Remisja…a reszta jest tajemnicą.

Tajemnicą, bo nic nie jest wiadome.

Nic.

Choćby to, jak długo będę w tym stanie trwać.

Jak zareaguje mój organizm.

Ale!

Samo życie jest tajemnicą. Więc…

Dostałam 4 wielkie opakowania leku na 28 dni, warte 25 tysięcy.  Nie są to witaminy. To chemia- stosowana w przypadku takim jak ja, z mutacją i skorupiakiem, na który dobrze oddziaływało standardowe leczenie związkami platyny. Dawkowanie jest ściśle zalecane: 8 tabletek rano godzinę po jedzeniu i  przez 2 godziny nic nie jeść, i tak samo wieczorem. O mateczko! Nie wiem, jak ja to ogarnę z moją niesystematycznością. Tyle że to najmniejsze zmartwienie…chyba.

Podpisałam papióry odbioru, poszłam po kawę do automatu i na spokojnie zaczęłam czytać ulotkę, bo nikt  nie mógł mnie uświadomić, gdyż  jestem pierwszą ichnią pacjentką, która dostała ten lek. Wcześniej był tylko w programie z Genetyki. Spokój- iluzoryczny- szlag trafił, jak przeczytałam skutki uboczne. Tak, wiem, każdy lek takowe posiada. Ale!  Przeważnie występują u  1 osoby na tysiące, a tu wszędzie jest zaznaczone, że bardzo często-  więcej niż 1 na 10 osób. Zmęczenie i wymioty to standard. I cała gama innych, łącznie z niedokrwistością. Tak że tak. Szczerze mówiąc, spodziewałam się i obawiałam się tego, odganiając myśli… bo mnie na samą myśl jest już niedobrze. Za tydzień mam się zgłosić na oddział, by zdać relacje jak znoszę lek.

Opracowałam plan- życie z budzikiem. Ja, która od lat nie muszę się budzić na konkretną godzinę.  Teraz też niby nie, ale w jakiś ramach czasowych muszę te piguły ogarnąć. Najpierw obudzić się, dojść do siebie, zjeść, odczekać, połknąć to, co mam do połknięcia i…Jeszcze nie wiem…bo to jeszcze przede mną. Właśnie odliczam czas…

Śniadanie zrobiliśmy wspólnie z OM, wspólnie zjedliśmy- była to niespodzianka, bo miało go rano nie być. Niespodzianką nie był lśniący i pachnący dom, bo to już standard. OM ogarnia, mimo że…Na jego barach jest dużo, dużo za dużo…Dla mnie pozostała do ogarnięcia garderoba.

Z perspektywy łóżka, wydawało mi się, że jest we mnie MOC. Dużo mocy! No cóż…Zobaczymy. Wczoraj był długi dzień…Do Mam przyszły moje Dziewczyny, Rodzice, Misiek, OM, więc…potem późna jazda w deszczu do domu, i na koniec długa rozmowa  telefoniczna z PT.  Padłam.

Dziś przyjdzie LP, która się doczekać mnie nie mogła. Spacer muszę odłożyć na półkę. Za oknem jest obrzydliwie…a mnie znowu atakuje katar. Posiedzimy, pogadamy…Moje wyniki wciąż nie są rewelacyjne, szczególnie płytki.

Graszka niestety nie dostała się na chemię z powodu  wysokiej kreatyniny, którą i ja wczoraj miałam podwyższoną. (Całe szczęście, że p. Doktor- Młoda, zaleciła nawodnienie mnie i nie zrezygnowała z wypisu do domu.) Kolejny termin ma za 10 dni. Trzymam za nią mocno kciuki, nie tylko zresztą za nią. Reniu – Ty wiesz!

Już za chwilę…zacznę życie na pigułach.

Reklamy