Ku przestrodze…

Wciąż jeszcze niełatwo mi sklecić sensowne zdania, wrócić do rzeczywistości, ale odkładanie na kolejny dzień, godzinę, minutę, tak naprawdę wyrzuca mnie na jej rubieże, z których można nie wrócić, bo człek się bezpiecznie zakopie, sądząc, że tak będzie lepiej…

Coś się wydarzyło, nie wiem czy mogłam temu zapobiec, ale wiem, że wyłączając się, w jakimś sensie zawiodłam. Siebie.

Na pewno można było zapobiec, a przynajmniej zminimalizować skutki postawy wobec zmierzenia się z chorobą  pewnej pacjentki, której historię przytoczę. Przede wszystkim przeżyłam szok, że po 13 latach od zakończenia leczenia przyszedł nawrót choroby. Nie guz pierwotny a wtórny. To, że można zachorować kolejny raz na raka, ten strach przed nim, który towarzyszy już do końca życia, jest wiedzą oczywistą. Tak jak i to, że 5 lat po zakończeniu leczenia bez wznowy, to żadna gwarancja wyleczenia, bo ten czas remisji może być bardziej  wydłużony. Ale 13 lat?

A mogła tego uniknąć.

Zdiagnozowano torbiel, którą należało usunąć. Bała się. Wolała chodzić do uzdrowicieli, bioenergoterapeutów, próbując ją rozpuścić różnymi metodami. Nawet była na turnusie oczyszczającym. Nie muszę chyba dodawać, że kosztowało ją to spore pieniądze. Kiedy po dwóch latach wróciła do lekarza, ten powiedział, że nie będzie z nią w ogóle rozmawiał, jeśli nie zdecyduje się na operację. Że to nie są już żarty. Podjęła decyzję- jedyną słuszną. Okazało się, że z torbieli już zrobił się kalafior, poszło na inne narządy i trzeba było wszystko usunąć, bez zgody pacjentki. Rak. Ale ona dalej się targuje co do leczenia, bo utrata włosów, bo nie będzie mogła się opalać…Rozsądek jednak wraca. Przechodzi chemioterapię, radioterapię i znowu chemioterapię. Trzynaście lat przerwy i nawrót, którego mogło nie być, gdyby w swoim czasie usunęła torbiel. W torbieli mogło nie być jeszcze komórek złośliwych, a jeśli nawet, to tylko w niej a nie w narządach. Owszem, mogłoby się zdarzyć, że zostałyby usunięte, ale dla bezpieczeństwa. I pewnie nawet nie przeprowadzono by tak ciężkiego leczenia. Znam takie przypadki. Czas.

Mnie ręce opadły i zawsze opadną, jeśli ktoś na jednej szali postawi swoje życie a na drugiej bliznę na brzuchu czy łysą głowę. Miała tyle samo lat, co ja, kiedy zaczęłam walczyć ze swoim pierwszym skorupiakiem. Słuchając, tylko wzdychała: podziwiam, podziwiam…Dziś wie…Z drugiej strony, powiedziała, że prędzej by się spodziewała zawału  niż wznowy. Miała ostatnio dużo stresu w życiu. To mogło być powodem nawrotu.

Wrócę do łysej głowy, o której nie raz już pisałam. Bo trzeba też trochę empatii i zrozumienia, gdyż najłatwiej powiedzieć: włosy odrosną. Tak. Ale to nie jest tak, że tracisz włosy i pozbywasz się raka. To tak nie działa. A kiedy masz nawroty, to nie masz żadnej pewności, czy kiedykolwiek zdążą ci odrosnąć. I tak naprawdę nie o nie ci chodzi. To jest  status twojego zdrowia. To nie jest ogolenie się na łyso, na jeżyka i strojenie się w czapeczki. Kolejny raz, bo tak wyszło. Nie. Kolejny raz masz raka, z którym walczysz ciężkim leczeniem, którego możesz nie przeżyć ( syn mojej koleżanki- pielęgniarki, która przychodzi mi robić zastrzyk, zmarł 3 tygodnie temu, nagle). Dlatego i ja się wkur…na osoby, które spłycają to do żartów. Ok. Może nie potrafią wyczuć chwili, ale brną, kiedy daje się im do zrozumienia, że nie tędy droga…Nie ten czas…Nie kiedy to się dzieje czwarty raz…

 

Jestem jeszcze w mieszkaniu w DM. I daję znać, że żyję i walczę. A na dodatek, dzięki odsłuchaniu poczty- wzruszam się pozytywnie. Dziękuję Laila:*