Oczywiste oczywistości…?

Gdzieś przeczytałam, że  ludzie, którzy chodzą późno spać i potrafią rzucić przekleństwem o glebę- i coś tam jeszcze, czego nie pamiętam- są bardziej inteligentni albo inteligentni w ogóle, nieważne.  Niby  naukowo udowodnione, ale jak wiadomo, za kilka lat- albo mniej lub więcej- zapewne będzie odwrotnie, że to ci, co to z kurami idą do łóżka, a pewnych słów na „k” i „p” nie mają w swym słowniku, a słysząc je zatykają uszy. To tak jak ze szkodliwością kawy czy masła- raz szkodzą raz wręcz przeciwnie.

Święta nie jestem, więc czasem wyrwie mi się co nieco. Nawet częściej niż bym sama chciała. Nie robię z tego problemu, bo raczej nikomu ( przynajmniej staram się) w twarz swą mową siarczystą nie pluję. Ot tak, wrzasnąć sobie dla rozładowania. Pewnie wielu osobnikom się to zdarza.

Czasem trudno jest się powstrzymać, gdy słyszy się, czyta  oszczerstwa, zmanipulowaną treść, totalną głupotę, aby nie przekląć. No to sobie człowieku przeklnij pod nosem, a nawet głośno jak potrzebujesz.  Tylko nie komentuj czyjejś  treści używając wulgaryzmów w stosunku do autora czy innych komentatorów,  życząc im… nie potrafię nawet przytoczyć czego, bo autorzy tych „wypocin” w tej materii potrafią się wykazać inwencją twórczą, że słowa o śmierci, które również często padają, wydają się dość łagodne…

Gdzie się podział w tym kraju szacunek? Do życia. Człowieka. Do siebie samego, choćby. Wciąż mnie zaskakuje dwulicowość. Dwie twarze. Wiem, w emocjach można się zagalopować, to się zdarza. Potem można nawet swych słów żałować. Szczególnie w dyskusjach na żywo. Ale pisząc jakiś komentarz, warto może go najpierw przeczytać, nawet kilka razy, zanim wciśnie się enter.  Nawet jak się ma rację, a złość, oburzenie jest słuszne, to treść tak naprawdę świadczy o jego autorze/autorce, że jest…burakiem!

Mam wrażenie, że daliśmy sobie i innym przyzwolenie na ośmieszanie, rzucanie oszczerstw  w swych adwersarzy. I normalnością staje się  rzucanie w ich stronę stek przekleństw i życzenia- tak przy okazji- wszystkiego co najgorsze. Taka norma. Taka oczywistość. I nie robią to ludzie z przypadkowymi nickami, ale z imienia i nazwiska, często, jak to na fejsbukowych profilach, również firmując je własną facjatą. I tu mam taką dygresję, bo przecież uroda to rzecz gustu, a czasem dobrego lub kiepskiego zdjęcia. Mijającego czasu. Dlatego kiedy na opublikowany post/ wiadomość  na temat ze zdjęciem osoby dotyczącej, czytam komentarz typu: a co ta lampucera ( nie wiem czy autor w ogóle zna znaczenie tego słowa), maszkara, koczkodan…etc może wiedzieć…To sobie tak myślę: spójrz w lustro, potem się zastanów, czy miło by ci było, gdyby ktoś na twój temat tak się wyrażał publicznie. Albo twojej matki/żony/siostry/córki… W ogóle. Kultury można się nauczyć, wiedzę posiąść, ale urodę się dziedziczy po przodkach. I pozamiatane 😉 Żadna w tym nasza zasługa.

 

Las mnie kusi. Pogoda stopuje. I tak walczę z sobą, ale chyba jednak odpuszczę i poczekam na lepszą aurę. Może po powrocie. Bo grzyby są! Wprawdzie mam obiecane już suszone od LP, ale kilka mogłabym tak sama do domu przynieść, przy okazji spaceru :).

A aura taka, że…wyciągnęłam i założyłam skarpetki. Tak, wiem, że niektórzy nawet w nich śpią cały rok, ale dla mnie to znak, że lato się skończyło. Nawet się wahałam, czy aby nie poczekać jeszcze, ale rozsądek wygrał.

Jestem pełna podziwu ale również wdzięczna- bo przecież robią to również w moim imieniu- dla tych, co nie zważając na chłód, wiatr, deszcz własną piersią bronią  Puszczy Białowieskiej. Na razie powstrzymali nielegalną wycinkę drzew i wywózkę drewna. Pytanie na jak długo? I czy w końcu ktoś powstrzyma największego szkodnika przyrody, czyli obecnego ministra.

Czwartego się zaczyna…

Wrzesień.  Dla mnie.

