Tylko nie krzycz…

Mamo…

robię…

sobie…

Tylko nie krzycz.

Nawet jeśli chciałabym, to w tamtym czasie nie miałabym siły na żaden krzyk. Leżałam w miastowym mieszkaniu i ledwo odbierałam bodźce z zewnątrz. Ale nawet gdybym była w pełni energii, to nie było powodu do krzyku. Tuśka zbyt asekuracyjnie się zachowała, może dlatego, że nigdy tego tematu nie poruszałyśmy, więc tak naprawdę nie znała mojego zdania. Wprawdzie zadałam je głupie pytanie: po co? Na które otrzymałam oczywistą odpowiedź: bo chcę. Uśmiechnęłam się tylko i napisałam ( bo cały czas kontaktowałyśmy się przez WhatsAppa): a gdzie i jaki?  Kiedy zobaczyłam motyw już wiedziałam dlaczego taki a nie inny…i po co…

Zanim dzieło się zmaterializowało uległo przeobrażeniu ale sens pozostał ten sam. Kształt wyraża to, co miało wyrażać. ( wolność od genetycznego przeznaczenia).  Podoba mi się.

Na razie wciąż skrycie chroniony przed oczami niektórych 😉

Najbardziej dziadka się boję.  Na co ja: Dziadek nie zauważy, a zawsze możesz powiedzieć, że to naklejka z lizaka 😀 

Hmm…trochę optymistycznie, bo w końcu wcale mały nie wyszedł.

Tatuaż.

&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&

Weekend cudownie zleciał pośród Bliskich i kwiatów 🙂 Najpierw w niedzielny poranek pojawił się Tata z ogromnym wiechciem a potem już poszło i tak do wieczora. Oraz rozgrzany telefon…I tak kolejny rok do przodu 😉

&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&

Ze smutnych wiadomości to takie, że Graszka wciąż w szpitalu ( po drugiej operacji) i nie wiadomo kiedy wyjdzie. A czas leci…

U siebie…

OM za bardzo dosadnie wziął sobie moje słowa „jak najpóźniej” odnośnie czasu wyjazdu z DM, do tego, jak to zwykle bywa, przypałętały się pewne okoliczności i  w domu byliśmy dopiero tuż przed 23. Moje przywitanie z domem po 11 dniach nieobecności nie było spektakularne, ale też i niestandardowe. Gdy tylko weszłam, to kąta okiem zarejestrowałam, że jest wysprzątane i udałam się do toalety…A tam, choć z całkiem innym zamiarem się znalazłam, to wpadłam w objęcia zielonej miski…Dzieła dokończyłam na sofie, bo było długie i obfite…Potem już z czystą miską udałam się na górę. Przyjemnie, bez względu na okoliczności znaleźć się w końcu we własnym łóżku. A rano obudzić się z widokiem na drzewa…

Poprosiłam OM o zakup arbuza- ratował mi życie- i sok z marchwi- codziennie piłam, bo tylko on mi wchodził, zresztą jest zalecany. A OM jak to OM, szczęśliwy, że już jestem w domu, założył, że teraz, już na ten czas mogę wszystko i przywiózł: maliny, jeżyny, borówki, mandarynki, arbuza, sok i mnóstwo innych rzeczy do jedzenia. Zmuszając mnie już trzeci raz do zejścia z rana na dół, żebym zobaczyła te wszystkie zdobycze 😉 Nie oponowałam, bo choć jeszcze się zachwieję, to ruszać się muszę, żeby odbudować masę mięśniową 😉 Poinformował mnie, że Tuśka po pracy przyjedzie ugotować obiad…Taa…dla niego, bo ja miałam zmiksowaną zupę i dla mnie jak już to aż zanadto. Wiem, że chce dobrze, ale to tak nie działa, jak za dotknięciem jakieś różdżki.

Staram się co chwilę memłać coś w buzi i połykać. Raczej owoce. Smak jeszcze nie wrócił i dlatego arbuz i sok marchwiowy to jedyne smaki, które czuję. Zmusiłam się do wypicia drinka- z sukcesem, bo został w mych wnętrznościach w całości 😉 Masą ciała się tak nie przejmuję, jak anemią. Pijam jakieś zioło, które ma w sobie żelazo, ale również jest przeciwwymiotne- to zdobycz PT.  Jestem obłożona miseczkami, a w każdej z nich coś innego, a lodówka pęka w szwach 😉 Mój brzuch się buntuje po każdej niewielkiej porcji. Wiem, że jedyną metodą są niewielkie ilości, ale często, więc w sumie ciągle coś memlę 😉 Na szczęście jest dużo lepiej, choć do normalności długa droga, i wcale nie jestem pewna czy dojdę do niej przed kolejnym cyklem chemii. Ale walka o dobre wyniki już się zaczęła!

Z dozą nieśmiałości szarpię za kosmyk włosów, który wciąż jeszcze się trzyma. Tuśka chciała zorganizować nam wspólny weekendowy wyjazd nad morze, ale w tych okolicznościach, kiedy w każdej chwili mogę zacząć linieć…;) Nie, to nie jest główny powód. Głównym powodem jest to, że i dzisiejszy dzień przywitałam z miską w objęciach…Ale! najpierw nacieszyłam oczy takim widokiem:

 

Słoneczniki z ogrodu LP, która przyniosła je wczoraj wieczorem 🙂 Z obietnicą gołąbków dzisiaj 😉

Miłego weekendu 🙂