O co chodzi…?

Nie ma ideałów? No nie ma. Ale czy w życiu chodzi o to, by być idealnym, czy szczęśliwym? Śmiem twierdzić, że szczęśliwym. Szczególnie w związku.

Często patrzymy na związki naszych bliskich, znajomych przez pryzmat własnych doświadczeń. Różnych. Patrzymy z dystansem, z boku, a czasem mocno zaangażowani. To, co widzimy, nie zawsze nam się podoba; nie rozumiemy pewnych zachowań, układów…Wydaje nam się, że my w takim związku nie bylibyśmy w stanie funkcjonować. Krytykujemy. Oceniamy.

Najczęściej osoby skrzywdzone przez bliskich, niepotrafiące już zaufać, dmuchając na zimne, doszukują się jakiegoś dna i zawsze  wynajdą u innych jakieś  braki w związkach. Czarne dziury, które mogą wciągnąć zakochaną osobę w otchłań rozpaczy. Przestrzegają więc, doradzają, zatruwają… Nie wystarczy im, że ktoś jest szczęśliwy, nawet jeśli jego związek idealny nie jest.

Związki mają swoje kody, swoje wypracowane metody funkcjonowania. Z biegiem czasu nasze oczekiwania również ulegają weryfikacji, przeobrażeniom. To nie znaczy, że z czegoś musimy rezygnować, iść na zgniłe kompromisy, tylko po to, by być razem. My się uczymy tego przez całe życie, bo to ono wystawia nas na próby, ono wystawia nam rachunek.

Nie wiem, co to znaczy idealny związek. Nigdy w takim nie byłam. OM potrafi być wkurzający do imentu (ale tylko dlatego, że ja mam choleryczny charakter) i do rany przyłóż. Jest przede wszystkim dobrym człowiekiem, na którego mogę zawsze liczyć. To, że nie we wszystkim się zgadzamy (drobiazgi) w sumie mi nie przeszkadza. Ma inne zalety 🙂 Czy jestem szczęśliwa? W związku? Wbrew pozorom to nie jest łatwa odpowiedź, ale gdybym miała odpowiedzieć, tak lub nie, to mówię: TAK.  Życie nas nieźle przeegzaminowało…

Misiek niedawno zakończył kilkuletni związek. Ponad cztery lata wspólnego życia, mieszkania… Decyzja była wspólna, po próbie ratowania…Przeżyli to oboje, a na pewno mój syn, bo to wrażliwy, dobry (po tatusiu) człowiek. Wersja oficjalna brzmi: niezgodność charakterów. Wciąż mają ze sobą dobry kontakt (i wspólną Kotę- została u Miśka), w sumie się przyjaźnią i pomagają sobie nawzajem. Jak to Misiek do mnie powiedział: dobrze wiedzą dlaczego byli ze sobą i dobrze wiedzą, co ich różni. Jedno i drugie (to drugie w kontekście ewentualnego zejścia się niebranego pod uwagę) nie mija od razu- i dlatego pozwala na przyjaźń.

Czy jest mi żal? Jest, ale tylko z powodu Miśka. Bo to nie był dobry czas…Zresztą długo nic nie mówił. Ja zresztą nie naciskałam i wciąż się nie dopytuję. Szanuję ich decyzję. Jak przyszli razem odwiedzić mnie w szpitalu, nawet półsłówkiem nie odezwałam się do Duśki w tym temacie.

Jest mi żal, choćby z tego powodu, że…chciałabym widzieć Miśka szczęśliwego; chciałabym wiedzieć, z kim spędzi swoje życie…Z drugie strony, to wciąż młody chłopak, ma czas na wszystko 😉

Pamiętam noc przed pierwszą moją skorupiakową operacją. Miałam 34 lata, dwójkę małych dzieci. Po nocnej rozmowie z anestezjologiem, który nie owijając niczego w bawełnę- tak jak to robił przez cały dzień zaprzyjaźniony Profesor- wróciłam na salę, w której leżałam sama i patrząc w okno oświetlone uliczną latarnią, zadawałam sobie pytania: czy dożyję dorosłości moich dzieci, czy poznam Tuśki wybranka, czy będę na weselu, ba! na komunii Miśka…W tę noc dopadł mnie pierwszy kryzys, bo ogólnie to ja byłam bardzo nastawiona wojowniczo  na wygraną- dzięki historii mojej Mam- bohaterki. Nie dopuszczałam żadnej innej opcji. Traktowałam to zadaniowo: operacja, leczenie i jestem zdrowa! Zresztą zaraz po operacji mówiłam, że żadnego raka już nie mam ;P  I miałam rację. A że po drodze chemio i radioterapia- wtedy, to był pikuś! Trochę rzygający, ale miałam „tylko” trzy cykle silnej chemii, więc do przeżycia.  No i ta młodość, młodość…:) A potem   prawie 10 lat spokoju!

Tak, w życiu chodzi o to, by być szczęśliwym. Niekoniecznie tkwić w permanentnym szczęściu i nic innego nie dostrzegać, nie odczuwać, ale… Bywać, dostrzegać, smakować, każdego dnia łapać chwilę radości z istnienia. Z życia. Które nie jest może idealne: ani dom, ani rodzina, ani partner czy partnerka. Ale jest nasze.Tylko nasze. Nie innych stojących z boku…Krzywo lub z życzliwością patrzących i …pouczających…

Bądźcie szczęśliwymi ludźmi, czy to w swoich związkach, czy solo! Wokół tylu przyjaznych ludzi…:)

&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&

Zmiana planów za sprawą Tuśki, która to wczoraj z Pańciem miała udać się do DM a dziś wrócić, ale stwierdziła, że pojedzie z nami, czyli ze mną i Mam. A właściwie my  z nią. Moja fizyczność dała ciała (zamiast nabierać sił, słabnie) i dziecię nie chce, bym jechała sama. Przy okazji  jak to Tuśka;) ) wykorzysta mnie jako opiekunkę Pańcia na noc z czwartku na piątek i  spotka się z miastowymi przyjaciółkami ;D  Szczerze mówiąc. jest mi nawet to na rękę. Pewnie dałabym radę, ale…Mam podejrzenie odnośnie bólu, którego  nie da się zniwelować tabletkami. Podejrzewam, że to kolejny nerwoból spowodowany chemią, oprócz stanu zapalnego. Nie mogę głęboko oddychać, spać na żadnym boku, budzę się w nocy kilkakrotnie, więc w dzień oczy same się przymykają i drzemię. Jest mi permanentnie niedobrze, więc żadnej przyjemności z gotowania Mam nie mam. Ale zmuszam się, bo przecież muszę jeść! Zaraz minie miesiąc od  operacji, a samopoczucie gorsze, niż w dniu wyjścia ze szpitala, a na pewno nie lepsze…A było lepiej…

No cóż, wszystko mija, nawet najdłuższa żmija…Cieszę się tym, co teraz, bo wiem, że nadejdą gorsze dni. One też miną…jak deszcz, który właśnie pada…

Reklamy