Dwanaście dni do czwartego razu…

Do trzech razy sztuka w moim przypadku się nie sprawdziło. Chociaż, żeby być precyzyjną i wziąć pod uwagę, że to jest drugi skorupiak, to „do trzech razy” ma zastosowanie, mimo iż to czwarty raz…hmm…

Wyszłam z gabinetu p.Doktor już z konkretnym terminem (nie muszę mieć konsylium). Pani Doktor wszystko wiedziała, co się dzieje, bo miała kontakt z p. Profesor, więc tylko czekała na moje pojawienie się. Za 12 dni czeka mnie szpital i…czwarta chemia. Agresywna. Taka, która kolejny raz mnie przeczołga. Jechałam z postanowieniem, że będę negocjować, żeby leczenie zacząć we wrześniu. Bo chcę nabrać sił, odpocząć, nacieszyć się latem w sierpniu…Nawet się nie odezwałam…Nie wiem dlaczego. Pani Doktor obejrzała brzuch…Bolący. Bardziej niż wcześniej – wróciłam do silniejszych przeciwbólowych. Na dodatek w okolicy gdzie był najgrubszy dren, czuję bolesne zgrubienie. Albo to po drenie, albo wszczep, ale tym się przejmować nie będziemy- to słowa p.Doktor. Najważniejsze teraz jest leczenie, żeby zapewnić mi spokój na kilka lat- to też słowa p. Doktor- optymistki.

Z kliniki pojechałam do Mam. Przyszedł Misiek. Najpierw myślałam, że nie powiem im, iż nie muszę mieć konsylium i już wiem, co dalej; że odroczę tę wiadomość przynajmniej do czwartku. Ale jednak zmieniłam zdanie. Wiedzą. Do OM zadzwoniłam. Nie rozczulam się nad sobą, tylko nad nimi…gdy nie widzą.

W czwartek jadę do DM na ściągnięcie szwów i zabieram Mam na wieś. I tak miała przyjechać na cały tydzień  z tatą w piątek. Przynajmniej przejedzie się Julkiem 🙂 A Julek spodobał się i Mam i Miśkowi 🙂  A mój Brat ( dla jednych kuzyn, dla drugich brat cioteczny, a ja mówię brat)  napisał mi, że Julek jest oryginalny i pasuje do mnie 😀  Moja podróż z Julkiem przebiegła komfortowo 🙂  Niestety, Julek jest bardziej żarłoczny od poprzednika, na dodatek potrzebuje droższej strawy 😉 Poza tym żadnych innych wad nie posiada 😉 I co najważniejsze, jego hamulec ręczny ma moc!  Julka poprzednik, mimo że naprawiany, to miał hamulec taki, jakby go w ogóle nie było. Raz auto goniłam, kiedy zaparkowałam u LP, a ona ma ostro z górki. Całe szczęście, że zrobiłam to na skos i auto zatrzymało się na iglaku i siatce. Gdybym zrobiła to centralnie prosto, to zjechałoby na dół i zatrzymało się na garażu…w stanie nie do użytku.  A teraz przede wszystkim mogę w DM parkować przed garażem taty (niedawno kupił jedyny garaż w bloku- ktoś odsprzedawał), a nie szukać miejsca parkingowego, szczególnie w godzinach pracy spółdzielni mieszkaniowej, bo wtedy o miejsce jest ciężko. Poprzednikiem nie mogłam tego robić, bo wjazd do garażu jest stromy. Wszyscy bliscy i znajomi królika jak tylko przyjeżdżali, mieli ten komfort, tylko nie ja. Teraz mam i ja! 😀

Wracając do domu, mimo wszystko nie miałam przygnębiającego nastroju, ale trochę było mi smutno. Pewnie podświadomie z powodu tego, co za moment mnie czeka, ale przede wszystkim z powodu czasu, który ucieka…Patrząc na mijane okolice już nie zobaczyłam na polach czerwonych maków ani fioletowej facelii, a łany zbóż już dawno sprzątnięto…Smutno, pusto…Jedynie w sadach są jeszcze kolory; czerwienią się jabłka i brzoskwinie, a śliwy nabrały intensywnego fioletu. Po wręcz upalnym poniedziałku, wtorek-potworek był nie dość, że o 11 stopni chłodniejszy, to jeszcze rześki z zimnym wiatrem. Mówią, że lato już się kończy, a ja mam wrażenie, że jeszcze się nie zaczęło…dla mnie.

