Młyn papierologii i mętlik w głowie…

Ty, ty…żeś się popłakała, no proszę cię…Z niedowierzaniem w oczach skomentowała mą opowieść Gina, gdy już siedziałam na zafoliowanym łóżku ( nie zdjęłam folii, bo postanowiłam zaklinać rzeczywistość )  już na sali, tak jakby pięć minut temu nie była świadkiem jak w dyżurce pielęgniarek pociekły mi łzy, zupełnie z innego powodu. Zresztą wiadomość, jaką uraczyłam p. Pielęgniarki ścięła je z nóg. Nie spodziewały się kompletnie…chodzi oczywiście o Graszkę.

A łóżkowa opowieść dotyczyła izby przyjęć. Nie miałam skierowania do szpitala, bo podobno mieć nie musiałam. Jak przyszłam, drzwi do gabinetu były otwarte, więc zagaiłam p. Pielęgniarkę, że ja do przyjęcia, ale bez żadnego kwitu, za to powinnam być na liście. Ale nie jestem, usłyszałam. Pani chciała wiedzieć, po co pcham się na oddział, więc wyłuszczyłam. Szare komórki  zaczęły u Pani funkcjonować, bo stwierdziła, że pewnie jestem na specjalnej liście. Byłam. Usiadłam  w poczekalni, coby grzecznie czekać na swoją kolej, ale najpierw na przyjście lekarza. Przyszedł po 20 minutach. Zaczął przyjmować. Byłam mniej więcej siódma w kolejce; czas przyjęcia jednej pacjentki nie krótszy niż 25 minut, więc  już po dwóch obawiałam się, czy nie za późno znajdę się na oddziale. Starałam się ignorować myśli, że coś może pójść nie tak, ale z każdym kwadransem coraz bardziej się denerwowałam. Lekarz, który przyjmował (ja go widziałam po raz pierwszy na oczy) podobno słynął ze skrupulatnego wywiadu przeprowadzanego w ślimaczym tempie i badania każdej pacjentki. W międzyczasie przyszedł znany mi lekarz z oddziału, chyba go wspomóc. Potem dołączyła jeszcze jedna pielęgniarka, która zaraz wyszła (wtedy już czekałam 2,5 godziny) z papierami w ręku i skierowała się do mnie słowami, że muszę mieć skierowanie. Próbuję wytłumaczyć, dlaczego nie mam, ale przerywa mi i się pyta o ostatni wypis  ze szpitala. Mam, więc idzie z nim do gabinetu. Wychodzi, i znowu gadka o skierowaniu.  Mówię to, co powiedziały mi Doktorowe ( obie) z oddziału, więc idzie piętro wyżej. Wraca i mówi, że na górze nikogo nie ma, wszyscy przy operacjach.  Wysyła mnie do poradni do mojej p.Doktor, biorąc mnie pod włos ( którego nie mam, więc się buntuję ), że mogłaby ona pójść, ale wtedy musiałaby rzucić wszystko inne. Pociesza mnie, że to nie moja wina, i zapewnia, że nikt mi nie chce zrobić na złość, ale takie mają procedury. Ożeż ty! Nie wiem, czy ze złości, czy z bezradności, ale łzy już mi napłynęły na samą myśl, że muszę gdzieś wędrować. Dzwoni do poradni i p.Irence wyłuszcza co i jak. Uparcie zawzięcie kolejny raz tłumaczę, po co ja na ten oddział i dlaczego nie mam skierowania. Pani z programu- stwierdza odkrywczo, po czym znowu znika w czeluściach gabinetu. Wychodzi i mówi, że lekarz łaskawie stwierdził, że nie będzie pani już nigdzie chodzić i wzięła mnie do innego gabinetu. Wypełniła papiery, zmierzyła ciśnienie, po marudziła, że oni muszą mieć porządek w papierach, dlatego skierowanie jest potrzebne, i nie jest to ich złośliwość, i wysłała mnie na górę. Można? Można.

Pobrano mi krew, więc spokojnie zaczęłam czekać na wyniki. Jednak kursowanie Oddziałowej do mnie na salę i jej słowa, trochę mnie zaniepokoiły. Poszłam więc do dyżurki  upewnić się, że  wyjdę tego samego dnia, i słyszę, że nie. O mateczko! Wprawdzie byłam przygotowana na taką ewentualność- spakowana walizka czekała w mieszkaniu- ale po tych emocjach w izbie, chciałam się ewakuować do domu jak najszybciej. Na szczęście w dyżurce była jedna z moich Doktorowych i zapewniła mnie, że jeśli zatwierdzą ten mój pobyt, to wyjdę po południu, i że dadzą mi znać. Siedziałam półleżąc jak na rozżarzonym  ogniu, na szczęście miałam towarzystwo, więc czas leciał szybko.  Kiedy miałam już w ręku wypis, okazało się, że kierownik apteki gdzieś wybył i trzeba czekać. Nerwowo patrzyłam na zegarek, bo  bałam się, że aptekę zamkną, gdyż było już grubo po 14. W końcu Gina mnie poinformowała, że wysłała już kogoś, a po chwili Oddziałowa przyniosła mi leki. Podpisałam kwity odbioru i z ulgą ulotniłam się stamtąd czym prędzej. Oczywiście ze skierowaniem na następny raz 🙂

Nie jest łatwo przecierać szlaki…Moje emocje rozszalały się spowodowane zmiennym nastrojem, który towarzyszy mi od niedzieli.

 

Co do wyników, to nie są takie złe. Płytki wciąż poniżej normy, czerwone krwinki spadły, ale są równo na dolnej granicy, kreatynina najwyższa, jaką miałam do tej pory, reszta albo w normie, albo od tej normy za mocno nie odbiega. Uff…

Taksówką wróciłam do mieszkania, choć OM się kręcił po mieście, ale tak było szybciej. Na mamine flaczki, które w postaci dwóch zawekowanych słoików dostałam też na wynos 🙂 Ostatnio obdarowała mnie faszerowaną kaczką 🙂

Jeszcze w DM odbyłam rozmowę telefoniczną z Osobą, której się nie spodziewałam na tyle, że przez moment zastanawiałam się, czy aby na pewno rozmawiam z nią, a nie z kimś innym. Szczególnie że jakiś czas temu zmieniłam opis w telefonie. No byłam w autentycznym szoku… Również z powodu tego, co podczas tej rozmowy usłyszałam. Nie rozumiałam intencji, choć podejrzenia miałam. Właściwie musiałam rozmowę przerwać, nie zapytawszy się wprost, bo warunki się zmieniły i już nie byłam sama, a pod drugie temat nie wydawał mi się dobry na telefon.  Gdy  jechałam do domu zadzwoniła PT między sesjami, więc umówiłyśmy, że jak skończy z ostatnim pacjentem,  to się odezwie, bo oczywiście chciałam z nią o tym pogadać. Skończyłyśmy po północy rozkminiając  temat przez 2,5 godziny.

A dziś z rana wiadomość, na którą w napięciu czekałam. Dobra wiadomość. W końcu.