Życie na pigułach…

Codziennie brutalnie budzi mnie dzwonek w telefonie. Wyciąga mnie z otchłani snu. Raz mi się coś śni, raz nie. Około półgodziny trwa, zanim wygrzebię się spod puchowej kołdry i zejdę na dół. Robię śniadanie, zjadam. Bez kawy. Tę piję koło południa, albo i nie. W każdym razie od obudzenia przez kilka godzin czas- zegar jest moim towarzyszem. Zerkam co chwilę.

Nie jest źle! Czasem troszkę muli, z dwa razy już bym poległa i trzymała w objęciach muszlę klozetową, ale się zaparłam… Żołądek ( chyba) się odzywa i bywa, że boli, i…trochę za często biegam do wc. Ale to i tak niebo w stosunku do tego, co się działo po chemii. Mogę jeść, choć jeszcze nie wszystkie smaki czuję i wciąż mam dziwny posmak na ustach. W ogóle, oprócz tego, że mam zaburzone czucie w kończynach, to całe ciało dziwnie reaguje na dotyk.  W ubraniach czuję się, jakbym miała jakąś obręcz zaciśniętą na sobie. Niekomfortowo.

Wprawdzie to dopiero czwarty dzień życia na pigułach, ale patrzę z nadzieją. Największą zmorą dla mnie byłyby wymioty, które tak naprawdę zniweczyłyby sens brania leku. Dlatego, chyba mogę odetchnąć z ulgą. Samo łykanie i popijanie przegotowaną wodą nie należy do przyjemności. Przy szóstej tabletce czuję, jak mi już wszystko podchodzi do góry. Łykam przy włączonym telewizorze ze wzrokiem i słuchem skupionym na wizji i fonii, tak, aby uwaga była zaprzątnięta czymś innym. Daję radę!

***

Świętujemy! Po swojemu. Na szczęście praktycznie wszystko miałam, wystarczyło odmrozić. Zrobiłam tylko zmodyfikowaną sałatkę warzywną i śledzie w buraczkach- dawno nie robiłam! ( W ogóle dawno nic nie robiłam. W środę i w czwartek LP przyniosła mi-nam obiad. Rozczuliła mnie makaronem własnej roboty). Dzieci Starsze po smażyły co było do po smażenia i doprawiły barszcz. Pięć rodzai ciasta w prezencie dostaliśmy od zaprzyjaźnionej piekarni. Wprawdzie mieliśmy zaproszenie do Rodzinnej, ale demokratycznie zdecydowałam ja, że zostajemy w domu 😉 Zaczęliśmy wcześnie, bo na wieczór OM wraz ze swoją Mamą wybrał się do Rodzinnej. Jest ryzyko, że to ostatnie wspólne ich świętowanie ze świadomą matką. Nie wiadomo co przyniesie los.

Objadłam się! Tuśka się śmiała, że najwięcej z nich zjadłam. Odbiłam sobie pierwszą wigilię ;p To raz, a dwa, że  jeść wieczorem też muszę skończyć tak, aby nie łykać piguł po nocy. Podjadanie jest niemożliwe w ciągu tych 3 godzin ścisłego zakazu. Podejrzewam, że mogłoby się skończyć właśnie torsjami. Uświadomiłam sobie, że właśnie zostałam…abstynentką. Alkoholową. Praktycznie już od pół roku nią jestem, bo łyczek najprawdziwszego szampana ( Tata dostał pod choinkę) w święta się nie liczy jako spożycie 😉 Już od dawna chodziło za mną zimne piwo ze swą goryczką. Takie pół szklaneczki wypite duszkiem. Tyle że nie było kiedy i jak je wypić nie narażając się na upicie ;p Zbyt wciąż słaba byłam, żeby podjąć takie ryzyko 😉 No, a teraz już za późno, no chyba, że bezalkoholowe. Ale co tam piwo, na które miałam ochotę po to, by zmienić smak choć na chwilę. Co z winem i długimi pogaduchami przy nim? ;D

Wczorajszy świątecznie-rodzinny dzień zwieńczył ogromny sukces naszych skoczków! Od zawsze lubiłam oglądać skoki. Długo przed małyszomanią. Jako nastolatka. Skoki i jeździectwo figurowe.

Wczoraj pogoda dopisała. Przyprószyło, więc zrobiło się biało. Pańcio przyjechał na sankach, co było nie lada  wyczynem, bo śniegu może z 1 cm 😀 I namawiał Pradziadka na lepienie bałwana ;p Słoneczko przygrzewało, wiatr ucichł, tyle że dość mroźnie. Spacer wciąż przede mną. Przede mną też decyzja czy jechać samej do DM ( z noclegiem) czy nie. Ochotę mam ogromną, ale…

Miłego weekendu!

Reklamy