Od kilku dni siedzę przy kompie i robię porządki w zdjęciach. Odkąd posiadam Nikosia ( z osiem lat już), to praktycznie zdjęcia nie wywołuję, tylko trzymam na jakiś nośnikach. W ostatnich latach nawet nie zgrywałam na płytkę. Teraz postanowiłam z każdej naszej wyprawy wybrać zdjęcia i je wywołać do albumu. Pierwszy album na wiosnę zrobiłam Pańciowi, głównie z naszego wspólnego pobytu nad morzem. A teraz zrobię kilka albumów ( jeden zestaw już wysłałam online do Foto Jokera) z myślą o OM, który w kompie ogląda zdjęcia zaraz po powrocie z wojaży (jak mu komp pod nos podsunę), a potem już nie. Album na półce, po który w każdej chwili można sięgnąć, to jednak zupełnie co innego. Nosiłam się już z tym jakiś czas i w końcu się zmobilizowałam. A przy okazji na „moich ścieżkach” publikuje takie, które mogę upublicznić i coś pokazać.

Miałam kiepską noc. Budziłam się kilka razy, odczuwając ból…Teraz jeszcze doszły dolegliwości zatokowe. A w planach mam wypad do ŚM między innymi po odbiór zdjęć.

Miłego! 🙂

Reklamy

Julek Żółtek- mój nowy towarzysz ;)

OM już od jakiegoś czasu przebąkiwał, ale ja nie zwracałam na te „pierdnięcia” szczególnej uwagi. Lubiłam, a nawet więcej, to co mam i żadnych zmian nie wymagałam. Nie potrzebowałam. Szczerze mówiąc, nigdy żadnych preferencji nie miałam, no może sentyment- nie wiadomo skąd- do Szweda V. Kiedy zaprowadził mnie na nasze pierwsze spotkanie, przedstawił, to się uśmiechnęłam, z grzeczności usiadłam, ale zaraz podskoczyłam i odeszłam na bok, bo zadzwonił telefon- to był nerwowy czas oczekiwania na termin operacji. Dzwonił Misiek, więc się rozgadałam… i do Julka już  nie wróciłam. OM jednak stwierdził, że na koniec roku zaprosi go do naszego domu i odda w moje ręce. Przyjęłam wiadomość dość sceptycznie…z rezerwą.

A potem był szpital…I myśl, że nie ma na co czekać. Że jeśli OM chce, to ja chcę wcześniej. Zaprzyjaźnić się jeszcze o siłach. Nacieszyć się. Telefon do OM i jego zgoda, więc jak tylko przywiózł mnie ze szpitala w niedzielny  wieczór, usiadł przed kompem i zaczął poszukiwania Julka Żółtka w całej Polsce (ten z DM zdążył  się ulotnić- widocznie nie było nam pisane). Znalazł tam, gdzie podobno  „złoty pociąg” rezyduje. W ciągu tygodnia załatwił wszystkie formalności adopcyjne, mimo nawału pracy, przemęczenia. Cieszył się jak dziecko, że to dla mnie 🙂

Po Julka pojechał sam, w sobotę, kiedy ja spędzałam towarzyski dzień i wieczór w dużym gronie bab. Dzwonił po pierwszych wspólnych kilometrach, zdając mi relacje, jak się im razem podróżuje, a potem zatrzymali się na obiedzie (Julek poznał fajną knajpę, w której jedliśmy z OM dwa lata temu, wracając z gór). Ostatni telefon dostałam z informacją, że podróż szczęśliwie dobiegła końca, panowie się bardzo polubili i zdjęcie Julka w domu 🙂 Mój Tata przywitał go też z entuzjazmem 🙂 No cóż, Julek to cudzoziemiec egzotyczny, musi się odnaleźć na wsi 😉 A i ja się przyzwyczaić, bo nigdy z żadnym Japońcem nie miałam do czynienia (oprócz typowego japońskiego turysty na szlakach turystycznych w różnych miejscach). Nasza rodzina- ja z OM- upodobała sobie brać niemiecką. Francuz i Włoch też się trafia, ale tylko w relacjach służbowych. Prywatnie to nasi zachodni sąsiedzi wymiatają. A tu taka zmiana…;)

W samo niedzielne południe zobaczyłam Julka na własne oczy…z odległości. Krzyknęłam: cześć chłopie, witaj w domu! …i weszłam do domu. A tam milczący OM. Zapadnięty w stupor. Myślałam, że coś się stało, ale nie używając głosu kiwa głową, że nie. Jeszcze się nie domyślam, zmęczona jazdą, niewyspana, trochę cierpiąca, bo zapomniałam szpitalnych tabletek przeciwbólowych. Ale jedno spojrzenie na pokój i…już wiem…OM jest pijany! No dobra, wypity i zmęczony;p Ślady wskazują, że ktoś był (o 9. rano odwiedził go znajomy z kolegą z Kanady); nawet chciał popracować i złożyć nowy stolik, ale…się nie udało. Obawiałam się, czy wszystkie elementy się znajdą, bo sprzątając jedzenie jakieś śrubki powyciągałam 😉 Piłeś? Kiwa głową, a ja z ulgą się śmieję. Pytam się jeszcze, czy mi wniesie bagaże. Poszedł, przyniósł i zanim się obejrzałam, zniknął za drzwiami w pokoju na półpiętrze. Zaczęłam się śmiać- niech się wyśpi i wytrzeźwieje. Sama poszłam z kubkiem herbaty na górę chwilę poleżeć. Oficjalne powitanie Julka musiało poczekać, z prostej przyczyny: nie wiedziałam, gdzie są dokumenty ani inteligentny klucz do jego wnętrza.

