godziny i przestawał. Ale kiedy siąpił, to byliśmy na basenie albo w pokoju zabaw, gdzie chłopaki szaleli  w „małpim gaju”.  Na plaży, ubrani w kalosze, budowali zamki, mocząc się nawet, ale słońcu udawało się przedrzeć przez chmury, więc mimo tak zmiennej pogody zimno nie było. Ba, byli odważni, którzy się kąpali, a opalających się, czy też porozbieranych jak do rosołu również nie brakowało. Z premedytacją wybrałyśmy taką lokalizację hotelu, żeby na plaży był spokój i cisza, a do centrum i głównego mola zawsze mogłyśmy się przespacerować albo dojechać. To były intensywne dni, do pokoju wracaliśmy tylko się przebrać i do spania. Nawet wzięte dwie planszówki nie doczekały się użycia, choć jedna z nich już była rozłożona, ale zmieniliśmy plany :).  Wieczorem to już tylko łóżko i spanie. Net w pokoju mi nie hulał, co było również zbawienne, bo odpoczęłam  od internetów :). Nie, żebym tego potrzebowała, ale dobrze czasem zerwać się ze smyczy. Na zewnątrz zaś nie miałam  za bardzo czasu, żeby do nich zajrzeć.

W tym wszystkim jednak najważniejszy był wspólny czas. Mój z Pańciem. I nie żebym go do tej pory miała za mało. Nie. Ale w innych okolicznościach przyrody, to zupełnie wyjątkowy  czas. Bez pośpiechu, uśmiechnięty. Do powtórzenia 🙂

 

Jutro wystroję się w perły których nie posiadam, bo sztuczne to nie perły nawet jak ktoś myśli, że nimi są, następnie naleję sobie szampana szkoda otwierać całą butelkę dla dwóch łyków, bo wywietrzeje, lepiej otworzę piwo bezalkoholowe i godnie uczczę perłową rocznicę. Niektórzy uważają, że to ważne wydarzenie. Rocznica ślubu. Ja jakoś niekoniecznie, choć ilość lat przeżytych razem nawet mnie powala ;). Mnie monogamistkę. Nie, żebym nie dopuszczała myśli, iż nigdy nikt inny. Tyle że, dla mnie, jako tej  monogamistki z natury, najpierw musi się coś skończyć, żeby mogło się zacząć coś nowego. A tu na złość jak się zaczęło 33 lata temu a  zostało przypieczętowane 30, to trwa, i trwa i…chyba już tak będzie do samego końca.

Życie (nie tylko to wspólne ) składa się z chwil  ulotnych jak motyle, ale powracających do nas we wspomnieniach, z których utykamy swój sznur pereł czy innych korali. Indywidualny, niepowtarzalny. I dopóki dokładamy kolejny, i kolejny, nieprzerwanie, to możemy śmiało mówić o szczęściu. Bo ono również jest indywidualne.

 

 

 

Moda czy wygoda?

A może  zaniedbanie? O czym mowa? O siwiźnie. Bynajmniej nie na męskiej skroni.

Już jakiś czas temu zauważyłam, że wiele kobiet- coraz młodsze- przestało farbować swoje włosy, mimo iż tu i ówdzie, a czasem nawet sporo siwizny na głowie. Znane  i nieznane, z długimi włosami albo krótkimi, nie przejmują się  faktem, że siwy włos kuje innych w oczy. Nie wiem, czy to moda, czy wygoda, czy zdrowotne przesłanki, ale mnie to w ogóle  nie razi, nie przeszkadza, a często nawet podoba :). Bardziej nieestetycznie wygląda tzw. „ścieżka babuni”, czyli odrosty, nawet niekoniecznie siwe. Jednak często słyszę, że siwizna postarza. Pewnie tak, ale to kwestia przyzwyczajenia do jej widoku. Bo kolor może również być mało  twarzowy.

I tu nasuwa się oczywiste pytanie: Czy siwy to kolor, czy może nie?

Sama postanowiłam pozostać przy krótkich włosach bez farbowania. Do dwóch razy sztuka, bo po poprzednim odrośnięciu też takie postanowienie uczyniłam, po czym p. Tomek przekonał mnie do zmiany zdania. Tym razem mam zamiar wytrwać.

