Słoma na polu, słoma w domu ;)

Jak dobrze znaleźć się w końcu w domu, we własnym łóżku, wyspać się, i nie mieć musu pokonywania kolejnych kilometrów. Postanowiłam do wyjazdu nad Bałtyk  nie ruszać się z domu dalej niż 10km, czyli co najwyżej do pobliskiego Miasteczka. A nad morze tym razem kierowcą jest LP, bo jedziemy jednym autem 🙂 Zmęczyłam się tymi jazdami wte  i wewte, jak dziki osioł na pustyni…Momentami miałam zawroty głowy, na szczęście za każdym razem objawiły się w budynku szpitalnym, więc gdybym tak pierdyknęła na glebę, to udzielono by mi fachowej pomocy. Chyba.

Nie mam ostatnio apetytu, choć rozsądek zmusza mnie, żebym pamiętała o jedzeniu, ale nie sprawia mi ono żadnej przyjemności. Ani mamine smakołyki podsuwane pod nos, ani obiad w tajskiej restauracji skonsumowany do połowy w towarzystwie Miśka, który zaprosił mnie z okazji…

A w domu cisza, pusto…wprawdzie jeszcze nie czuję się jak słomiana wdowa, no ale pierwsza noc już za mną, a dziś będzie pierwszy dzień, choć OM już nie ma od czwartku rano. Przyjął na klatę fakt, że pobyt nie będzie  skrócony, choć do końca miał cichą nadzieję po słowach zusowskiej orzeczniczki, która stwierdziła, że jak na jej gust, to ta ręka rehabilitacji nie wymaga, ale, że pacjent skierowany przez tego a nie innego lekarza-  można to odczytać na wiele sposobów, ale pierwszy jaki się nasuwa to: układ ;D  to poprze wniosek; lekarz zaś na ostatniej wizycie pochwalił OM za postępy w samodzielnej rehabilitacji, więc nic dziwnego, że rozbujali w nim wiarę w to, iż pobyt na pewno uda się skrócić. A tu figa! Pani lekarka  w sanatorium już na pierwszej wizycie oznajmiła, że nie ma opcji pójścia na skróty i musi odpracować ponad sto godzin, gdyż z tą ręką wcale nie jest tak dobrze jak się właścicielowi  jej wydaje. No i od rana do wieczora z przerwą na obiad ma różne ćwiczenia, basen, laser, takie tam…Oczywiście od razu zapytał o przepustkę, i usłyszał, że tylko w szczególnych przypadkach losowych. Na co OM, że on właśnie taki ma, nawet bardzo… i wypalił o naszej rocznicy ślubu. :)). Lekarka się uśmiechnęła i zgodziła się, że jest to szczególny przypadek ( może nawet ewenement w przypadku przepustek z sanatorium), i obiecała, że przepustkę dostanie. Na co ja ze śmiechem, że przecież mnie nie będzie w następny weekend, wiedząc dobrze, że OM nie do mnie a do firmy się tak wyrywa. Usłyszałam, że może najpierw wpadnie do nas na dwie godziny. Taaa…To by było na tyle z tego tam …romantyzmu ;p

Niektóre drzewa już całkiem zmieniły swą zieloną szatę na brunatną, na pozostałych coraz więcej widać żółci. Pola już puste, tylko na niektórych wciąż czekają ogromne bele słomy  na zwózkę. Połowa drogi w ulewnym deszczu, wyczerpała mnie i nastroiła melancholicznie… Środowy i czwartkowy upał mnie prawie wykończył, mimo klimatyzacji w Julku, więc z ulgą przyjęłam ochłodzenie. Jednak w deszczu, na dodatek tak intensywnym, nieprzyjemnie się jedzie…I tak źle i tak nie dobrze…Lubię wrzesień. Nie lubię jak się lato kończy.

Mam ambitne plany na dziś i kolejne dni ;p Ogarnąć się i ogarnąć dom…:)