Po piętnastu minutach- w drzwiach Pańcio ze swoim tatą. Zięć przyszedł do stolika (widocznie zapobiegliwy OM, który poległ w przedbiegach w składaniu, zadzwonił po pomoc), a Pańcio do Julka. Kombinował, kombinował, ale obiecałam, że dopiero za jakiś czas  aż ja odpocznę a OM się wyśpi) pójdziemy, więc się umówiliśmy, że przyjdzie do nas jeszcze raz. Przynajmniej stolik  stanął na nogi i to w ciągu 10. minut 🙂

OM swe zwłoki postawił do pionu kole 15. Zgarnęłam go wraz z szampanem do Dzieci. Tam radość Maluchów (Pańcia z Kuzynkiem) na widok Julka i obowiązkowo (obiecana  niejednej osobie) sesja fotograficzna. Okrojona, bo nie było czasu łapać koguta czy znosić Żaba, by spełnić życzenie Bliskiej ;)( się nadrobi). Zapakowaliśmy chłopaków i pojechaliśmy do LP, już kilka dni wcześniej byłyśmy umówione. A tam  w ogrodzie pogaduchy i zabawa z dziećmi. I oczywiście na Julku nie pozostawiliśmy suchej (żółtej) nitki 😉 Julek podbił serca wszystkich. Pańcio odwieziony do domu rozstawał się z  płaczem 😉

Jeśli chodzi o mnie, to szybko się dogadałam z Julkiem. Obiecałam mu, że się zaprzyjaźnimy…na dłużej 😀 Teraz tylko muszę się o to postarać.

Dzień był intensywny, pełen dobrych emocji. OM zapobiegliwie załatwił sobie na nocny wyjazd kierowcę;)

Dziś z Julkiem jedziemy do ŚM, postanowiłam, że spróbuję wyrwać ZUS-owi, to, co podobno mi się należy. A jutro pojedziemy w trasę, którą przez ostatnie 26 lat pokonuję kilkadziesiąt  razy  w roku. Pokażę mu ulice mojego rodzinnego miasta 🙂

A teraz się przyznam do własnej pomroczności, a mianowicie:

Zostawiłam auto na parkingu pod blokiem rodziców na całe 48 godzin. Na tym samym, na którym kiedyś z innego auta ukradziono mi przednie lampy, z innego wybito szybę i ukradziono Miśkowego laptopa (nie było mnie tylko dwie godziny), jak również z auta jeszcze wtedy przyszłego zięcia, wypasioną skrzynkę na narzędzia. W sumie trzy zdarzenia na tyle lat to może nic takiego wielkiego, ale każdy wie, że w kamienicy obok mieszka szemrane towarzystwo. Zostawiłam zamknięte i z niczym na wierzchu, coby ewentualnie skusiło. Tak myślałam. Bo kiedy w niedzielę otworzyłam drzwi od kierowcy, zobaczyłam na siedzeniu…klucz zapasowy od auta. Nogi mi się ugięły. Nie mam pojęcia, skąd się tam wziął! A żeby było dowcipnie, musiałam na nim siedzieć przez całe 120 km. I żeby było jasne, to nie jakiś tam maleńki, płaski  kluczyk.

rybka-chrom-1024x682

U mnie jeszcze ze skórzaną zawieszką- sakiewką, do której się go teoretycznie chowa, ale oczywiście nie był schowany!

No, księżniczką to ja na pewno nie jestem ;D Ale szczęście mam!

&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&

Sobotni kilkugodzinny babski wieczór, poprzedzony lodami rolowanymi  z PT i przepyszną kawą,  był cudnie cudowny…I pysznie kolorowy 🙂 Wesoły i momentem bardzo emocjonujący, bośmy ostatnie kilometry mocno kibicowały naszemu brązowemu olimpijczykowi.

13936829_1227537240590704_1835194331_n

Mój pierwszy alkohol od…nie pamiętam kiedy. Ale jak się nie skusić na takie pyszności?