PT, która ostrzygła się na krótko w geście solidarności ze mną, od tamtej pory  nie farbuje włosów, choć  już je zapuściła i ma teraz dużo dłuższe. W sumie to niejedyna kobieta mi bliska i w podobnym wieku, która stwierdziła, że przestaje  się farbować. Bliscy  zaakceptowali nowy wizerunek, a pozostałymi, kto by tam się przejmował.  Uważam, że może to nie jest gest odwagi, ale na pewno te kobiety znają swoją wartość, są pewne siebie i swej kobiecości. Oczywiście, jeśli włos jest zadbany, innymi słowy czysty i dobrze ostrzyżony.

***

Kap, kap, kap…Nie to nie łzy, a krople stukające o parapet. W tej niepogodzie nawet zbyt dużo deszczu nie było, wbrew prognozom. Ot, przeleciał, zmoczył i tak już wszystko mokre, bo słońce nie zdążyło przebić się przez chmury, i poleciał gdzieś dalej, żeby znowu na chwilę powrócić. Ciurkiem nie lało żadnego dnia, a nawet czasem w ogóle. Porzucam jednak bezpieczne schronienie, jakie daje mi dom, i ruszam nad morze.

Na słońce się nie nastawiam, ale okulary przeciwsłoneczne wezmę, strój kąpielowy również, choć nie przewiduję kąpieli w Bałtyku. Parasol koniecznie, bo niezależnie od tego co niebo nam zaproponuje ( może zorzę polarną, która akurat w ten weekend ma być nad Polską widoczna),  miejscówka w odległości 25m od plaży, zobowiązuje, żeby na niej właśnie spędzić jak najwięcej czasu. Nie ma złej pogody, jeśli się tylko do niej człowiek odpowiednio  przygotuje. No to się przygotowaliśmy, oboje z Pańciem 🙂

 

 

 

Oczywiste oczywistości…?

Gdzieś przeczytałam, że  ludzie, którzy chodzą późno spać i potrafią rzucić przekleństwem o glebę- i coś tam jeszcze, czego nie pamiętam- są bardziej inteligentni albo inteligentni w ogóle, nieważne.  Niby  naukowo udowodnione, ale jak wiadomo, za kilka lat- albo mniej lub więcej- zapewne będzie odwrotnie, że to ci, co to z kurami idą do łóżka, a pewnych słów na „k” i „p” nie mają w swym słowniku, a słysząc je zatykają uszy. To tak jak ze szkodliwością kawy czy masła- raz szkodzą raz wręcz przeciwnie.

Święta nie jestem, więc czasem wyrwie mi się co nieco. Nawet częściej niż bym sama chciała. Nie robię z tego problemu, bo raczej nikomu ( przynajmniej staram się) w twarz swą mową siarczystą nie pluję. Ot tak, wrzasnąć sobie dla rozładowania. Pewnie wielu osobnikom się to zdarza.

Czasem trudno jest się powstrzymać, gdy słyszy się, czyta  oszczerstwa, zmanipulowaną treść, totalną głupotę, aby nie przekląć. No to sobie człowieku przeklnij pod nosem, a nawet głośno jak potrzebujesz.  Tylko nie komentuj czyjejś  treści używając wulgaryzmów w stosunku do autora czy innych komentatorów,  życząc im… nie potrafię nawet przytoczyć czego, bo autorzy tych „wypocin” w tej materii potrafią się wykazać inwencją twórczą, że słowa o śmierci, które również często padają, wydają się dość łagodne…

Gdzie się podział w tym kraju szacunek? Do życia. Człowieka. Do siebie samego, choćby. Wciąż mnie zaskakuje dwulicowość. Dwie twarze. Wiem, w emocjach można się zagalopować, to się zdarza. Potem można nawet swych słów żałować. Szczególnie w dyskusjach na żywo. Ale pisząc jakiś komentarz, warto może go najpierw przeczytać, nawet kilka razy, zanim wciśnie się enter.  Nawet jak się ma rację, a złość, oburzenie jest słuszne, to treść tak naprawdę świadczy o jego autorze/autorce, że jest…burakiem!

