Środowa wizyta poradnianych i szpitalnych włości…

Nie powiem, żebym się denerwowała, ale…Myślałam, że zapadnie wyrok dalszego leczenia, którego się spodziewam, ale szczęśliwa z tego powodu nie jestem. Myślałam, bo nie doczytałam na karcie wypisu szpitalnego, iż wizyta w poradni w środę, a konsylium mam w piątek. (Ale doczytałam, że wystawiono mi kartę DiLO). A tyle się napowtarzam różnym, że jak czytać, to ze zrozumieniem! 😉 Dopiero w gabinecie, młoda p. Doktor ( ta w zastępstwie p. Profesor, która przyjmuje tylko w poniedziałki) mnie uświadomiła. Życzliwie, na wszelki wypadek nawet przedzwoniła, czy jestem w tym terminie już uwzględniona. Byłam. Zostałam skrupulatnie przebadana, wypytana, co wciąż jeszcze łykam. I tu wielki uśmiech p. Doktor, że tak mało. Bo tylko jedne tabletki przeciwbólowe, których już na noc sobie zmniejszam dawkę, i sterydy, które kończę brać w sobotę. Ważę 53, kolejne dwa kilo w dół…Apetyt mam, ale na śladowe ilości, więc jem gęsto i często 😉 Potem zostałam wysłana na spuszczenie krwi.

Do szpitala zawiózł mnie OM i odjechał w siną dal, w swoich sprawach. W planach jeszcze wtorkowych i podczas drogi był jego powrót, a do domu miał mnie odwieźć Misiek. OM plany z weryfikował i powiedział, że będziemy na telefonie, bo postanowił jednak od razu nie wracać, więc może mnie zabrać z powrotem. To było lepsze wyjście, niż czekanie, aż Misiek wróci z budowy z trasy (notabene bliższej naszej wsi niż DM) i wieczorem jazda ze mną. OM  w ostatnich dniach ma grafik napięty jak struny od gitary i czekamy tylko, jak w końcu coś pęknie, kombinując jednak, by się tak nie stało.

Po wizycie udałam się z wizytą na oddział, do Graszki i licząc, że upoluję uśmiech p. Chirurga. Posiedziałam prawie godzinę, tak nam się dobrze gadało, choć G. jeszcze mocno osłabiona. Nie może jeść, bo żołądek nie toleruje. Na dodatek przeżyła przygodę nieuważności pań pielęgniarek. A mianowicie: rozbolała ją potwornie głowa; mierzenie ciśnienia nic nie wykazywało, wręcz było ok. Po długim dopiero czasie zorientowano się, że płyny- leki, które dostawała, idą poza żyłę. Jak już miała twarz i szyję jak bania. Bo dwa wkłucia miała właśnie w szyi. Usunięto. Ale co się nacierpiała, to jej. Schudła, bardzo widocznie. Można powiedzieć, że na szczęście ma wciąż z czego, ale takie raptowne chudniecie, nie jest niczym dobrym, szczególnie w chorobie.

I teraz coś Wam napiszę, o czym chyba tu nie wspominałam, a jest godne tego. Przy Graszce jest cały czas mąż. Cały czas, to znaczy, że przychodzi o godzinie 8 i jest do godziny 20. Robi przy niej WSZYSTKO! Tak było też przez pierwsze dwa dni, kiedy jeszcze razem leżałyśmy. Bardzo sympatyczni ludzie, więc nie oponowałam, że mam przez cały dzień męskie towarzystwo. Przystojne zresztą 😉 I rozmowne. Dlatego oddawałam swoje drugie danie obiadowe, którego i tak nie jadłam, bo wiecie- przez żołądek do serca ;p Czułam się dużo lepiej, i nie krępowało mnie to, choć pomyślałam, że pewnie kilka dni wcześniej  nie byłabym, aż tak tolerancyjna. (Jak Graszka rzygała, to ja leciałam do toalety też rzygać, mimo iż nie miałam już nudności).  Patrzyłam na nich, na niego z dużym podziwem. I z uśmiechem. Widok rzygającej żony to pikuś, przy stomii (do toalety również razem) i praniu bielizny, pomaganiu we wszystkim…Byciu…Strasznie budujący obrazek. Obiecałam wpaść w piątek, o ile jeszcze będą. Graszka moją wizytą tak się ucieszyła, że aż miała łzy w oczach na mój widok. Śmiałam się, że przecież obiecałam 🙂

Wychodząc z oddziału, coś mnie tknęło i zajrzałam do sali Pani (od żołądka), Była. Przywitała mnie z uśmiechem, ale nawet nie siadałam, bo już taksówka czekała. Obiecałam zajrzeć w piątek. Na korytarzu przywitałam się (z ogromnym uśmiechem) z Panem. Szczęśliwa, że ja już poza murami…

Pojechałam do Mam na obiad, ale po drodze kupiłam sobie spodnie i bluzkę. A co! Niestety, jak to ja- nie z wyprzedaży. I…cholercia…każdy, kto mnie zna, wie, że nie przepadam za biżuterią. Nie kupuję. Nie dostaję (no czasem). I jak się uprę to noszę (dwa pierścionki i łańcuszek) nie zdejmując w ogóle. No, chyba że lepię w cieście lub mięsie. Ale po majowej operacji weszłam do Kruka i kupiłam sobie dwa nowe pierścionki, którymi zastąpiłam stare. Bardzo stare. I pomyślałam o bransolecie do nich. Na myśleniu się skończyło. Do wczoraj, bo wlazłam do Kruka i …spodobała mi się jedna. Nie kupiłam, bo decyzję zostawiłam do piątku. Biorąc pod uwagę, że skapną mi pieniądze z ubezpieczania za pobyty w szpitalu, a może nawet i za operację (decyzja już jest, czekam na przelew), to myślę, że cel wydania tych środków jest  całkiem, całkiem…;)

U Mam zjadłam kluski śląskie z kapustą i cielęciną 🙂 Dostałam na wynos i wsiadłam do taksówki, która zawiozła mnie do czekającego już OM. Wracaliśmy przez ŚM, bo tam jeszcze banki i inne urzędy, ale przynajmniej dziś już nie muszę nigdzie jechać. Mam cały dzień na ogarnięcie domu i się. Jutro już sama, wyruszam do DM, prosto do szpitala i zostaję najprawdopodobniej do niedzieli, bo w sobotę mam na działce u Aliś imprezę panieńską. Nie Aliś, tylko bliskiej naszej koleżanki. Panienek nie będzie, bo same mężatki plus dwie rozwódki, w tym przyszła już niemłoda mężatka 🙂 Będzie się działo, więc raczej nie będzie mi się chciało gonić wieczorem do domu. OM i tak ma obawy, że sama jadę. Ja ich nie mam. Męczący byłby powrót w ten sam dzień, a z noclegiem, to bułka z masłem 🙂 Zresztą, być może to będzie moja ostatnia podróż do DM moją B klasą, samochodem, którego pokochałam za jego prostotę i niezawodność. Ok, nie wspomnę o ręcznym, ale to inna historia ;).

No i wiadomość wczorajszego dnia! LP została po raz drugi BABCIĄ! Tym razem WNUK. Dzwoniła do mnie, ale dopiero od serca pogadałyśmy sobie późnym wieczorem. Umówione już na niedzielę 🙂 Być może będziemy opijać podwójne okazje 😉