Był tego cały gar! 😀

Niestety, mój wyśmienity humor zwarzył SMS o godzinie 22. Od męża Graszki. Niepokojący, bo powiadomił mnie, że Graszkę z domu zabrano do DM do szpitala, a on jedzie za nią. Nie mogę przestać myśleć w oczekiwaniu na wieści…Wciąż ich nie mam…Martwię się.

 *****************

Na prośbę DD  Julek nie w pełnej odsłonie 😉

13942170_1228682030476225_708529787_n

Cukrowa czy żelazna, jak zwał tak zwał…

Idą wciąż swoją drogą, wcale niełatwą, razem. Sześć lat zaobrączkowani, z 4,5- letnim synem. Rodzina. Pokonują swoje rafy raz lepiej, raz gorzej…A my im mocno kibicujemy, żeby się nie poddawali…troskom i kłopotom dnia codziennego. Żeby nie odpuszczali…i walczyli o swoje uczucia, każdego dnia.

278

Sześć lat temu byłam świadkiem ogromnego szczęścia i wielkiej miłości. Prze- szczęśliwa, że mogę w tym uczestniczyć, że los był łaskawy. To był cudowny czas. Wciąż się wzruszam na samo wspomnienie. Tyle emocji…Niektórzy z Was byli ze mną w tym czasie, to pewnie pamiętają 😉
A dziś Tuśka jest Mamą prawie pięcioletniego szkraba, a ja jestem szczęśliwą babcią. Może nie patrzę ze zupełnym spokojem w przyszłość, ale wierzę, że im się uda. Wierzę w nich! W kolejne wspólne rocznice!

Wierzę, że doczekam też własnej z OM – perłowej. W sumie tylko 13 miesięcy jest do niej, więc…Jak sobie pomyślę, jaki to kawał  wspólnego czasu, to aż się dziwię, kiedy to zleciało. Nie czuję tych lat. Nie oglądam się też wstecz.  Niczego nie żałuję, bo co to da? Nie przeżyje się po raz drugi swojego życia. Można tylko dążyć, żeby było ono lepsze…Staram się więc…Jest dużo łatwiej, bo znamy się już jak „łyse konie”. Łatwiej odpuścić, przymknąć oko, obrócić w żart…Życie nas nie rozpieszcza, ale…uczy pokory i zrozumienia dla słabości drugiego. Bo nikt nie jest maszyną, nawet do zaspokajania czyjś uczuć, choćby z miłości…Wiem, że miałam sporo szczęścia trafiając na OM ( on ciut mniej ;p). Z drugiej strony, nie jest żadnym ideałem, wręcz przeciwnie. Jest dobrym człowiekiem, mężem, ojcem i najlepszym dziadkiem, co Pańcio zaświadczy! 🙂 Przynajmniej stara się być, mimo swoich wad, czasem nieumiejętności negocjacji i wkurzającego uporu.

Moim rodzicom do szmaragdowej ( lepiej mi się podoba niż platynowa) brakuje trzy lata. Również mam nadzieję na wspólne obchody. Może niekoniecznie huczne, ale bycie razem- wszyscy! Bo w rodzinie liczy się bycie ze sobą, nie obok siebie. Nie imprezy, jubileusze, rauty okolicznościowe, ale autentyczne bycie w codzienności. Wzajemne wsparcie. W każdej sytuacji. U nas tak się dzieje. Na szczęście 🙂

A wciąż młodym stażem  małżonkom, życzę przede wszystkim wyrozumiałości dla siebie. Radości ze wspólnego życia. Wzajemnego szacunku. Miłości, bo życie to rzecz dla dwojga…

Samotność jest przeludniona 😉

Miłość sama w sobie jest „nie do pojęcia”, ale dzięki miłości możemy „pojąć wszystko”.-Tischner.
 

 

Koordynacja, czyli dobra organizacja…

Droga do DM skąpana deszczem i zakorkowana. Dałam radę! Przyjechałam na tyle wcześnie, że postanowiłam najpierw zostawić rzeczy w mieszkaniu, zrobić sobie kawę na wynos…a wcześniej skoczyć po…bransoletkę 🙂 A co!

Szwy ściągnięte połowicznie, reszta w czwartek. Z Poradni Chirurgicznej udałam się do Graszki, która dziś już będzie w domu.  Jeden dzień krócej leżała jak ja, ale wydaje mi się, że w gorszym ( słabszym) stanie ją wypuszczają. Posiedziałam chwilkę, bo przecież czekało na mnie konsylium.