Mam wrażenie, że daliśmy sobie i innym przyzwolenie na ośmieszanie, rzucanie oszczerstw  w swych adwersarzy. I normalnością staje się  rzucanie w ich stronę stek przekleństw i życzenia- tak przy okazji- wszystkiego co najgorsze. Taka norma. Taka oczywistość. I nie robią to ludzie z przypadkowymi nickami, ale z imienia i nazwiska, często, jak to na fejsbukowych profilach, również firmując je własną facjatą. I tu mam taką dygresję, bo przecież uroda to rzecz gustu, a czasem dobrego lub kiepskiego zdjęcia. Mijającego czasu. Dlatego kiedy na opublikowany post/ wiadomość  na temat ze zdjęciem osoby dotyczącej, czytam komentarz typu: a co ta lampucera ( nie wiem czy autor w ogóle zna znaczenie tego słowa), maszkara, koczkodan…etc może wiedzieć…To sobie tak myślę: spójrz w lustro, potem się zastanów, czy miło by ci było, gdyby ktoś na twój temat tak się wyrażał publicznie. Albo twojej matki/żony/siostry/córki… W ogóle. Kultury można się nauczyć, wiedzę posiąść, ale urodę się dziedziczy po przodkach. I pozamiatane 😉 Żadna w tym nasza zasługa.

 

Las mnie kusi. Pogoda stopuje. I tak walczę z sobą, ale chyba jednak odpuszczę i poczekam na lepszą aurę. Może po powrocie. Bo grzyby są! Wprawdzie mam obiecane już suszone od LP, ale kilka mogłabym tak sama do domu przynieść, przy okazji spaceru :).

A aura taka, że…wyciągnęłam i założyłam skarpetki. Tak, wiem, że niektórzy nawet w nich śpią cały rok, ale dla mnie to znak, że lato się skończyło. Nawet się wahałam, czy aby nie poczekać jeszcze, ale rozsądek wygrał.

Jestem pełna podziwu ale również wdzięczna- bo przecież robią to również w moim imieniu- dla tych, co nie zważając na chłód, wiatr, deszcz własną piersią bronią  Puszczy Białowieskiej. Na razie powstrzymali nielegalną wycinkę drzew i wywózkę drewna. Pytanie na jak długo? I czy w końcu ktoś powstrzyma największego szkodnika przyrody, czyli obecnego ministra.

Czwartego się zaczyna…

Wrzesień.  Dla mnie.

Dlaczego? Bo tak! 😀

Trzy lata temu była radość, bo dane mi było dożyć piątki z przodu, była też niespodziewana niespodzianka, pełna dobrych, wzruszających emocji, która wprawdzie uruchomiła moje kanaliki łzowe, ale też i salwy śmiechu. Radosnego, beztroskiego na ten wspólny czas. Już wiedziałam ( intuicyjnie), że w moim ciele na nowo się rozpanoszył gad, potrzebowałam tylko papierowego potwierdzenia, aby zacząć działać, i …poinformować bliskich. Nie wiedziałam tylko, ile czasu mam, wciąż nie wiem, tego się nigdy nie wie…Szczególnie przy skorupiaku…który bywa nieobliczalny. W każdym razie, pomyślałam sobie wtedy, że chcę świętować  dwie piątki, i tego się będę trzymać! 😀 Ale tak naprawdę nie wiedziałam czy przywitam kolejny wrzesień, i kolejny, i ten dzisiejszy…Udało się! I jest w tym lekarzy, moja, i bliskich zasługa. WASZA też! Żeby nie było!

Nigdy nie miałam problemu z tym, że przybywa mi lat. Wręcz naprzeciwko. Bo każdy kolejny rok, to świadectwo, że gada można pokonać, nawet, jeśli siedzi w twym ciele, ale przede wszystkim, każdy kolejny rok, to rok życia tu i teraz! A że czasem w pozycji leżącej- dobrze, że nie na kolanach ;P  Każdy kolejny rok, to coraz bardziej dorosłe dzieci, samodzielne, a ja wciąż mogę ich wspierać. Każdy kolejny rok, to coraz starszy Pańcio, który ma szansę zapamiętać swoją babcię…:)

Jak słyszę, że co to za życie z ograniczeniami, bólem, szpitalną rzeczywistością, to mówię…do doopy! Ale mojej, którą akceptuję! ;p W ciągu tego ponad już osiemnastoletniego życia ze skorupiakiem w tle i nie tylko, dopiero teraz mogę powiedzieć, że zmienił moje życie. Od trzech lat. Ale ja też nie odpuszczam! Jeszcze.

