Czas i okoliczności zweryfikowały…

Właściwie to moja wizyta w szpitalu miała bardziej status odwiedzającej niż pacjentki. Dla Pań Pielęgniarek na ręce Giny (Oskarowa zeszła z nocnego dyżuru) wręczyłam tort jagodowy od „Sowy” nie tej od podsłuchów!, coby osłodzić im ten mroźny dzień. No dobra, minus pół stopnia z rana to żaden mróz, ale dla mnie minus to minus a nie plus. I wiedziałam,  a raczej miałam nadzieję, że będą moje dwie panie (szczególnie R- ta „zakochana” w moim Miśku), z którymi leżałam podczas chemii. I owszem! Banan na mój widok to mało. Wszystko już wiedziały, bo się najpierw wypytały o mnie naszą p. Doktor w poradni, a potem Ginę na oddziale. Spędziłam z nimi 2 godziny, a w międzyczasie p.Doktor- Młoda poinformowała mnie, wypytawszy najpierw, jak się czuję, że za 2 tygodnie mam przyjechać ponownie. Tak że tak. Dalej nie wiem, na jakich zasadach będę odbierać lek, tzn. wiem, że na oddziale, tylko nie wiem czy będzie to wiązało się z przyjęciem do szpitala. Oczywiście, że mogłabym się telefonicznie dowiedzieć, jak i przez telefon opowiedzieć jak się czuję. Ale! Pani Doktor chce mnie widzieć, a ja nie widzę problemu w przyjeździe. To moje miasto, z moimi bliskimi i każdy przyjazd to dobre spotkania ( teraz i z Aliś i z PT). Każda okazja jest dobra, coby ruszyć tyłek z domu! Może w końcu uda się ruszyć nie tylko na trasie dom- mieszkanie- szpital- mieszkanie-dom. Kino jeszcze odpada, bo za duża masa ludzi, ale PT wspomniała o klimatycznej knajpce z dobrym żarełkiem.

W  niedzielę mamy rodzinną uroczystość: 80. urodziny Cioci OM. W restauracji na 60 osób. OM pojedzie ze swoją Mamą. A ja zamówiłam sobie kawałek tortu produkcji H., córki Cioci. Robi najpyszniejsze torty na świecie. Choć ja uwielbiam te od „Sowy” ale H. jest mistrzynią świata!

Zaś w sobotę  znowu wspólnie po świętujemy, odbijając sobie Nowy Rok 😀 Z przyjaciółmi, u nas. To będzie sprawdzian dla mnie, bo wprawdzie nie na jednej imprezie byłam totalnie  trzeźwym uczestnikiem ;), to jednak od jedzenia nie stroniłam 😉 A tu szlaban od pewnej godziny, mimo że stół zastawiony. Wieczory bez podjadania ogólnie są dla mnie trudne, wciąż się łapię na tym, że myśli dryfują coby tu skubnąć, ile razy jestem w kuchni, i nie tylko…Rano jest dużo łatwiej.

Tak mi się nasunęło w związku z tymi szpitalnymi znajomościami…

Kiedy po raz pierwszy leżałam w szpitalu ze skorupiakiem, to nie  leżałam na sali z „rakowcami”, tylko na „naczyniówce”, bo tak mnie położył zaprzyjaźniony Profesor. Na dodatek część mojego pobytu przeleżałam z Panią Doktor z pracowni RTG., co potem zaowocowało „chodami”, kiedy przychodziłam na badanie usg. czy inne. Zresztą wszyscy wiedzieli, że znam Profesora, jego żonę, trójkę synów (z najstarszym byłam w związku przed OM i do dziś się przyjaźnimy) i synową, która była/jest lekarzem na tym samym oddziale, co jej teść i jeden z braci męża. W końcu drzwi sali się nie zamykały, bo sznurek odwiedzających mnie nie miał końca. Pani Doktor z RTG. była pozytywnie pod wrażeniem 😀 Tu zrobię przerywnik, bo mi się przypomniało…

Parę lat później na tym samym oddziale leżała Mam. Nie pamiętam czy to z woreczkiem, czy z profilaktyczną mastektomią. W każdym razie Tata przyjechał ją odebrać. Zaszedł oczywiście też do Profesora ( nasze rodziny były zaprzyjaźnione- piszę były, bo niestety i Profesor i jego żona już nie żyją). Mam czeka, czeka, aż w końcu napatoczył się syn Profesora, więc się pyta: P. nie widziałeś gdzieś…tu pada moje panieńskie nazwisko.  A P. odpowiada, że jakieś pół godziny temu zabrał ojca- Profesora i pojechali do domu. Profesorstwo mieszkało w bloku naprzeciwko. Ojciec zapomniał po kogo przyjechał 😀 Mama wzięła taksówkę ;p