Kiedy mnie zaproszono do gabinetu, na mój widok p. Profesor szeroko się uśmiechnęła i od razu zapytała się o samopoczucie. I tyle z przyjemnych wieści, bo…Tak jak się spodziewałam, czeka mnie tradycyjna chemia, ale nie w tym problem  ( choć nie ukrywam, że jestem z tego powodu (nie)szczęśliwa). Problem jest w tym, że wracam do kliniki pod skrzydła mojej p. Doktor. I nie p. Doktor jest problemem, tylko chemioterapia na tym oddziale. Mam porównanie, więc wiem…ale o tym może przy innej okazji. Niestety, w tym szpitalu jest tylko dzienny punkt chemioterapii, więc nie dla mnie. Zresztą p. Profesor powiedziała, że tak było ustalone z moją p. Doktor, że wracam… Ale! Pani Profesor chce mieć pieczę nade mną i dlatego kontrolna wizyta za 3 miesiące, poprzedzona TK i PET-em. I tu zostałam poproszona do drugiego gabinetu, a tam moja przemiła, młoda p. Doktor wręczyła mi wszystkie skierowania i powiedziała, że termin TK umówi poradnia, a skierowanie na PET poszło już faksem i mam czekać na telefon z terminem 🙂 Byłam w szoku. Nie musiałam ganiać kurcgalopkiem i pokonywać odległości między budynkami, ani jechać w drugi koniec DM, aby zarejestrować się na PET. Można? Można! Poprosiłam jeszcze zlecenie na przepłukanie portu, bo w środę pani pielęgniarka obiecała, że to zrobi. Dostałam. W rejestracji poradni pani wzięła kajet i w konsultacji ze mną ( jaki dzień) ustaliła, że TK 24 października ( do pracowni TK  sama dzwoni i ich informuje jaki dzień i na którą godzinę). Pobrano mi jeszcze krew na biochemię; środowe wyniki, łącznie z markerami wszystkie w normie!:) No i akcja port. Pani pielęgniarka przyglądała się, macała i stwierdziła, że z takim nie miała do czynienia. Ale! Poszło jak po maśle. Drożny! Patałachy chirurdzy na oddziale nie potrafili, szkoda, że nie przyszło mi do głowy pójść do poradni, jak leżałam na oddziale. Było minęło, pozostał jeszcze siniak. Wróciłam jeszcze do p. Profesor i młodej Doktórki po zalecenia z konsylium i …serdecznie podziękowałam za wszystko. Czułam się tam bardzo zaopiekowana,  w życzliwej, serdecznej atmosferze. Pożegnałam się ciepło z uśmiechem.

We wtorek przyjeżdżam do DM do mojej p. Doktor. Pewnie w czwartek będę miała w klinice komisję.

A teraz mam zamiar udzielać się towarzysko i zapomnieć na chwilę o skorupiaku i tym, co mnie czeka.

Miłego weekendu!

 

Środowa wizyta poradnianych i szpitalnych włości…

Nie powiem, żebym się denerwowała, ale…Myślałam, że zapadnie wyrok dalszego leczenia, którego się spodziewam, ale szczęśliwa z tego powodu nie jestem. Myślałam, bo nie doczytałam na karcie wypisu szpitalnego, iż wizyta w poradni w środę, a konsylium mam w piątek. (Ale doczytałam, że wystawiono mi kartę DiLO). A tyle się napowtarzam różnym, że jak czytać, to ze zrozumieniem! 😉 Dopiero w gabinecie, młoda p. Doktor ( ta w zastępstwie p. Profesor, która przyjmuje tylko w poniedziałki) mnie uświadomiła. Życzliwie, na wszelki wypadek nawet przedzwoniła, czy jestem w tym terminie już uwzględniona. Byłam. Zostałam skrupulatnie przebadana, wypytana, co wciąż jeszcze łykam. I tu wielki uśmiech p. Doktor, że tak mało. Bo tylko jedne tabletki przeciwbólowe, których już na noc sobie zmniejszam dawkę, i sterydy, które kończę brać w sobotę. Ważę 53, kolejne dwa kilo w dół…Apetyt mam, ale na śladowe ilości, więc jem gęsto i często 😉 Potem zostałam wysłana na spuszczenie krwi.

Do szpitala zawiózł mnie OM i odjechał w siną dal, w swoich sprawach. W planach jeszcze wtorkowych i podczas drogi był jego powrót, a do domu miał mnie odwieźć Misiek. OM plany z weryfikował i powiedział, że będziemy na telefonie, bo postanowił jednak od razu nie wracać, więc może mnie zabrać z powrotem. To było lepsze wyjście, niż czekanie, aż Misiek wróci z budowy z trasy (notabene bliższej naszej wsi niż DM) i wieczorem jazda ze mną. OM  w ostatnich dniach ma grafik napięty jak struny od gitary i czekamy tylko, jak w końcu coś pęknie, kombinując jednak, by się tak nie stało.