Wrzesień jest dla mnie szczególnym miesiącem i lubię go w pogodę i niepogodę też. Nawet do szkoły lubiłam wracać, bo zawsze na początku, raz hucznie, raz nie,  świętowałam swoje urodziny 🙂 A potem doszły jeszcze rocznice ślubu i urodziny Tuśki, no i oczywiście urodziny Taty. Jest za co być wdzięczną wrześniowi, szczególnie pierwszej jego połowie ;p

 

***

W przedszkolu u Pańcia zmiana.  Na wcześniejszą emeryturę odeszła p. Dorotka, ta sama, która opiekowała się Tuśką i Miśkiem. Szkoda. Tym bardziej, że choć mówią, iż nie ma ludzi niezastąpionych- z czym nie zawsze się zgadzam- to, tym razem zastąpiono kogoś kompetentnego, osobą  zwolnioną za niedopełnienie obowiązków- z drugiego przedszkola w naszej wsi- młodą siksą. Nic nie mam do młodych siks w zawodzie, bo każdy z nas nią kiedyś był, ale pani nie ma najlepszej opinii.  Podam choćby przykład dziecka, które skończyło przedszkolną zerówkę prawie z laurką- ani razu nie było żadnych uwag co do poziomu postępów- a w szkole okazało się, że dziecko ma braki i odstaje od innych.  Możecie sobie wyobrazić jaki szok przeżyła matka.  Pomijam już to za co została zwolniona ( albo nie przedłużyli jej umowy- nie wiem konkretnie), czyli nie zauważyła, że dziecko opuściło plac zabaw i poszło sobie do domu. No i ta sama pani, o ile zostanie ( gmina ma nóż na karku bo nie ma kadry), to w przyszłym roku będzie uczyć Pańcia. Strach się bać!

A bać się trzeba. Naszej rzeczywistości, więc i szkoły również. Pisowskiej. Wprawdzie pani ministra z uśmiechem godnym hollywoodzkiej gwiazdy mówi, że z reformą ministerstwo zdążyło na czas, więc się nie strachajcie ;).  Ta reforma podobno miała wyrównać szanse. Na czym to wyrównanie miałoby polegać, nie bardzo zrozumiałam, a może nie dosłyszałam, nie wiem.  Wiem jedno- i o tym trzeba głośno mówić!- że na wiejskich terenach, tam, gdzie były tylko szkoły podstawowe, dyrektorzy borykają się z brakiem kadry, konkretnie brakiem nauczycieli od chemii, fizyki, geografii, biologii, nie mówiąc już o pracowniach do tych przedmiotów. I mimo zwolnień, których nie ma, zmniejszonych etatów, których nie ma, wcale nie jest łatwo o taką kadrę. Z prostej przyczyny. Bo jaki nauczyciel będzie chciał dojeżdżać na 2 godziny w tygodniu do szkoły oddalonej kilkanaście albo kilkadziesiąt kilometrów. Nawet, jeśli w przyszłym roku to będzie już 4 godziny, bo dojdzie ósma klasa. No takimi drobiazgami jak poziom edukacji pisowska ministra przejmować się nie będzie. Grunt, żeby trzynastolatek pozostał w tym samym środowisku. Tylko do końca to nie jest prawdą, przynajmniej w przypadku tegorocznych siódmoklasistów, bo co zaradniejszy rodzic albo zamożniejszy, to przeniósł swoje dziecko do szkoły o lepszych warunkach, lepszej kadrze, etc…A tam nowi nauczyciele, nowi koledzy i koleżanki…Znamy to przecież…Tak?  Brawo, z gimnazjów!  Ale o tym też się nie mówi.

