Niespodzianki (nie)miłe :)

Tak często narzekamy na pogodę, bo to albo za zimno, albo za gorąco, za deszczowo, a nawet czasem za sucho ( lato za krótkie, zima za długa) i w ogóle nie tak jak oczekujemy,  nie doceniając tego, co mamy. W miarę spokojną i bezpieczną aurę w porównaniu z innymi zakątkami świata.

Nad morze dotarłyśmy bocznymi drogami, bo około 30km od celu trasa się zakorkowała z powodu akcji wyciągania tira z rowu. To był impuls, a właściwie moje stanowcze „jedź” jak zauważyłam, że dwa osobowe auta wyprzedzają sznur ciężarówek, więc my za nimi, żeby zjechać z drogi tuż przed policyjnym radiowozem, który blokował przejazd. Intuicyjnie pomyślałam, że lokalsi znają pewnie jakiś objazd. Niestety, po minucie jazdy, oba auta skręciły na teren szkoły w wiosce, przez którą akurat przejeżdżaliśmy, więc dalej zdane byłyśmy na siebie. Akurat zadzwoniła Tuśka z zapytaniem, gdzie jesteśmy, więc zgodnie z prawdą powiedziałam, że nie bardzo wiemy gdzie, ale jedziemy do przodu. Dziecko nakazało włączyć nawigację, bojąc się, że pobłądzimy. No to włączyłam w ajfonie, bo LP w aucie nie miała, to znaczy miała normalną, papierową  mapę, bo innej nie uznaje. Jadźka męskim głosem poprowadziła nas przez pierwsze 8km zgodnie z moim intuicyjnym nosem, po czym kazała skręcić w prawo, na co ja kategorycznie się sprzeciwiłam, widząc na drogowskazie nazwę miejscowości, za którą to właśnie był wypadek, więc wrócilibyśmy do punktu wyjścia. Kazałam LP skręcić w lewo i jak tylko ujrzałam kobietę wychodzącą z domu, stanęłyśmy i zapytałyśmy się o drogę. Pani w pierwszej chwili kazała się wrócić i jechać tak jak nam kazała Jadźka, ale gdy poinformowałyśmy ją o blokadzie, to stwierdziła, że jak pojedziemy dalej prosto, to też dojedziemy, tylko że droga kiepska. No i była, wręcz błotnista ;P Ale nawet Jadźka zaakceptowała nasz wybór, więc kiedy wbiłyśmy się na główną, to korek był daleko za nami :). Dumne z siebie pognałyśmy do celu…a tam, dojeżdżając do szlabanu przed parkingiem, słyszę krzyk Pańcia: babciaaa emel dida. Nie podnosząc głowy ( akurat grzebałam w telefonie) automatycznie odpowiedziałam:  taki sam jak dida. Po czym słyszę jeszcze raz jak powtarza to samo, i LP, która mówi, że on  nam każe zjechać na bok. Podnoszę głowę i co widzę?  A raczej kogo 🙂 OM ostatnio lubi robić niespodzianki 😀

Niespodzianką, i to dużą, był nieprzygotowany apartament. Pierwszy raz w życiu coś takiego mi się przytrafiło, i to w pięciogwiazdkowym hotelu. Akurat nasze bagaże przywiózł wózkiem pan z obsługi, więc od razu zatelefonował na recepcje. Szczerze mówiąc, chyba był bardziej skonfundowany niż my. My i tak mieliśmy zamiar zaraz udać się nad morze i znaleźć miejscówkę ze smacznym jedzeniem, na co przydał się OM, bo  zawiózł nas do centrum, przy głównym molo, do którego miałyśmy około 3km. Ale zanim to zrobił, udał się osobiście na recepcje, więc po powrocie miałyśmy niespodziankę w ramach rekompensaty w postaci   lunchu i obiadokolacji przez cały nasz pobyt, bo zapewnione miałyśmy tylko śniadania,  o reszcie miałyśmy pomyśleć dopiero na miejscu. No i oczywiście wysprzątany apartament :)))

Było cudownie, mimo pogody w kratkę, bo raz nas deszcz z plaży wygonił, choć ani razu nie było jakiejś ulewy, ot tak sobie siąpił- góra dwie, trzy godziny i przestawał. Ale kiedy siąpił, to byliśmy na basenie albo w pokoju zabaw, gdzie chłopaki szaleli  w „małpim gaju”.  Na plaży, ubrani w kalosze, budowali zamki, mocząc się nawet, ale słońcu udawało się przedrzeć przez chmury, więc mimo tak zmiennej pogody zimno nie było. Ba, byli odważni, którzy się kąpali, a opalających się, czy też porozbieranych jak do rosołu również nie brakowało. Z premedytacją wybrałyśmy taką lokalizację hotelu, żeby na plaży był spokój i cisza, a do centrum i głównego mola zawsze mogłyśmy się przespacerować albo dojechać. To były intensywne dni, do pokoju wracaliśmy tylko się przebrać i do spania. Nawet wzięte dwie planszówki nie doczekały się użycia, choć jedna z nich już była rozłożona, ale zmieniliśmy plany :).  Wieczorem to już tylko łóżko i spanie. Net w pokoju mi nie hulał, co było również zbawienne, bo odpoczęłam  od internetów :). Nie, żebym tego potrzebowała, ale dobrze czasem zerwać się ze smyczy. Na zewnątrz zaś nie miałam  za bardzo czasu, żeby do nich zajrzeć.

W tym wszystkim jednak najważniejszy był wspólny czas. Mój z Pańciem. I nie żebym go do tej pory miała za mało. Nie. Ale w innych okolicznościach przyrody, to zupełnie wyjątkowy  czas. Bez pośpiechu, uśmiechnięty. Do powtórzenia 🙂

 

Jutro wystroję się w perły których nie posiadam, bo sztuczne to nie perły nawet jak ktoś myśli, że nimi są, następnie naleję sobie szampana szkoda otwierać całą butelkę dla dwóch łyków, bo wywietrzeje, lepiej otworzę piwo bezalkoholowe i godnie uczczę perłową rocznicę. Niektórzy uważają, że to ważne wydarzenie. Rocznica ślubu. Ja jakoś niekoniecznie, choć ilość lat przeżytych razem nawet mnie powala ;). Mnie monogamistkę. Nie, żebym nie dopuszczała myśli, iż nigdy nikt inny. Tyle że, dla mnie, jako tej  monogamistki z natury, najpierw musi się coś skończyć, żeby mogło się zacząć coś nowego. A tu na złość jak się zaczęło 33 lata temu a  zostało przypieczętowane 30, to trwa, i trwa i…chyba już tak będzie do samego końca.

Życie (nie tylko to wspólne ) składa się z chwil  ulotnych jak motyle, ale powracających do nas we wspomnieniach, z których utykamy swój sznur pereł czy innych korali. Indywidualny, niepowtarzalny. I dopóki dokładamy kolejny, i kolejny, nieprzerwanie, to możemy śmiało mówić o szczęściu. Bo ono również jest indywidualne.

 

 

 

Reklamy