Po wizycie udałam się z wizytą na oddział, do Graszki i licząc, że upoluję uśmiech p. Chirurga. Posiedziałam prawie godzinę, tak nam się dobrze gadało, choć G. jeszcze mocno osłabiona. Nie może jeść, bo żołądek nie toleruje. Na dodatek przeżyła przygodę nieuważności pań pielęgniarek. A mianowicie: rozbolała ją potwornie głowa; mierzenie ciśnienia nic nie wykazywało, wręcz było ok. Po długim dopiero czasie zorientowano się, że płyny- leki, które dostawała, idą poza żyłę. Jak już miała twarz i szyję jak bania. Bo dwa wkłucia miała właśnie w szyi. Usunięto. Ale co się nacierpiała, to jej. Schudła, bardzo widocznie. Można powiedzieć, że na szczęście ma wciąż z czego, ale takie raptowne chudniecie, nie jest niczym dobrym, szczególnie w chorobie.

I teraz coś Wam napiszę, o czym chyba tu nie wspominałam, a jest godne tego. Przy Graszce jest cały czas mąż. Cały czas, to znaczy, że przychodzi o godzinie 8 i jest do godziny 20. Robi przy niej WSZYSTKO! Tak było też przez pierwsze dwa dni, kiedy jeszcze razem leżałyśmy. Bardzo sympatyczni ludzie, więc nie oponowałam, że mam przez cały dzień męskie towarzystwo. Przystojne zresztą 😉 I rozmowne. Dlatego oddawałam swoje drugie danie obiadowe, którego i tak nie jadłam, bo wiecie- przez żołądek do serca ;p Czułam się dużo lepiej, i nie krępowało mnie to, choć pomyślałam, że pewnie kilka dni wcześniej  nie byłabym, aż tak tolerancyjna. (Jak Graszka rzygała, to ja leciałam do toalety też rzygać, mimo iż nie miałam już nudności).  Patrzyłam na nich, na niego z dużym podziwem. I z uśmiechem. Widok rzygającej żony to pikuś, przy stomii (do toalety również razem) i praniu bielizny, pomaganiu we wszystkim…Byciu…Strasznie budujący obrazek. Obiecałam wpaść w piątek, o ile jeszcze będą. Graszka moją wizytą tak się ucieszyła, że aż miała łzy w oczach na mój widok. Śmiałam się, że przecież obiecałam 🙂

Wychodząc z oddziału, coś mnie tknęło i zajrzałam do sali Pani (od żołądka), Była. Przywitała mnie z uśmiechem, ale nawet nie siadałam, bo już taksówka czekała. Obiecałam zajrzeć w piątek. Na korytarzu przywitałam się (z ogromnym uśmiechem) z Panem. Szczęśliwa, że ja już poza murami…

Pojechałam do Mam na obiad, ale po drodze kupiłam sobie spodnie i bluzkę. A co! Niestety, jak to ja- nie z wyprzedaży. I…cholercia…każdy, kto mnie zna, wie, że nie przepadam za biżuterią. Nie kupuję. Nie dostaję (no czasem). I jak się uprę to noszę (dwa pierścionki i łańcuszek) nie zdejmując w ogóle. No, chyba że lepię w cieście lub mięsie. Ale po majowej operacji weszłam do Kruka i kupiłam sobie dwa nowe pierścionki, którymi zastąpiłam stare. Bardzo stare. I pomyślałam o bransolecie do nich. Na myśleniu się skończyło. Do wczoraj, bo wlazłam do Kruka i …spodobała mi się jedna. Nie kupiłam, bo decyzję zostawiłam do piątku. Biorąc pod uwagę, że skapną mi pieniądze z ubezpieczania za pobyty w szpitalu, a może nawet i za operację (decyzja już jest, czekam na przelew), to myślę, że cel wydania tych środków jest  całkiem, całkiem…;)

U Mam zjadłam kluski śląskie z kapustą i cielęciną 🙂 Dostałam na wynos i wsiadłam do taksówki, która zawiozła mnie do czekającego już OM. Wracaliśmy przez ŚM, bo tam jeszcze banki i inne urzędy, ale przynajmniej dziś już nie muszę nigdzie jechać. Mam cały dzień na ogarnięcie domu i się. Jutro już sama, wyruszam do DM, prosto do szpitala i zostaję najprawdopodobniej do niedzieli, bo w sobotę mam na działce u Aliś imprezę panieńską. Nie Aliś, tylko bliskiej naszej koleżanki. Panienek nie będzie, bo same mężatki plus dwie rozwódki, w tym przyszła już niemłoda mężatka 🙂 Będzie się działo, więc raczej nie będzie mi się chciało gonić wieczorem do domu. OM i tak ma obawy, że sama jadę. Ja ich nie mam. Męczący byłby powrót w ten sam dzień, a z noclegiem, to bułka z masłem 🙂 Zresztą, być może to będzie moja ostatnia podróż do DM moją B klasą, samochodem, którego pokochałam za jego prostotę i niezawodność. Ok, nie wspomnę o ręcznym, ale to inna historia ;).