Dlaczego? Bo tak! 😀

Trzy lata temu była radość, bo dane mi było dożyć piątki z przodu, była też niespodziewana niespodzianka, pełna dobrych, wzruszających emocji, która wprawdzie uruchomiła moje kanaliki łzowe, ale też i salwy śmiechu. Radosnego, beztroskiego na ten wspólny czas. Już wiedziałam ( intuicyjnie), że w moim ciele na nowo się rozpanoszył gad, potrzebowałam tylko papierowego potwierdzenia, aby zacząć działać, i …poinformować bliskich. Nie wiedziałam tylko, ile czasu mam, wciąż nie wiem, tego się nigdy nie wie…Szczególnie przy skorupiaku…który bywa nieobliczalny. W każdym razie, pomyślałam sobie wtedy, że chcę świętować  dwie piątki, i tego się będę trzymać! 😀 Ale tak naprawdę nie wiedziałam czy przywitam kolejny wrzesień, i kolejny, i ten dzisiejszy…Udało się! I jest w tym lekarzy, moja, i bliskich zasługa. WASZA też! Żeby nie było!

Nigdy nie miałam problemu z tym, że przybywa mi lat. Wręcz naprzeciwko. Bo każdy kolejny rok, to świadectwo, że gada można pokonać, nawet, jeśli siedzi w twym ciele, ale przede wszystkim, każdy kolejny rok, to rok życia tu i teraz! A że czasem w pozycji leżącej- dobrze, że nie na kolanach ;P  Każdy kolejny rok, to coraz bardziej dorosłe dzieci, samodzielne, a ja wciąż mogę ich wspierać. Każdy kolejny rok, to coraz starszy Pańcio, który ma szansę zapamiętać swoją babcię…:)

Jak słyszę, że co to za życie z ograniczeniami, bólem, szpitalną rzeczywistością, to mówię…do doopy! Ale mojej, którą akceptuję! ;p W ciągu tego ponad już osiemnastoletniego życia ze skorupiakiem w tle i nie tylko, dopiero teraz mogę powiedzieć, że zmienił moje życie. Od trzech lat. Ale ja też nie odpuszczam! Jeszcze.

Wrzesień jest dla mnie szczególnym miesiącem i lubię go w pogodę i niepogodę też. Nawet do szkoły lubiłam wracać, bo zawsze na początku, raz hucznie, raz nie,  świętowałam swoje urodziny 🙂 A potem doszły jeszcze rocznice ślubu i urodziny Tuśki, no i oczywiście urodziny Taty. Jest za co być wdzięczną wrześniowi, szczególnie pierwszej jego połowie ;p

 

***

W przedszkolu u Pańcia zmiana.  Na wcześniejszą emeryturę odeszła p. Dorotka, ta sama, która opiekowała się Tuśką i Miśkiem. Szkoda. Tym bardziej, że choć mówią, iż nie ma ludzi niezastąpionych- z czym nie zawsze się zgadzam- to, tym razem zastąpiono kogoś kompetentnego, osobą  zwolnioną za niedopełnienie obowiązków- z drugiego przedszkola w naszej wsi- młodą siksą. Nic nie mam do młodych siks w zawodzie, bo każdy z nas nią kiedyś był, ale pani nie ma najlepszej opinii.  Podam choćby przykład dziecka, które skończyło przedszkolną zerówkę prawie z laurką- ani razu nie było żadnych uwag co do poziomu postępów- a w szkole okazało się, że dziecko ma braki i odstaje od innych.  Możecie sobie wyobrazić jaki szok przeżyła matka.  Pomijam już to za co została zwolniona ( albo nie przedłużyli jej umowy- nie wiem konkretnie), czyli nie zauważyła, że dziecko opuściło plac zabaw i poszło sobie do domu. No i ta sama pani, o ile zostanie ( gmina ma nóż na karku bo nie ma kadry), to w przyszłym roku będzie uczyć Pańcia. Strach się bać!

A bać się trzeba. Naszej rzeczywistości, więc i szkoły również. Pisowskiej. Wprawdzie pani ministra z uśmiechem godnym hollywoodzkiej gwiazdy mówi, że z reformą ministerstwo zdążyło na czas, więc się nie strachajcie ;).  Ta reforma podobno miała wyrównać szanse. Na czym to wyrównanie miałoby polegać, nie bardzo zrozumiałam, a może nie dosłyszałam, nie wiem.  Wiem jedno- i o tym trzeba głośno mówić!- że na wiejskich terenach, tam, gdzie były tylko szkoły podstawowe, dyrektorzy borykają się z brakiem kadry, konkretnie brakiem nauczycieli od chemii, fizyki, geografii, biologii, nie mówiąc już o pracowniach do tych przedmiotów. I mimo zwolnień, których nie ma, zmniejszonych etatów, których nie ma, wcale nie jest łatwo o taką kadrę. Z prostej przyczyny. Bo jaki nauczyciel będzie chciał dojeżdżać na 2 godziny w tygodniu do szkoły oddalonej kilkanaście albo kilkadziesiąt kilometrów. Nawet, jeśli w przyszłym roku to będzie już 4 godziny, bo dojdzie ósma klasa. No takimi drobiazgami jak poziom edukacji pisowska ministra przejmować się nie będzie. Grunt, żeby trzynastolatek pozostał w tym samym środowisku. Tylko do końca to nie jest prawdą, przynajmniej w przypadku tegorocznych siódmoklasistów, bo co zaradniejszy rodzic albo zamożniejszy, to przeniósł swoje dziecko do szkoły o lepszych warunkach, lepszej kadrze, etc…A tam nowi nauczyciele, nowi koledzy i koleżanki…Znamy to przecież…Tak?  Brawo, z gimnazjów!  Ale o tym też się nie mówi.

