Takie tam dla uśmiechnięcia się…

Pobyt w szpitalu to nie tylko udręka spowodowana wpompowaniem w organizm toksycznej chemii. To również uśmiech, a nawet śmiech radosny. Fakt, zależy na kogo się trafi w tej niedoli, ale na 6 zajętych  łóżek, zawsze znajdą się współtowarzyszki z poczuciem humoru. Gadanie o skorupiaku to niewielki procent czasu, jaki wspólnie ze sobą spędzamy- czy chcemy tego, czy nie. No  i mamy też wsparcie w jednej z pielęgniarek- Giny. Zawsze wesoła, z poczuciem humoru podchodzi do pacjentek.

Ostatnio, ledwo  po przyjęciu znalazłam się przy swoim łóżku, gdy do sali weszła Gina i woła do mnie z uśmiechem: rozbieraj się szybko. Myślałam, że chodzi o szybkie przebranie się (na oddział przychodzę w ciuchach i z całym wierzchnim majdanem), bo chce mi się wkuć w port. Ale zaraz słyszę:

l pokazuj cycki. 

– Zaraz, zaraz, tak w biały dzień? – śmieję się i zdejmuję bluzkę, potem koszulkę i stanik- moje to już stare, każda inną metodą, córcia to ma pikne- wzdycham.

Jakie stare, piękna robota, fiuu ,fiuu- Gina przypatruje się z bliska a pozostałe dziewczynypacjentki ze swoich łóżek. Dobra, koniec striptizu, wskakuj w piżamę- głos Giny kończy pokazówkę.

Kto ma do czynienia ze służbą zdrowia- ale i z mojej pisaniny- ten wie, że do pań pielęgniarek nie mówi się już siostro. Ale wciąż to się zdarza, szczególnie starszym pacjentom.

Gina weszła do naszej sali, ale od razu skierowała się do szafki stojącej przy drzwiach i odwrócona do nas tyłem szykowała chemię do podania. Pacjentka vis-a-vis mnie, głośno zawołała: siostro!…I nie zdążyła  nic więcej powiedzieć, bo…

Siostro??!! I nagle jej wzrok pada na okno, przy którym stoi łóżko pacjentki. A co tu siostra zrobiła???- Gina ma oczy jak spodki. To praca zbiorowa– śmieję się. Doceniam, doceniam, ale nich mi to zaraz zniknie, siostry. I podchodzi do dzieła. Oooo nawet są spineczki…I patrzy wzrokiem detektywa na jedyną z własnym włosami na głowie 😀

15129785_1320702627940831_1699757565_n„Dzieło” powstało, bo strasznie ciągnęło od okna. Komuś przy zamykaniu weszły koraliki od żaluzji, tak, że nie można było wyciągnąć, choć próbowało wiele osób, wdrapując się na parapet.  Oczywiście zostało to zgłoszone, podano dalej do działu technicznego, ale przez trzy dni naszego pobytu- reakcji brak.

***

-Wysmarowałam się kremem w tym czarnym opakowaniu- Tuśka widzi, że z każdym słowem Babcia ma coraz większe oczy i bledszą twarz- jest świetny, mogłabyś mi go kupić?- dodaje już trochę niepewnie. Babcia dziwnym głosem  mówi, że gdyby wcześniej coś powiedziała, bo to trzeba zamówić i  dość długo się czeka.  Ale oczywiście, kupi. A ile kosztuje?  380 złotych– pada z ust babci. Tym razem to Tuśka blednie i od razu mówi, że nie zwariowała, by stosować tak drogi krem. Szczególnie że jeszcze nie musi. Ale wiesz, mamo, naprawdę od razu widać efekt.  Nooo, za taką kasę spróbowałoby nie…;D

***

O tym, że optymizm ma wpływ na przebieg choroby, jej odczuwanie to, chyba nie należy udowadniać. I nie mam tu na myśli, tylko optymistyczną wiarę w wyzdrowienie, bo czasem o nią po prostu trudno. Mam tu na myśli, że podnosi jakoś życia w chorobie, podczas leczenia. Osobiście uważam, że nie mam natury optymistycznej, wesołka patrzącego przez różowe okulary na życie. Ale potrafię nie martwić się na zapas, stosując różne metody, bo uważam, że na to zawsze przyjdzie czas. Ale jestem realistką i rozmawiam o sprawach trudnych i niewygodnych, nie chowając głowy w piasek, czego również wymagam od innych- oczywiście, jeśli temat dotyczy mnie, a dana osoba zdaje sobie sprawę, tylko…ściemnia, bo być może chce mnie chronić, pocieszyć. Albo jej się wydaje, że wie, co czuję. To, że się wkurzam na skutki uboczne leczenia, bierze się z tego, że nie wiem, jakbym się starała, to zabiera mi ono czas na życie. A perspektywa, że tak już będzie do końca, jest bardzo realna.  Dlatego tak ważne są pokłady optymizmu, które w każdym człowieku się znajdują. Dobrze  jest się otaczać ludźmi, którzy potrafią go z ciebie wyciągnąć.  I takimi, przy których nie musisz się  cenzurować, obawiając, że każde „narzekanie” na to, co się z tobą teraz fizycznie, ale i psychicznie dzieje, jest odbieranie jako użalanie się i niedocenianie życia. Bo tak nie jest.

Ja niezmiennie z uśmiechem powtarzam, że w tym wszystkim jestem szczęściarą.

***

Zrobiłam bilans i…poczułam ulgę. Przestałam się czuć…osaczona. Odzyskałam jeden dzień tygodnia, w którym często byłam tam, gdzie mnie nie było. Jak to się mówi: nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło 😉

Nie ogarniam się. Ze zdziwieniem przyjmuję do wiadomości, że to już czwartek. Nie ogarniam też przestrzeni wokół siebie. Wokół mnie coraz większy rozgardiasz. Omijam wzrokiem. Zero mobilizacji.

Jeśli OM dotrze dziś do DM, to odbierze mój wynik z TK, o ile już jest. I dowiem się, czy chemia działa, czy nie. Mogłabym poprosić Miśka, żeby to zrobił (sam się zadeklarował), ale…Ha! Ja wciąż chronię swoje dzieci. Dopóki mogę. I nieważne, że są już dorosłe. Tak czy siak, i tak po skończeniu 6 cyklu (dwie doktórki stwierdziły, że dobrze jednak będzie wziąć chemię do końca)  znowu będę miała TK , bo takie są procedury, żeby dostać refundowany lek, o ile wszystko będzie ok. To znaczy, skorupiak w remisji, niewidoczny dla sprzętu rtg.

 

 

 

 

 

 

Reklamy