No i wiadomość wczorajszego dnia! LP została po raz drugi BABCIĄ! Tym razem WNUK. Dzwoniła do mnie, ale dopiero od serca pogadałyśmy sobie późnym wieczorem. Umówione już na niedzielę 🙂 Być może będziemy opijać podwójne okazje 😉

Szpitalne treści…i domowe wieści…

W pierwszej sali- zanim mnie przeniesiono po operacji do innej-  leżała ze mną Pani, która była już ponad tydzień od operacji-  wysoki stan zapalny żołądka, który w żaden inny sposób nie udało się opanować, jak przez operację. Żołądek miał podjąć pracę po kilku dniach. Miał, ale nie podjął. Pani 600 km od domu, tu na miejscu tylko kuzynka. Byłam w takiej sytuacji dwa razy: odległość od domu 320 km ( od DM jeszcze więcej) i nikogo we Wrocławiu i jego okolicach. Z drugiego pobytu wyniosłam przyjaźń. Niestety, kilka lat temu E. pokonał ten sam ( z grubsza ) dziad- gad, z którym walczę dziś- łącznie już 8 lat. E. walczyła cztery lata… Wracając do Pani…Jeden wielki kłębek nerwów, bo wyniki wszystkie dobre, ale coś jest nie tak, i nie wiadomo  co… Zrobiony w poniedziałek tomograf nie wyszedł, więc powtórzyli…Najpierw mówili o opuchliźnie wątroby, która minie, a po powtórzonym badaniu TK,  jeszcze w ten sam dzień zadecydowali o operacji…Panią operował mój Chirurg, a tę powtórzoną jakaś inna lekarka.  Przez kilka następnych dni nic nie wiedziałam, co się u Pani dzieje, aż sama zaczęłam wychodzić na korytarz i przy okazji okazało się, że Panią również przeniesiono do innej sali obok. Na pierwszy rzut oka było dużo lepiej, ale podczas rozmowy okazało się, że w ciągu tych kilku dni przeszła kolejną, trzecią operację- tę na koniec znowu przeprowadził p. Chirurg- udaną! Ale, żeby nie było…została zakażona bakterią i musi czekać, aż się rana wygoi, zanim wyjdzie do domu…Pani już ponad trzy tygodnie w szpitalu, a przyjechała do DM do lekarza po cudowną pigułkę na żołądek, nie spodziewając się, że zostanie w szpitalu i przejdzie 3 operacje. Zdarza się. Pożegnałyśmy się serdecznie, kiedy wychodziłam do domu.

Drugi przypadek: Pan. Pana poznałam ponad miesiąc temu na konsylium u p.Profesor. Był tam w szpitalnej piżamce, czyli z oddziału. Zobaczywszy go na szpitalnym korytarzu, pomyślałam sobie, że pewnie drugi raz trafił do szpitala. Zdarza się.  Jednak historia Pana trochę się różniła od moich przypuszczeń. Mężczyzna do szpitala trafił z powodu planowej operacji zaćmy, jednak wysoka anemia zdyskwalifikowała go z automatu. Lekarze po drążyli temat i wykonali szereg badań diagnostycznych. Został przeniesiony na innym oddział, a potem diagnoza: rak; operacja i stomia. Pan skołowany, wypytywał się mnie o markery (usłyszał, jak na korytarzu rozmawiałam z Miśkiem, czekając już na wypis) i o chemię. Gdy usłyszał, że ja trzy razy ją miałam, to się uśmiechnął i podziękował. Autentycznie, kolejny raz usłyszałam, że jestem nadzieją. (Wiecie o co chodzi, prawda?)

Moja współspaczka Graszka: 12 lat temu u jej siostry zdiagnozowano raka piersi. Zrobiła testy genetyczne i wyszedł BRCA1. Długo namawiała swoją siostrę- Graszkę, żeby ta zrobiła to samo. Kiedy i u G. wyszła mutacja genu, to po konsultacji z lekarzami z Genetyki miała zalecenie przeprowadzenia histerotomii, którą przeprowadziła, ale okazało się, że guz już był i ma raka. Dwa lata temu. Przeszła już dwie chemie,  a teraz hajpeka. Z nadzieją na jutro… Nasze sytuacje są bardzo zbliżone; zachorowałyśmy w tym samym wieku na to samo, tyle że miałam ciut więcej szczęścia, bo dane mi było po pierwszej chemii mieć 6 lat spokoju. Względnego oczywiście, ale wiecie, że był. W końcu jestem tu już prawie 12 lat i skorupiak nie był obecny w każdej notce ;p Raki są różnorakie, czasem niuanse (plus, minus, stopień, etc…) robią kolosalną różnicę. I wciąż niezbadane jest, dlaczego jeden pacjent lepiej lub gorzej reaguje na lek, niż drugi. Pacjent nie skorupiak.

