U siebie…

OM za bardzo dosadnie wziął sobie moje słowa „jak najpóźniej” odnośnie czasu wyjazdu z DM, do tego, jak to zwykle bywa, przypałętały się pewne okoliczności i  w domu byliśmy dopiero tuż przed 23. Moje przywitanie z domem po 11 dniach nieobecności nie było spektakularne, ale też i niestandardowe. Gdy tylko weszłam, to kąta okiem zarejestrowałam, że jest wysprzątane i udałam się do toalety…A tam, choć z całkiem innym zamiarem się znalazłam, to wpadłam w objęcia zielonej miski…Dzieła dokończyłam na sofie, bo było długie i obfite…Potem już z czystą miską udałam się na górę. Przyjemnie, bez względu na okoliczności znaleźć się w końcu we własnym łóżku. A rano obudzić się z widokiem na drzewa…

Poprosiłam OM o zakup arbuza- ratował mi życie- i sok z marchwi- codziennie piłam, bo tylko on mi wchodził, zresztą jest zalecany. A OM jak to OM, szczęśliwy, że już jestem w domu, założył, że teraz, już na ten czas mogę wszystko i przywiózł: maliny, jeżyny, borówki, mandarynki, arbuza, sok i mnóstwo innych rzeczy do jedzenia. Zmuszając mnie już trzeci raz do zejścia z rana na dół, żebym zobaczyła te wszystkie zdobycze 😉 Nie oponowałam, bo choć jeszcze się zachwieję, to ruszać się muszę, żeby odbudować masę mięśniową 😉 Poinformował mnie, że Tuśka po pracy przyjedzie ugotować obiad…Taa…dla niego, bo ja miałam zmiksowaną zupę i dla mnie jak już to aż zanadto. Wiem, że chce dobrze, ale to tak nie działa, jak za dotknięciem jakieś różdżki.

Staram się co chwilę memłać coś w buzi i połykać. Raczej owoce. Smak jeszcze nie wrócił i dlatego arbuz i sok marchwiowy to jedyne smaki, które czuję. Zmusiłam się do wypicia drinka- z sukcesem, bo został w mych wnętrznościach w całości 😉 Masą ciała się tak nie przejmuję, jak anemią. Pijam jakieś zioło, które ma w sobie żelazo, ale również jest przeciwwymiotne- to zdobycz PT.  Jestem obłożona miseczkami, a w każdej z nich coś innego, a lodówka pęka w szwach 😉 Mój brzuch się buntuje po każdej niewielkiej porcji. Wiem, że jedyną metodą są niewielkie ilości, ale często, więc w sumie ciągle coś memlę 😉 Na szczęście jest dużo lepiej, choć do normalności długa droga, i wcale nie jestem pewna czy dojdę do niej przed kolejnym cyklem chemii. Ale walka o dobre wyniki już się zaczęła!

Z dozą nieśmiałości szarpię za kosmyk włosów, który wciąż jeszcze się trzyma. Tuśka chciała zorganizować nam wspólny weekendowy wyjazd nad morze, ale w tych okolicznościach, kiedy w każdej chwili mogę zacząć linieć…;) Nie, to nie jest główny powód. Głównym powodem jest to, że i dzisiejszy dzień przywitałam z miską w objęciach…Ale! najpierw nacieszyłam oczy takim widokiem:

 

Słoneczniki z ogrodu LP, która przyniosła je wczoraj wieczorem 🙂 Z obietnicą gołąbków dzisiaj 😉

Miłego weekendu 🙂

Reklamy