S jak sejm i szpital…

Jestem. Jeszcze w DM, ale jutro już jadę do domu. Z Miśkiem, który, mimo że przyjeżdża Tuśka, stwierdził, że niech siostra sobie polata po sklepach, a on spokojnie mnie zawiezie i zajmie się kupnem choinek- dla nas i dla dziadków. U Tuśki już stoi.

Jestem tu, bo musiałam włączyć kompiuterek, coby naładować ajfona. Wczoraj wyciągając kabel z gniazda znad łóżka szpitalnego, nieopatrznie zostawiłam wetkniętą ładowarkę, a kabel spakowałam. Misiek ma mi poszukać czy nie ma zapasowego, bo to już któryś jego ajfon w życiu, a jak nie, to mi zakupi. Telefon już był na wyczerpaniu, bo wczoraj zdalnie (z łóżka) prowadziłam akcję mobilizacyjną, a mianowicie, wiedząc, że PT jest w stolycy, wysłałam ją i jej dorosłe dzieci pod sejm 🙂 To, co się wczoraj działo nie pozwoliło mi zasnąć nawet na chwilę, a zawsze po wyjściu ze szpitala jetem śnięta jak zdechła ryba. Padłam dopiero po 23. a „moja delegacja” manifestowała pod sejmem do północy:) W  DM, jak i w innych miastach również ludzie wyszli w akcie protestu. I to jest budujące, bo czas – zima, okres przedświąteczny – nie sprzyja ulicznym demonstracjom, a jednak! I jeszcze jedno co mnie podbudowało: starszy pan, który głosował na PIS, ale widząc, co się w sejmie dzieje, nie wytrzymał, wstał od telewizora i kazał żonie zrobić kanapki, bo idzie protestować. Naród się budzi!

Nie mam apetytu, jest mi niedobrze i stwierdzam, że ja jakaś dziwna jestem. Nie dość, że rzygam już w szpitalu, to na dodatek jak patrzę na moje współlokatorki, które dbają o swoją urodę i wizerunek, to się zastanawiam, co ze mną jest nie tak? Jedna pani cały czas ma na głowie perukę  (ja swoje włosy wożę w walizce i do szpitala nie biorę ), druga wprawdzie ściąga i zakłada chustę, ale jak tylko ktoś ma przyjść ( nawet własne dzieci, wizyta lekarska) to od razu przed lustro, puder na twarz, ust korali i peruka na głowę. Dlaczego ja tak nie robię? Tylko „straszę” swą łysiną, bo pierwsze co robię po przyjściu do domu, to ściągam to, co mam akurat na głowie. Tak naprawdę, chustkę zakładam tylko jak jest Pańcio, który i tak wie, że babcia włosków nie ma. Napisałam „straszę”, bo jedna z pań kazała nam się odwracać, kiedy ściągała perukę.

Tym razem nie było żadnej ze starszych pań- tych fajnych. Leżałam w czwórce, na tym samym łóżku co poprzednio i po prawej miałam R., czyli panią, o której tu już pisałam. Pozostałe dwie były nowe. Jedna z nich to młoda 22- letnia dziewczyna z Ukrainy. W Polsce wraz z mężem jest już rok. We wrześniu urodziła śliczną córeczkę. I to właśnie ciąża spowodowała raka łożyska. To rzadki, ale bardzo złośliwy nowotwór, dający szybko przerzuty na inne narządy, ale dobrze reagujący na chemię. I raz wyleczony już nie powraca. Młoda ma przerzuty na płuca. Przy nas zaczęła krwawić. Pilnowałam, żeby wszystko powiedziała na wizycie. Reakcja była natychmiastowa: tomografia komputerowa i dodatkowa chemia- inny lek, bo okazało się, że jest gorzej, niż było za pierwszej tomografii. Wszystkie trzy mocno ją wspierałyśmy, mimo niefajnego czasu potrafiłyśmy się wspólnie śmiać. Wychodząc (tylko Młoda z naszej sali zostawała) jeszcze raz poprosiłam ją, żeby wszystko mówiła lekarzom. Obiecała. Z uśmiechem. Panie pielęgniarki zarządziły przenosiny na inną salę, tak, żeby miały dziewczynę na oku. Wychodziłam ze świadomością, że jest pod dobrą opieką.

A ja zaraz po świętach (we wtorek) kładę się do szpitala na jedną noc, bo w środę mam TK.  Pani Doktor stwierdziła, że przez szpital szybciej będzie wynik, a w mojej sytuacji czas odgrywa kluczową rolę, bo lek muszę dostać w odpowiednim czasie po chemii. I być może, jak się uda to wyjdę już z lekiem.

Cholernie mi niedobrze, no ale komu dziś jest dobrze? ;P