No dobra, do rzeczy! Po szpitalu rozpoczęłam leczenie chemią, ale nie musiałam leżeć na oddziale, tylko przychodziłam na 2-3 godziny raz na 3 tygodnie. Nie miałam właściwie zbyt wielkiego kontaktu z innymi pacjentkami. Wprawdzie p. Doktor od chemii wspominała o klubach Amazonek, ale mnie- szczerze- to nie interesowało. Dla mnie po leczeniu- potem jeszcze 5 tygodni radioterapii- temat był zamknięty. Owszem, co 3 miesiące wizyty kontrolne, ale że to nie był szpital onkologiczny tylko klinika, więc z „rakowcami” nie miałam kontaktu. Wizyty były na Chirurgii ogólnej i na Genetyce. A pomiędzy normalne życie! Na „pełnej petardzie”- jak tytuł książki ks. Kaczkowskiego. Bez skorupiaka, choć wciąż był w tle. Bez żadnej grupy wsparcia, która miała podobne przeżycia. Ja miałam swoją drużynę, którą mam do dziś. A przede wszystkim przykład własnej mamy…

Podobnie było w 2008, jak drugi skorupiak rozgościł się w moim ciele. Mimo leczenia w szpitalu onkologicznym, nie nawiązywałam bliższych kontaktów z pacjentkami. Nie wymieniłam się z nikim numerem telefonu. Owszem, cieszyłam się, jak były te same panie, fajnie się gadało, ale to wszystko. Świat choroby nie przenikał do mojego świata, tego bez niej, którego pielęgnowałam w sobie.

Nigdy nie wchodziłam na żadne fora onkologiczne. Trochę inaczej było z blogami. Było, bo to był czas, kiedy Onet promował blogi na głównej. Wchodziłam, jak zajawka była na temat skorupiaka.

Inaczej jest od wznowy. I tak sobie myślę, że coś jest w powiedzeniu „solidarność jajników” 😉 W moim spisie telefonicznym  przybyło kilka nowych numerów-  z inicjatywy ich właścicielek. Martwię się o Dziewczyny, one o mnie. Wspieramy się, radzimy i ogromnie cieszymy na swój widok, choć wolałybyśmy się spotykać w innej scenerii i okolicznościach. Kiedy ostatni raz leżałam w szpitalu, na ostatniej swojej chemii była Starsza Pani- Julia. Spotkałyśmy się na korytarzu; ja z okrzykiem: Julia moja Julia  i z otwartymi ramionami, a Julia biegusiem ze stojakiem z kroplówką wpadła w me objęcia. Trzy pierwsze chemie odbyłyśmy razem, a potem mnie się przesunęło przez TK, jej później, i tak trafiłyśmy na się. Danusia, mieszkanka DM, która ze mną leżała ostatnio, już kilka razy dzwoniła, oferując mi nawet nocleg u siebie 🙂 Nie wspomnę o Graszce, która skradła moje serce i ogrom empatii. Tak, wprawdzie nadal nie mam  ochoty należeć do żadnego klubu- taki ze mnie  swoisty outsider- to jednak ta sama choroba, ten sam- nie zawsze identyczny- skorupiak i metoda leczenia, zbliżyła niektóre z nas bardziej, niż kiedykolwiek wcześniej. Jednak zawsze na pierwszym miejscu będzie/jest u mnie  życie w świecie, w którym skorupiaka nie ma, a przynajmniej nie rządzi! Aczkolwiek już nie „uciekam” przed takimi znajomościami…

***

Sypnęło wczoraj białym szaleństwem. Wieczorem. Akurat siedziałyśmy z LP na kanapie, gdy OM stwierdził, że na zewnątrz zrobiło się pięknie. Po czym odsłonił zewnętrzne żaluzje na oknie na taras, włączył światło ( tak!, w końcu po tylu latach w tym roku fachowiec dokończył oświetlenie tarasu ) i ukazała się bajka 😀 Napasłyśmy oczy widokiem, no i fajnie! Bo dziś rano już nie jest tak bajecznie, w nocy padał deszcz, a i temperatura na niewielkim plusie…

Reklamy