W poszukiwaniu nastroju…

Dziecka podsyłają mi zdjęcia  z ustrojonych swych gniazd. U Miśka wręcz imponująco 🙂 Nawet choinka -żywa- już ubrana i świecąca; iluminacje godne pozazdroszczenia- oświetliłyby pól naszej wsi ;P   A ja się nie mogę zmobilizować, aby wystroić świątecznie saloon 😉 Może dziś lub jutro jeszcze przed wyjazdem uda mi się coś zrobić? Resztę dokona Misiek przed samymi świętami. Lubi to niech ma 😉 Właściwie to tylko dla Niego i Pańcia staram się  wskrzesić  w sobie ducha świąt. Tego przedświątecznego, bo w czasie świąt magia wspólnego przebywania, świętowania zawsze jest. To jest siła rodziny!

Zakup prezentów scedowałam na Tuśkę 🙂 Tylko Pańciowi zgodnie z jego sugestiami już zakupiłam  w necie. Oczywiście plus książkę, według własnej sugestii.  Ciasto zamówione przez OM w ulubionej cukierni i piekarni. Mama lepi pierogi i uszka. LP przyniosła boczuś i szynkę własnego autorstwa ( wędzenie) i obiecała ( sama z siebie) 3 słoiki bigosu ( miałam  robić wczoraj, ale na chceniu się skończyło), na który dałam grzyby, i tradycyjnie gołąbki. Ja to się potrafię urządzić ;D

To już moje trzecie takie święta, zatrute chemią, kiedy nie całkiem o siłach, ale szczęśliwa, przeżywać będę ten czas.

Ten rok był ciężki. Najcięższy w moim dotychczasowym  „chorobowym życiu”. Po raz pierwszy skorupiak odcisnął (aż tak) swoje piętno w mej świadomość, ale również w fizyczności. No cóż, dwie operacje, jedna za drugą (o tej drugiej długo myślałam: co mi przyszło do głowy i nigdy więcej)  i zaraz chemia nie pozwoliły na regenerację sił. Dlatego każda normalność wywołuje u mnie dużo radości. Każda prozaiczna czynność.

Nie rozpamiętuję. Co złe, choć nie da się wymazać gumką można wrzucić  do kotła niepamięci. Skupiając się na tu i teraz- choć i ono różowe nie jest- jestem w stanie codziennie się budzić z uśmiechem. Odwzajemnionym. Mój wewnętrzny jeż już dawno schował kolce (nie mając się na kogo i na co jeżyć ;p).

Święty spokój jest w cenie. Wprawdzie jeszcze nie do końca, bo „kropka nad i” nie została  postawiona, ale wierzę, że już niedługo to się stanie. I odetchnę z ulgą. Może jeszcze niepełną piersią, bo rzecz dotyczy najbliższej osoby i martwienie się o nią jest rzeczą naturalną i…wyczerpującą (Pewne rzeczy zadziały się w zły czas). Mocno jednak wspieram, aby pewien  etap został pozytywnie zakończony. Bo nie ma takich błędów, których nie da się naprawić. Jak się chce.

Jutro jadę do DM. Misiek po mnie przyjeżdża. Wczoraj był w domu, bo przywiózł dziadka, który odwieziony na pociąg przez Tuśkę w piątek, wrócił do DM na firmową wigilię. Na wieś przyjechał samochodem przed południem. Może kogoś zdziwi, po co przyjeżdżał jak zaraz wracał i w sobotę znowu przyjeżdżał, ale ten, kto zna mojego Tatę, wie, że tylko ciężka choroba lub daleki wyjazd uniemożliwiłby jego piątkowy przyjazd na wieś.  I te siedem krzyżyków na grzbiecie  plus +, nie ma żadnego znaczenia. On to już ma we krwi. A Misiek wrócił, bo w sobotę miał imprezę urodzinową przyjaciół- bliźniaków. No więc w ten weekend Tata z Miśkiem jeżdżą w tę i z powrotem. W końcu  mogłabym dziś się zabrać z Tatą do DM, ale…Po pierwsze, unikam jazdy z własnym ojcem ( niepotrzebny mi dodatkowy stres), a po drugie, jeden dzień dłużej w domu to czas bezcenny 🙂 I po trzecie, dla mnie i dla mojej rodziny odległość pomiędzy domami nie jest żadną odległością. Kwestia przyzwyczajenia 😉 Choć nie ukrywam, że gdyby było bliżej, to byłabym szczęśliwsza 🙂 I nie przestałam marzyć o powrocie do DM lub na jego rubieże. Z drugiej strony, tu mam Pańcia i Tuśkę.

U nas nieustająco leje. Raz słabiej raz intensywniej, ale szyby są mokre od deszczu…Mam taką teorię, która w praktyce najczęściej się sprawdza: jak w stanie New York jest zima z olbrzymią dostawą śniegu, to u nas najpóźniej za dwa tygodnie również sypnie białym szaleństwem. Fajnie jakby święta były w kolorze bieli 🙂