Jak to ja…

Stwierdziwszy, że jeśli chcę wyruszyć do DM  kole 15., to o pierwszej należy się wynurzyć  spod kołderki i zacząć się szykować.  I tak zrobiłam. Zaczęłam od  papierów i…od razu nerw- nie ma skierowania na TK. Przekopałam wszystkie teczki, w ogóle nie licząc na cudowne odnalezienie. Zgubić nie zgubiłam, więc…Pogrzebałam w odmętach mej pamięci i ustaliłam sama ze sobą, że skierowanie zostało u pielęgniarki, która wyznaczyła mi termin badania. Mając nadzieje, że jakimś cudem znajdzie się jutro w innym budynku w rejestracji, a ja na darmo się nie przejadę, zeszłam na półpiętro skserować wynik z  poprzedniego TK, a następnie zrobiłam sobie kąpiel dla relaksu. Stwierdziłam, że  nie będę się denerwować tym faktem ( Nerw był na własną osobę, że jak to ona-ja zawsze wszystko na ostatni moment, a mogła się zorientować wcześniej, zadzwonić, upewnić się, a nie na 2 godziny przed wyjazdem i to w niedzielę siać panikę przez moment). Ale luz. Przecież jakby co, to i tak nie jechałabym na darmo, bo chociażby po to, by ciesząc się jazdą Julkiem, w cudnie nasłonecznionej drodze podziwiać jesienny pejzaż, na i po pierogi, uściski i pogaduchy z Aliś ;D (PT się włóczyła na wizjach po stolycy ;))

Ciemnym rankiem wezwałam taksówkę (Julka zostawiłam pod blokiem z czystej wygody, gdyż nie mogłabym wjechać na teren szpitala, a taksówką już tak ) i pomknęłam zderzyć się z rzeczywistością. Przed okienkiem rejestracji nikogo nie było, więc niepewnym głosem  zaraz po „dzień dobry”, mówię, że ja tu dziś na TK. Pani zapytała się skąd skierowanie, czy od nich, więc odpowiadam, że tak, z poradni onko. Widzę, jak wstaje od komputera, podchodzi do regału i wyciąga…tadam…moje skierowanie. Składam na nim podpis i wraz z dużą kopertą, ucieszona jak Dziki Dżinks  pognałam do budynku M.

Badanie odbyło się z 1,5-godzinnym poślizgiem ze względu na to, że dużo było pacjentów z oddziałów, którzy mają pierwszeństwo. Po raz pierwszy bolało mnie podanie kontrastu, ale zostałam uprzedzona, bo wkuto mi najcieńszą igłę w cienką żyłę przy kciuku. Kiedy czekałam na badanie, zagadała do mnie bardzo sympatyczna ( na oko starsza) Pani, która musiała położyć się na oddział, by odbyć bardziej skomplikowane badanie. Rozmawiałyśmy sobie o tym i owym, aż w pewnej chwili nachyliła się konspiracyjnie w moim kierunku i zasłaniając ręką usta, powiedziała, że bardzo przeprasza za to co powie, ale…Pani na sali leży z dużo starszą kobietą, bo 82- letnią. Na oko w ciężkim stanie, z wyglądem jakby zaraz miała wybrać się na drugą, tę lepszą stronę. Przy niej przez cały czas siedzi mąż, i nie byłoby w tej historii niczego zdumiewającego, gdyby nie zachowanie obojga. Pan przez cały czas głaskał, całował swoją żonę, na co ta  w pewnej chwili  mówi: oj, jak ja ci dawno nie wsadzałam ręki w rozporek… I wsadziła. Mąż tej pani oferował po sto złotych pielęgniarkom, żeby mógł zostać na noc i …uprawiać sex, czym wprawił w osłupienie personel. No mnie ta historia zdumiała, i nie tym, że ludzie w podeszłym wieku wciąż mają ochotę na seks, ale tym, że nie potrafią powstrzymać swojej chuci.

Na samym początku mego czekania wysłałam SMS-a do Graszki- chciałam się upewnić, że nie ma jej obok w budynku L. Długo nie miałam odpowiedzi, co mnie trochę przygnębiło, ale w końcu telefon zadzwonił. Niestety akurat jak już byłam wołana na badanie, ale odebrałam. Rozmowa była krótka, dzwonił R. mąż Graszki- są w domu, ale wyniki kiepskie, więc jeszcze nie podjęła leczenia i nie wiadomo kiedy je podejmie. Zaklęłam szpetnie w duchu. Bo tu się liczy czas. Zaraz upłyną 3 miesiące od hajpeka, a leczenie powinno być podjęte po 3 tygodniach do miesiąca. Nie tylko to mnie przygnębiło, ale również to, że wiem doskonale, że Graszka musi być w kiepskim stanie psychicznym, zdając sobie z tego sprawę. Szlag!

Wróciwszy ze szpitala, weszłam pod kocyk z kubkiem kawy, kanapką i czekoladą z orzechami i ciasteczkiem. Czekałam na powrót Mam, bo się minęłyśmy pod blokiem- szła do sklepu. Odpoczęłam, zjadłam jeszcze krokiety i kole 14 wyruszyłam do domu. Na wylocie z DM trafiałam na korek z powodu wypadku – to skrzyżowanie z sygnalizacją, ale jednak  jakieś pechowe, bo to nie pierwszy wypadek, który tam widziałam w tym roku. Pomyślałam sobie, stojąc na jednym z trzech pasów, aby mi, a właściwie Julkowi nikt w kuper nie wjechał. I co? I wjechał. Posuwałam się w żółwim tempie, co chwilę zatrzymując się, już jakiś czas, gdy poczułam uderzenie. Wyskoczyłam z auta z dziką rządzą przywalenia facetowi z Polówki, która to przez cały czas się trzymała Julkowego kupra. Ze słowami na ustach co pan robi i wzrokiem utkwionym w  Julkowy zad, poczułam, jak schodzi ze mnie powietrze- kuper cały! Spojrzałam na przód Polówki, i nie dostrzegłam tam nic, co świadczyłoby o gwałtownym zbliżeniu. Ze słowami, że należy zachować bezpieczną odległość, wsiadłam do auta. Ufff… W korku zmitrężyłam 45 minut.

W domu wyłożywszy przywiezione pierogi, krokiety, rybę, surówkę do lodówki i wyciągnąwszy sok pomarańczowy, sama się wyłożyłam na kanapie i tak leżałam do powrotu OM, który zrobił kolację, którą zjadłam na leżąco. Potem przeniosłam się na górę do łóżka, włączyłam usypiacz i… spałam dziś do 10., odsypiając emocje wczorajszego dnia.

Reklamy