O starości…i niepamięci…

Nie każdemu dane jest w biegu odejść. Szybko, bez sprawiania nikomu kłopotu…W pełni swojego starczego, samodzielnego życia. Krótka choroba, która nie zdąży udręczyć chorego ani jego bliskich. Starość, która swe piętno naznaczy tylko w metryce, bez licznych przewlekłych chorób, bez starczej demencji…Tak do niebiańskich bram pukają nieliczni, którzy dożywają słusznego wieku. Niestety. Przeważnie choroba albo starość…najpierw odczłowieczy…To jest pokłosie osiągnięć medycyny.

Codzienna porcja tabletek, brak apetytu i jadłowstręt, to najmniejszy problem, kiedy wkracza demencja starcza i czyni spustoszenie. U Teściowej to jej początki, ale już widać, że proces postępuje. I że łatwo nie będzie. Również z zapewnieniem opieki. Teściowa najlepiej reaguje na OM i najchętniej chciałaby, żeby to on codziennie jej przygotowywał jedzenie, pilnował brania tabletek, co jest niewykonalne, mimo że mieszkamy obok. Dlatego też, kilka dni w tygodniu spędza u niej jej młodsza siostra, którą ustawia po kątach. Żeby pojechała do córki, nawet nie ma o tym mowy. Rozmawiałam z OM o zapewnieniu kilkugodzinnej opieki przez kogoś obcego, kto by przede wszystkim przypilnował leków i ewentualnie ugotował jakąś zupę i towarzyszył przy posiłkach. Wiem, że wraz z Rodzinną (siostrą) już o tym rozmawiali, ale decyzja jeszcze nie zapadła. Prędzej czy później będzie musiała.

Bezsilność, to uczucie nam towarzyszy. Bo gdyby nie moja choroba, to na tym etapie poukładalibyśmy  wszystko tak, że dodatkowa opieka nie byłaby jeszcze potrzebna. Szczególnie że nie wiemy, jak na nią zareaguje mama OM. Jej i tak niełatwy charakter stał się bardziej uciążliwy i nieznośny. Najbardziej obrywa ciocia, która wcale nie ma obowiązku sprawować opieki, która już taką opiekę ma za sobą, gdyż przez lata opiekowała się  matką- babcią OM. Ale chce, mimo wszystko.

Nie mam takich doświadczeń. Moi dziadkowie odeszli w biegu…zawał, wylew, rak…Dziś rak, nawet ten śmiertelny, najczęściej jest chorobą przewlekłą. Moja babcia od diagnozy żyła 3 miesiące, ja…już żyję osiem lat, a w sumie zaraz będzie osiemnaście.

Starość bliskich to trudny temat. Do ogarnięcia. Wymaga dużej cierpliwości, ale również dużo czasu. I tego czasu brakuje, bo cierpliwości OM ma całe pokłady w sobie. Mimo cholernie trudnego czasu. Na niejednym  froncie. Czasem się głośno zastanawia czy uda mu się ogarnąć wszystko: chorobę mamy (o mojej nie mówi, bo zaklina rzeczywistość), pracę, walkę z US i z upierdliwym sąsiadem…Gdzie czas na normalne życie?

A ja uciekam od myśli, które co jakiś czas dobijają się i nie poddają się w swej natarczywości. W takich momentach brakuje mi…rodzeństwa.

************************

I kolejny raz dopiero na dwie godziny przed planowanym wyjazdem sprawdzam w papierach i…Data przyjazdu na wyniki stoi jak byk: 30.10. Jak ten byk, czyli pomyłka, bo to niedziela. I mam zagwozdkę czy wizytę mam w poniedziałek, czy piątek. Przez chwilę mam ochotę zrezygnować z wyjazdu i zakopać się pod kocyk, bo kaszel i katar nie dają za wygraną. Z drugiej strony, poniedziałek kompletnie mi nie odpowiada, więc się mobilizuję i jadę.

Dzisiaj w przychodni jestem punkt 8.30, czyli w momencie rozpoczęcia przyjmowania. Dziwi mnie jednak ciemność za drzwiami gabinetu i żadnej żywej duszy w poczekalni. Idę do rejestracji zapytać się, czy dziś w ogóle są przyjęcia- są! Wracam pod drzwi gabinetu, siadam i po chwili przychodzi pani Irenka i zaprasza mnie od razu do gabinetu. Dowiaduję się, że dobrze, że przyjechałam, bo w poniedziałek przychodnia nieczynna. Teraz dałabym sobie głowę uciąć, że na oddziale p. Ida na pewno o tym informowała, ale ja na śmierć zapomniałam. Miałyśmy też czas na pogadanie i po raz pierwszy p.Irenka pokazała swoje lepsze oblicze ( nie jest za bardzo lubiana przez pacjentki). Opowiedziała mi o wczorajszym programie „Sprawa dla reportera”, w którym wystąpił lekarz onkolog, i dała mi nawet jego nazwisko, bo była zachwycona jego podejściem do pacjenta. I ubolewała nad tym, że tu, w tym gabinecie nie ma czasu by dłużej porozmawiać z pacjentem- i to jest prawda, choć ja nie narzekam. Wychodzę ze skierowaniem do laboratorium, ani p. Doktor, ani pacjentek wciąż nie ma. Wchodząc po schodach do laboratorium dopadła mnie myśl, że z moją hemoglobiną może być kiepsko…Po półtorej godzinie znowu wchodzę do gabinetu. Pani Doktor oznajmia, że wyniki są wystarczające, choć kreatynina za wysoka ( zaleca nawadnianie), a hemoglobina poleciała w dół ( jest poniżej normy) i to więcej niż ostatnio, więc wypisuje żelazo. Zastrzyk też. Zaopatrzona w recepty jadę taksówką do apteki, a potem do mieszkania. Jeszcze tylko powrót do domu i można odetchnąć. Rozmawiałam z panią, która do domu ma 700 km, a przyjeżdża do kliniki na jeden dzień na chemię, bo tam gdzie mieszka położyli na nią krzyżyk, stwierdziwszy, że już nic nie mogą jej oferować, jeśli chodzi o leczenie. Także te moje 120 km do pokonania to pikuś i sama przyjemność, bo DM to mój drugi dom przecież.

Po przyjeździe padłam jak kawka i…zasnęłam 🙂 Nie wiem, co ja teraz będę robić w nocy 😉

Reklamy