Piszę o tym, aby dać różne świadectwa z realnego życia ze skorupiakiem. Odczarować. Oswoić. Przybliżyć. Uwrażliwić.  Czasem jedno słowo usłyszane lub przeczytane potrafi przerazić, sparaliżować, odebrać logiczne rozumowanie. Tak, jak u tego Pana ze szpitalnych korytarzy. I napędzić kołowrotek strachu, który i tak już został uruchomiony. Oswojenie tematu, wiedza, potrafi być konstruktywna. Ja to wiem doskonale.

********************************************

Pierwsza noc w mieszkaniu nie przyniosła snu. Miałam nawet  nocną propozycję  dostania w „ep” i pójścia spać, ale wybrałam ( z zalecenia najlepszej wiejskiej lekarzyny ) pół tabletki. Najpierw musiałam ją znaleźć 😉 Spałam trzy godziny…No cóż, widocznie w szpitalu wyspałam się po wsze czasy…;D  Zaś moim pierwszym domowym posiłkiem były kołduny w zestawie z zupą pomidorową 🙂 Do tej pory jadłam tylko w rosole lub barszczu czerwonym, ale pomidorówka również ogarnia temat 🙂 Rosół był na drugi dzień.

Popołudnie spędziłam z Miśkiem, który obkupiwszy mnie w aptece, pojechał do domu na wieś. Miodobranie mamy, choć- po likwidacji pasieki- hucznie to brzmi; pojechał pomóc Dziadkowi. Za to do DM przyjechała Tuśka, która wieczorem poleciała spotkać się z koleżankami z liceum. Trzymają się wciąż razem. A potem przyszła PT. Myślałam, że cały dzień pełen wrażeń mnie zmorzy, ale sen nie nadchodził i około godziny drugiej się poddałam… zaleceniom. Wszak ja zaufanie do lekarzy mam, a do niektórych to nawet i więcej, bo ich kuham 🙂 W sobotę zaś: wymarzone kurki z plackami ziemniaczanymi 🙂

13867130_1222377687773326_1720337639_n

A potem kolejna nieprzespana do końca noc. Z bólu. Podejrzanego z przejedzenia 😉 Umówiona z PT na lody, zrezygnowałam z lodów.  Z sushi na razie też. Ale! Na polepszenie nastroju, wyskoczyłyśmy autem do centrum kupić Mam ładowarkę  do komórki, bo jej padła, a Mam nie pamięta PIN-u. A ja miałam plan: BUTY! Upatrzone, dzień wcześniej w necie,  bo mi Tuśka je pokazała. Zajęło nam to raptem pół godziny. Wprawdzie pani ekspedientka spytała się, czy źle się czuję, co zgodnie z prawdą potwierdziłam, ale siedziałam jak królowa, a pani wraz z PT mnie obsługiwały. Ten zakup to tak na depresję ;P Wszak wciąż łykam sterydy, więc…

Do domu przywiózł mnie OM w niedzielę około 20. Tuśka już w nim czekała. Sama. Pańcio padł po dwóch dniach spędzonych nad jeziorem pod namiotem 🙂 ( Mam fotorelacje). Wyściskanie musi poczekać do poniedziałku. Pańcio już dawno domagał się przywiezienia mnie do domu 🙂 Dom wysprzątany- zasługa Miśka. Radość z samego powrotu- ogromna. Własne łóżko! Pranie nastawione. Plany na poniedziałek pod kątem Pańcia, i li tylko. Do środy. Bo w środę znowu do DM.

Miłego!

&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&

02.08.

Pierwszy, poszpitalny  cały dzień domowy zdominowany Pańciem- razem pięć godzin, w  tym ze trzy spędzone u LP 🙂  Popłakałyśmy sobie, bo jak to LP, nie może przeżyć, że ja muszę tyle przechodzić i kolejny raz usłyszałam: mogłabym choć raz ja, zamiast ty…Taka jest ta moja LP!

Dzień mnie radośnie wymęczył, bo Pańcio stęskniony prawie mnie nie wypuszczał ze swych „objęć” 😀 A kiedy już oboje się mościliśmy na kanapie, by odpocząć, to wróciła Tuśka z pracy, z czego Pańcio zadowolony nie był 😉  Za to wieczorem padłam i szybko zasnęłam. Dziś powtórka 🙂