Wszystkim tegorocznym pierwszoklasistom życzę wiatru w żagle, aby szkoła pobudzała ich ciekawość, a co za tym idzie nie była nudna, ale też i trudna. Niech każdy z nich znajdzie w niej swoją przyjaciółkę/przyjaciela, do końca swojego życia,  tak jak ja znalazłam, ale i OM też :).  A rodzicom życzę dużo cierpliwości 🙂

Powodzenia! 🙂

P.S. Od nocy sobotnio-niedzielnej do późnych wczorajszych godzin popołudniowych, ukrywałam uciekiniera z sanatorium ;D

 

Słoma na polu, słoma w domu ;)

Jak dobrze znaleźć się w końcu w domu, we własnym łóżku, wyspać się, i nie mieć musu pokonywania kolejnych kilometrów. Postanowiłam do wyjazdu nad Bałtyk  nie ruszać się z domu dalej niż 10km, czyli co najwyżej do pobliskiego Miasteczka. A nad morze tym razem kierowcą jest LP, bo jedziemy jednym autem 🙂 Zmęczyłam się tymi jazdami wte  i wewte, jak dziki osioł na pustyni…Momentami miałam zawroty głowy, na szczęście za każdym razem objawiły się w budynku szpitalnym, więc gdybym tak pierdyknęła na glebę, to udzielono by mi fachowej pomocy. Chyba.

Nie mam ostatnio apetytu, choć rozsądek zmusza mnie, żebym pamiętała o jedzeniu, ale nie sprawia mi ono żadnej przyjemności. Ani mamine smakołyki podsuwane pod nos, ani obiad w tajskiej restauracji skonsumowany do połowy w towarzystwie Miśka, który zaprosił mnie z okazji…

A w domu cisza, pusto…wprawdzie jeszcze nie czuję się jak słomiana wdowa, no ale pierwsza noc już za mną, a dziś będzie pierwszy dzień, choć OM już nie ma od czwartku rano. Przyjął na klatę fakt, że pobyt nie będzie  skrócony, choć do końca miał cichą nadzieję po słowach zusowskiej orzeczniczki, która stwierdziła, że jak na jej gust, to ta ręka rehabilitacji nie wymaga, ale, że pacjent skierowany przez tego a nie innego lekarza-  można to odczytać na wiele sposobów, ale pierwszy jaki się nasuwa to: układ ;D  to poprze wniosek; lekarz zaś na ostatniej wizycie pochwalił OM za postępy w samodzielnej rehabilitacji, więc nic dziwnego, że rozbujali w nim wiarę w to, iż pobyt na pewno uda się skrócić. A tu figa! Pani lekarka  w sanatorium już na pierwszej wizycie oznajmiła, że nie ma opcji pójścia na skróty i musi odpracować ponad sto godzin, gdyż z tą ręką wcale nie jest tak dobrze jak się właścicielowi  jej wydaje. No i od rana do wieczora z przerwą na obiad ma różne ćwiczenia, basen, laser, takie tam…Oczywiście od razu zapytał o przepustkę, i usłyszał, że tylko w szczególnych przypadkach losowych. Na co OM, że on właśnie taki ma, nawet bardzo… i wypalił o naszej rocznicy ślubu. :)). Lekarka się uśmiechnęła i zgodziła się, że jest to szczególny przypadek ( może nawet ewenement w przypadku przepustek z sanatorium), i obiecała, że przepustkę dostanie. Na co ja ze śmiechem, że przecież mnie nie będzie w następny weekend, wiedząc dobrze, że OM nie do mnie a do firmy się tak wyrywa. Usłyszałam, że może najpierw wpadnie do nas na dwie godziny. Taaa…To by było na tyle z tego tam …romantyzmu ;p

Niektóre drzewa już całkiem zmieniły swą zieloną szatę na brunatną, na pozostałych coraz więcej widać żółci. Pola już puste, tylko na niektórych wciąż czekają ogromne bele słomy  na zwózkę. Połowa drogi w ulewnym deszczu, wyczerpała mnie i nastroiła melancholicznie… Środowy i czwartkowy upał mnie prawie wykończył, mimo klimatyzacji w Julku, więc z ulgą przyjęłam ochłodzenie. Jednak w deszczu, na dodatek tak intensywnym, nieprzyjemnie się jedzie…I tak źle i tak nie dobrze…Lubię wrzesień. Nie lubię jak się lato kończy.

Mam ambitne plany na dziś i kolejne dni ;p Ogarnąć się i ogarnąć dom…:)