Wszystkim tegorocznym pierwszoklasistom życzę wiatru w żagle, aby szkoła pobudzała ich ciekawość, a co za tym idzie nie była nudna, ale też i trudna. Niech każdy z nich znajdzie w niej swoją przyjaciółkę/przyjaciela, do końca swojego życia,  tak jak ja znalazłam, ale i OM też :).  A rodzicom życzę dużo cierpliwości 🙂

Powodzenia! 🙂

P.S. Od nocy sobotnio-niedzielnej do późnych wczorajszych godzin popołudniowych, ukrywałam uciekiniera z sanatorium ;D

 

Słoma na polu, słoma w domu ;)

Jak dobrze znaleźć się w końcu w domu, we własnym łóżku, wyspać się, i nie mieć musu pokonywania kolejnych kilometrów. Postanowiłam do wyjazdu nad Bałtyk  nie ruszać się z domu dalej niż 10km, czyli co najwyżej do pobliskiego Miasteczka. A nad morze tym razem kierowcą jest LP, bo jedziemy jednym autem 🙂 Zmęczyłam się tymi jazdami wte  i wewte, jak dziki osioł na pustyni…Momentami miałam zawroty głowy, na szczęście za każdym razem objawiły się w budynku szpitalnym, więc gdybym tak pierdyknęła na glebę, to udzielono by mi fachowej pomocy. Chyba.

Nie mam ostatnio apetytu, choć rozsądek zmusza mnie, żebym pamiętała o jedzeniu, ale nie sprawia mi ono żadnej przyjemności. Ani mamine smakołyki podsuwane pod nos, ani obiad w tajskiej restauracji skonsumowany do połowy w towarzystwie Miśka, który zaprosił mnie z okazji…

A w domu cisza, pusto…wprawdzie jeszcze nie czuję się jak słomiana wdowa, no ale pierwsza noc już za mną, a dziś będzie pierwszy dzień, choć OM już nie ma od czwartku rano. Przyjął na klatę fakt, że pobyt nie będzie  skrócony, choć do końca miał cichą nadzieję po słowach zusowskiej orzeczniczki, która stwierdziła, że jak na jej gust, to ta ręka rehabilitacji nie wymaga, ale, że pacjent skierowany przez tego a nie innego lekarza-  można to odczytać na wiele sposobów, ale pierwszy jaki się nasuwa to: układ ;D  to poprze wniosek; lekarz zaś na ostatniej wizycie pochwalił OM za postępy w samodzielnej rehabilitacji, więc nic dziwnego, że rozbujali w nim wiarę w to, iż pobyt na pewno uda się skrócić. A tu figa! Pani lekarka  w sanatorium już na pierwszej wizycie oznajmiła, że nie ma opcji pójścia na skróty i musi odpracować ponad sto godzin, gdyż z tą ręką wcale nie jest tak dobrze jak się właścicielowi  jej wydaje. No i od rana do wieczora z przerwą na obiad ma różne ćwiczenia, basen, laser, takie tam…Oczywiście od razu zapytał o przepustkę, i usłyszał, że tylko w szczególnych przypadkach losowych. Na co OM, że on właśnie taki ma, nawet bardzo… i wypalił o naszej rocznicy ślubu. :)). Lekarka się uśmiechnęła i zgodziła się, że jest to szczególny przypadek ( może nawet ewenement w przypadku przepustek z sanatorium), i obiecała, że przepustkę dostanie. Na co ja ze śmiechem, że przecież mnie nie będzie w następny weekend, wiedząc dobrze, że OM nie do mnie a do firmy się tak wyrywa. Usłyszałam, że może najpierw wpadnie do nas na dwie godziny. Taaa…To by było na tyle z tego tam …romantyzmu ;p

Niektóre drzewa już całkiem zmieniły swą zieloną szatę na brunatną, na pozostałych coraz więcej widać żółci. Pola już puste, tylko na niektórych wciąż czekają ogromne bele słomy  na zwózkę. Połowa drogi w ulewnym deszczu, wyczerpała mnie i nastroiła melancholicznie… Środowy i czwartkowy upał mnie prawie wykończył, mimo klimatyzacji w Julku, więc z ulgą przyjęłam ochłodzenie. Jednak w deszczu, na dodatek tak intensywnym, nieprzyjemnie się jedzie…I tak źle i tak nie dobrze…Lubię wrzesień. Nie lubię jak się lato kończy.

Mam ambitne plany na dziś i kolejne dni ;p Ogarnąć się i ogarnąć dom…:)